POPULARITY
W najnowszym odcinku wideokastu „Temat tygodnia” Karolina Lewicka rozmawia z redaktorem naczelnym tygodnika „Polityka”. Jerzy Baczyński komentuje najnowsze wydarzenia w polskiej polityce: czym dokładnie jest program SAFE, czy jest korzystny dla Polski i jak działa? Jednocześnie zwraca uwagę na związki unijnych pożyczek z programem KPO, który odbił się szerokim echem w 2025 r. Co łączy SAFE i politykę zagraniczną naszego kraju, dlaczego SAFE budzi tyle kontrowersji na linii Nawrocki kontra Tusk? W „Temacie tygodnia” omawiamy również ostatnie weto prezydenta Karola Nawrockiego, który zatrzymał ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa, ale jednocześnie zapowiedział, że złoży w Sejmie własny projekt dotyczący wymiaru sprawiedliwości – jak wyglądają ustawy Nawrockiego i co myśli prezydent Nawrocki o sędziach, czy praworządność w Polsce jest zagrożona? W odcinku także tematy ostatnich dni, czyli co może klub parlamentarny Centrum, który powstał po rozłamie w Polsce 2050, oraz czwarta rocznica wojny w Ukrainie. Posłuchaj, żeby dowiedzieć się więcej!
Rynki finansowe nie do końca wiedzą, jak reagować po zakwestionowaniu przez Sąd Najwyższy legalności części ceł wprowadzonych przez Trumpa. Jednocześnie wciąż czekają na atak USA na Iran. Tymczasem amerykańska inflacja wyżej od oczekiwań: obniżek stóp 2026... wcale nie będzie? Prawdopodobne jest za to cięcie w Polsce, i to już w marcu. Poznaliśmy też dane o sprzedaży detalicznej w Polsce. Konsument w styczniu daleki od zimowego snu. Plus złoto, złoty, rynki akcji i obligacji, czyli przegląd rynków. I Rafał Bogusławski twarzą w twarz z powyższymi tematami oraz Waszymi pytaniami. Zapraszamy!!
Ten odcinek wcale nie jest o tym jak wzrasta poziom morza i dlaczego. To znaczy, jest też o tym ale przede wszystkim jest o mitach związanych ze wzrostem poziomu wody we wszechoceanie lub jego braku.Ciekawostki GeoEdukacji to specjalna seria podcastów, w której skupiam się na mniej znanych, lub bardzo spektakularnych elementach przestrzeni geograficznej. Jednocześnie czasem próbując je wyjaśnić. Dlaczego czasem jest nam cieplej przy -5C a czasemzimniej przy +5C? Jakie kolory ma deszcz? Czym różni się globalneocieplenie od efektu cieplarnianego? Znacznie więcej takichinformacji znajdziesz w serii "Ciekawostki GeoEdukacji"GeoEdukacja to przede wszystkim podcast geograficzny (doznalezienia na wszystkich platformach podcastowych i na kanaleYouTube), dzięki któremu łatwiej i przyjemniej nauczysz sięgeografii ze szkoły podstawowej i średniej. Lepiej przygotujesz siętakże do matury.Dlaczego?Wiedziałeś o tym, że nie ma różnic dla mózgu czy książkęsłuchasz, czy ją czytasz? Liczy się treść. A wiedziałeś o tym,że podcasty pozwalają zaoszczędzić mnóstwo czasu, bo możesz ichsłuchać (uczyć się) w trakcie spaceru, jazdy samochodem itp? Noto może wiedziałeś, że poziom utrzymania uwagi przy podcastachjest ponad dwukrotnie większy w porównaniu do oglądania filmów npna youtube? Zapewne wiesz także, że mniej niż 1/3 ludzi możnasklasyfikować jako tylko wzrokowców lub tylko słuchowców, a więcżeby uzyskać jak najlepszy rezultat należy mieszać stylezdobywania wiedzy?Jeżeli to wszystko już wiesz, to zapewne korzystasz z podcastówGeoEdukacji przy nauce geografii, a jeżeli tego nie wiedziałeś -to masz dobry powód, aby zacząć ich słuchać.Podoba Ci się ten podcast oraz fakt, że jest dostępnybezpłatnie? Postaw autorowi kawę:https://www.buymeacoffee.com/geoedukaZachęcam do wspierania serwisu i podcastu GeoEdukacja:https://geoedukacja.edu.pl/patronite/Ucz się łatwiej geografii dzięki bezpłatnym grom lub zyskajdostęp do wszystkich podcastów poprzez sklep google play:https://play.google.com/store/apps/developer?id=GeoEdukacjaI odwiedź w wolnej chwili profil GeoEdukacji na fb:https://www.facebook.com/GeoEdukacjalub Instagramie:https://www.instagram.com/geoedukacja/a może na Tik Toku:https://www.tiktok.com/@geoedukacja
Bronisław Wildstein ocenił w Poranku Radia Wnet, że sytuacja na prawej stronie sceny politycznej jest coraz bardziej napięta, a konflikt wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości może mieć poważne konsekwencje.Antagonizm pomiędzy grupą Mateusza Morawieckiego a dawną grupą Ziobry jest tak silny, że pomimo prób dyscyplinowania ze strony Jarosława Kaczyńskiego ta wojna nadal się toczy– powiedział.Jak podkreślił, nawet zapowiedzi zawieszania w prawach członkowskich nie wygasiły sporu. W jego ocenie realnym scenariuszem jest wyjście części środowiska z PiS, choć przypomniał, że w historii tej partii już dochodziło do rozłamów, po których następowały powroty.Wildstein zwrócił uwagę, że Polacy niechętnie patrzą na wewnętrzne konflikty, co przekłada się na notowania partii. Jednocześnie scena po prawej stronie jest rozdrobniona – obok PiS funkcjonuje Konfederacja z dwoma liderami oraz ugrupowanie Grzegorza Brauna.W sensie sumarycznym prawica ma więcej głosów, ale to wcale nie oznacza, że uda się jej zdobyć władzę– ocenił.Ten złożony układ powoduje, że nawet przewaga w deklaracjach może nie przełożyć się na realny wynik wyborczy– dodał.
Jak to jest być zmuszonym do współpracy z kimś, do kogo pała się wyłącznie nienawiścią? Gdy każda noc śledztwa zmusza cię do trzymania zasad, prób dogadania się? Bomby powstały po to by wybuchać a ostatnia detonacja wstrząsnęła drużyną. Są jednak pewne poszlaki i wątki, które w trzeba zbadać, nawet jeśli odbywa się czynny konflikt. Jednocześnie takie wydarzenia nie mogą nie odbić się na psychice, nawet jeśli jest się ponad stu letnim nieumarłym. Bo być może, gdy jawa okazuje się niezbyt hojna w podpowiedzi, należy sięgnąć do snów.
Mówiąc szczerze, twórcy słuchowiska politycznego „Stan Wyjątkowy" nie wierzą, że Jarosław Kaczyński ma już w głowie jedno nazwisko kandydata PiS na premiera. Bawi nas, gdy prezes mówi, że już wie, ale jeszcze nie powie. No to my powiemy — Kaczyński rozważa Tobiasza Bocheńskiego lub Przemysława Czarnka. I, mówiąc szczerze, niezbyt to nas porusza. Z jednego powodu — prezes zachowuje się, jakby nie rozumiał, że skończyły się czasy, gdy to on jednoosobowo wskazywał kandydata na premiera. Dziś scena polityczna wygląda inaczej — Kaczyński traci wpływy na prawicy kosztem Konfederacji i Korony Brauna. Najpierw więc PiS musi dobrze wypaść w wyborach, potem znaleźć koalicjantów, a dopiero w finale ustalić z nimi nazwisko premiera — a do tego droga daleka. Komunikatu Kaczyńskiego nie można jednak lekceważyć. I nie chodzi tu o namaszczenie Bocheńskiego czy Czarnka, tylko topienie Mateusza Morawieckiego. Prezes otóż jednoznacznie dał do zrozumienia, że dla Morawieckiego nie widzi miejsca na czele rządu PiS w razie powrotu do władzy. Ten komunikat to polityczny sygnał dla Morawieckiego i jego frakcji „harcerzy", że w PiS nic dobrego już ich nie czeka. I właśnie to może mieć kolosalne konsekwencje dla sceny politycznej — łącznie z ich wyjściem z PiS. Na razie rozpada się Polska 2050 Szymona Hołowni — biorąc pod uwagę datę zapisaną w jej nazwie, upada co najmniej ćwierć wieku za wcześnie. Politycy partii, która miała zmienić oblicze tej ziemi, wyzywają się od „bydlaków", zarzucając sobie oszustwa i defraudacje. Jednocześnie, jak przystało na demokratów, dzielą się na pół. Jedna grupa tworzy klub Centrum, a druga chce być „wyrazistym centrum". Ale rozpad Polski 2050 wcale nie musi oznaczać, że Hołownia zniknie z polityki. Bo zostało przy nim to, co ważniejsze od połowy straconego klubu — grube miliony w partyjnej kasie. To dobre wiano, żeby negocjować koalicję przed kolejnymi wyborami. Z kim? Może z PSL? Może z Morawieckim? Pewne jest jedno — nie z Tuskiem, bo Hołownia uważa, że premier chce go wykończyć. Panie Szymonie, nie potrzeba Tuska — pan się sam wykańcza.
Witam Państwa, nazywam się Jarosław Drożdż, pracuję w Centralnym Szpitalu Klinicznym Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, skąd nagrywam podcast Kardio Know-How. W tym odcinku omawiam najnowsze statystyki kardiologiczne z AHA. Jak co roku pod koniec stycznia analizuję najnowsze dane dotyczące chorób sercowo-naczyniowych, które omawiam także w podcaście Kardio-Know-How. Do 2016 r. korzystałem głównie z amerykańskiego raportu publikowanego w Circulation, a od kilku lat, jako konsultant wojewódzki, współtworzę również polskie zestawienia. W 2024 r. pod kierunkiem prof. Waldemara Banasiaka opublikowaliśmy pierwszy ogólnopolski raport konsultantów obejmujący dane za cały rok – dostępny tutaj: https://journals.viamedica.pl/polish_heart_journal/article/view/108435https://journals.viamedica.pl/polish_heart_journal/article/view/108484Tegoroczny raport amerykański pokazuje spadek liczby zgonów sercowo-naczyniowych do 916 tys., czyli o 26 tys. mniej niż rok wcześniej. Dla porównania: nowotwory odpowiadają za 680 tys. zgonów rocznie w USA, wypadki za 200 tys., udary za 160 tys., a przewlekłe choroby płuc za 145 tys. Umieralność kobiet i mężczyzn spadła w podobnym stopniu – uratowano około 15 tys. osób z każdej grupy w ciągu jednego roku. Jednocześnie tylko 1/4 dorosłych Amerykanów ma wystarczającą aktywność fizyczną, połowa ma nadciśnienie, a 90% spełnia kryteria zespołu sercowo-nerkowo-metabolicznego. Choć hospitalizacje z powodu choroby wieńcowej spadły dwukrotnie w ciągu 20 lat, liczba zgonów z powodu niewydolności serca wzrosła o 33%.Pełny raport AHA dostępny jest tutaj: https://www.ahajournals.org/doi/10.1161/CIR.0000000000001412, a dodatkowe dane (także europejskie) tutaj: https://www.heart.org/en/about-us/heart-and-stroke-association-statisticsSzczegółowy TRANSKRYPT do odcinka.Podcast jest przeznaczony wyłącznie dla osób z profesjonalnym wykształceniem medycznym.
Premier Donald Tusk powiedział, że minister Andrzej Domański mu obiecał, iż za 5-6 lat Polska dogoni Wielką Brytanię. Jeżeli się nie uda, łatwiej będzie znaleźć winnego — tego, który obiecywał. Jednocześnie istnieje spore prawdopodobieństwo, że Polska będzie się zbliżać do dawnego lidera światowej gospodarki, ponieważ tempo wzrostu jest solidne, a z kolei kraj wyspiarski jest w stagnacji. Pytanie jest tylko takie: czy PKB to wszystko? A inne miary zamożności? Marek Chądzyński i Ignacy Morawski, autorzy podcastu, próbują odpowiedzieć na te pytania.
W rozmowie na antenie Radia Wnet gościem był Tomasz Borejza, prowadzący blog Krowoderska.pl. Tematem była trwająca od początku stycznia zbiórka podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego.Jak poinformował Tomasz Borejza, liczba zebranych podpisów przekroczyła już wymagane minimum.– „Co najmniej 55 tysięcy, ale prawdopodobnie sporo więcej, bo podpisy leżą jeszcze w różnych miejscach, w których są zbierane, w sklepach, w punktach handlowych i w różnych organizacjach, które się włączyły w zbiórkę. Więc pewnie jest ich więcej, ale co najmniej 55 tysięcy” – mówił.Do 27 marca komitet musi złożyć wymaganą liczbę podpisów u komisarza wyborczego. Formalnie potrzeba 58 355, jednak organizatorzy celują znacznie wyżej.– „Komitet, który się zawiązał, mówi o tym, że zbiera 100 tysięcy, ażeby ewentualnie te błędne (…) nie zawarzyły na tej liczbie wymaganych podpisów” – wyjaśnił Borejza, wskazując, że część podpisów może zostać odrzucona choćby z powodów formalnych, jak niewyraźnie wpisany PESEL.„Kolejne levele” i „nagrody” dla mieszkańcówZdaniem rozmówcy emocje w mieście pozostają wysokie, choć nieco niższe niż na początku akcji. Jednocześnie – jak zauważył – władze reagują na presję społeczną.– „My się śmiejemy, że to już taka gra jest, w której kolejne tysiące podpisów to są kolejne levele, a na kolejnych levelach czekają różne nagrody dla mieszkańców” – mówił.Po przekroczeniu 40 tys. podpisów zapowiedziano korektę Strefy Czystego Transportu i odwołano dyrektora Zarządu Transportu Publicznego. Przy 55 tys. ogłoszono zniesienie opłat za parkowanie w niedziele.– „To też tak nie jest, bo oczywiście tych nagród i prób ugłaskania ludzi będzie dużo i one się będą pojawiać po drodze. Ale one wynikają z tego, że jest presja i można bez trudu przewidzieć, że kiedy tylko presja się skończy, to i nagrody zaczną znikać” – ocenił prowadzący blog.Wśród mieszkańców krążą nawet żarty.– „Już nawet krążą żarty, że jak będzie setny poziom, czyli 100 tysięcy podpisów, to nawet stolica do Krakowa wróci” – dodał.„Styl rządów arogancki i butny”Zdaniem Tomasza Borejzy problem nie sprowadza się wyłącznie do SCT.– „Myślę, że prezydent Miszalski musiałby porzucić styl rządów, który sprawuje do tej pory, i jeszcze przekonać ludzi, że robi to z wewnętrznej potrzeby, jest w tym autentyczny” – mówił.Jak podkreślił, chodzi o „cały styl sprawowania rządów, dość arogancki jednak, oparty na tym, że mieszkańców się nie słuchało przez długi czas”.Rozmówca wskazał też na „epidemię kolesiostwa” i obsadzanie stanowisk politykami Platformy Obywatelskiej i PSL.– „W ostatnim czasie (…) pojawiły się dziesiątki polityków Platformy, polityków PSL-u, których główną kompetencją, jak się wydaje, jest posiadanie zdjęcia z prezydentem Miszalskim” – powiedział.Mieszkańcy, przedsiębiorcy i kampania do seniorówTomasz Borejza zaznaczył, że w akcji zbierania podpisów dominują mieszkańcy Krakowa, którzy spontanicznie włączyli się w akcję.– „Dominują mieszkańcy Krakowa, którzy się po prostu zaangażowali od pierwszego dnia właściwie” – podkreślił.Podpisy zbierane są m.in. w sklepach i lokalach usługowych. Niektórzy przedsiębiorcy otworzyli stałe punkty zbiórki.– „Znam sklepy, które zebrały w ten sposób już po kilkaset podpisów. (…) Po prostu wynikało to z tego, że właściciel sklepu uznał, że nie może być tak jak jest i chce pomóc” – mówił.Władze miasta – jak ocenił – próbują utrudniać zbiórkę. Wskazał na kampanię skierowaną do seniorów, ostrzegającą przed podawaniem numeru PESEL.– „Zbieg czasowy tej kampanii razem ze zbiórką podpisów pod referendum uderza po oczach i sprawa jest oczywista. Sięgnięto do publicznych pieniędzy po to, żeby utrudnić zbiórkę podpisów pod referendum” – stwierdził.Test dla samorząduCzy referendum się odbędzie? Nasz rozmówca podkreśla, że wszystko zależy od frekwencji.– „Jeżeli ta zbiórka podpisów (…) by się udała i frekwencja by później dopisała na tyle, że prezydent Miszalski zostałby odwołany, to każdy kolejny rządzący Krakowem człowiek (…) będzie miał w pamięci, co może się wydarzyć, kiedy ludzi ignoruje się w tak arogancki i butny sposób” – ocenił.Na zakończenie rozmowy przyznał, że sam podpisał się pod wnioskiem o referendum.– „Oczywiście. Mało osób znam, które nie podpisały jeszcze” – powiedział.
Daria Krasovskaia – urodzona w Petersburgu była radna miejska (2019–2023), dziś doktorantka Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu – opowiada o presji, która zmusiła ją do wyjazdu z Rosji, oraz o tym, jak zmieniło się rosyjskie społeczeństwo w czasie wojny.„Jeśli nie wyjadę wtedy, później może to już nie być możliwe”Decyzja o emigracji nie była nagła. Jak podkreśla, podobną sytuację przeżywali wszyscy liberalni deputowani w Petersburgu.„Większość z nas nie mogła wyjechać z dnia na dzień – mieliśmy rodziny, zobowiązania, dokumenty do uporządkowania. W moim przypadku była to decyzja, którą podejmowałam stopniowo”.We wrześniu 2022 roku opuściła Rosję w pośpiechu. Już w maju otrzymała sygnał, że wobec osób o jej poglądach może zostać wszczęte postępowanie.„Wiedziałam, że trwa dochodzenie, że jesteśmy pod stałą obserwacją. Miałam świadomość, że jeśli nie wyjadę wtedy, później może to już nie być możliwe”.Powodem była jej publiczna postawa wobec wojny.„Każdy deputowany czy osoba publiczna, która oficjalnie nie popierała wojny albo wypowiadała się przeciwko niej, mogła stać się przedmiotem postępowania”.W jej 20-osobowej radzie tylko dwie osoby miały podobne poglądy. Dziś oboje są na emigracji.Dwie fale emigracjiKrasovskaia wyróżnia kilka fal wyjazdów z Rosji po 24 lutego 2022 roku.Pierwsza – polityczna – objęła działaczy i osoby związane z opozycją, m.in. środowiska skupione wokół Fundacji Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego. Druga była efektem mobilizacji.„Wyjeżdżali nie tylko mężczyźni, ale całe rodziny. Nie chodziło wyłącznie o sprzeciw wobec wojny, lecz o niechęć do udziału w niej”.Szacunki mówią nawet o dwóch milionach emigrantów, choć część z nich wróciła z powodu problemów z legalizacją pobytu. Władze wykorzystały wyjazdy propagandowo.„Propaganda była prowadzona na szeroką skalę, aby przekonać Rosjan pozostających w kraju, że emigranci są zdrajcami”.70 proc. poparcia – ale dla czego?Najczęściej zadawane pytanie dotyczy realnego poparcia dla wojny. Dane niezależnego Centrum Lewady pokazują około 70 proc. deklarowanego poparcia dla działań rosyjskich sił zbrojnych.„Jeśli spojrzymy na liczby dosłownie, to jest to prawda. Ale dużo zależy od interpretacji danych”.Jak tłumaczy, w rosyjskiej kulturze armia jest symbolem tożsamości narodowej i historycznych zwycięstw.„Wiele osób odpowiada raczej na pytanie: ‘Czy jesteś za swoim krajem, czy przeciw niemu?', niż ‘Czy popierasz wojnę?'”.Co więcej, nawet wśród osób krytycznych wobec władzy około 55 proc. deklaruje poparcie dla armii. W Moskwie wskaźnik ten sięga około 80 proc.Jednocześnie rośnie poparcie dla rozmów pokojowych – ale nie za wszelką cenę. W styczniowym badaniu 60 proc. respondentów opowiedziało się raczej za eskalacją niż za ustępstwami.„Wielu Rosjan chce pokoju, ale na własnych warunkach – takiego, który pozwoli zachować poczucie zwycięstwa i godności narodowej”.Tożsamość narodowa silniejsza niż strachZdaniem naszej rozmówczyni kluczowym czynnikiem jest dziś tożsamość narodowa.„Wielu ludzi jest gotowych czekać, znosić trudności i żyć w mniej komfortowych warunkach, jeśli wiąże się to z poczuciem, że ich kraj jest silny i że ‘wygrywa'”.Co zaskakujące, nawet osoby niepopierające wojny deklarują wzrost dumy narodowej. To – jak podkreśla – może być zjawisko niebezpieczne w przyszłości.Rosja, Europa i Polska w oczach RosjanPo wybuchu wojny niechęć wobec Zachodu wzrosła. Obecnie widać jednak różnicowanie postaw wobec USA i Europy.„Stany Zjednoczone zaczynają być postrzegane oddzielnie od Europy, a nastawienie do Ameryki stopniowo się poprawia”.W przypadku Europy nastroje się pogarszają. Wśród państw postrzeganych najbardziej negatywnie – obok Ukrainy – wymieniane są Niemcy i Polska.„Wynika to z tego, że oba te państwa regularnie i publicznie mówią o swoim wsparciu dla Ukrainy”.Emigranci: mniej wiary w rewolucjęRosyjscy emigranci również są dziś podzieleni. Początkowa wiara w szybkie osłabienie władzy Putina ustąpiła realizmowi.„Coraz więcej osób uznaje, że w obecnych warunkach w Rosji nie jest możliwa rewolucja – przede wszystkim dlatego, że ludzie się boją”.Mimo to środowiska liberalne próbują działać z zagranicy: zabiegają o wsparcie europejskich rządów, o bezpieczne ścieżki wyjazdu dla przeciwników wojny i o utrzymanie kontaktu z Rosjanami w kraju.„Robimy co możemy, żeby promować nasz opór i zapewniać dostęp do informacji ludziom, którzy są w kraju”.
Rozłam w ugrupowaniu założonym przez Szymona Hołownię stał się faktem. Część parlamentarzystów utworzyła nowy klub „Centrum”, a reszta pozostaje w okrojonym klubie Polska 2050. Choć formalnie większość rządowa nie jest dziś zagrożona, sytuacja znacząco komplikuje pozycję premiera.Prof. Norbert Maliszewski w Popołudniu Radia Wnet nie pozostawia złudzeń co do skutków politycznego przesilenia.„Dla Donalda Tuska rozpad Polski 2050 oznacza ogromne problemy, chaos i coraz trudniejsze warunki do rządzenia”Jego zdaniem pojawienie się nowej, kilkunastoosobowej grupy parlamentarzystów oznacza dodatkowy ośrodek negocjacyjny wewnątrz koalicji.„Pojawia się duża grupa posłów, która może negocjować, która będzie starała się pokazać w kontrze do Donalda Tuska, po to, żeby zachować swoją tożsamość”Maliszewski ocenia, że projekt Polska 2050 w wymiarze społecznym jest już mocno osłabiony.„Jeżeli chodzi o poparcie społeczne, to Polski 2050 praktycznie już nie ma i nie wydaje się, żeby ten projekt miał szansę na to, żeby był realizowany” Jednocześnie zaznacza, że realna siła ugrupowania wciąż wynika z liczby mandatów w Sejmie, a nie z notowań sondażowych.„Ta Polska 2050 istnieje jako siła w parlamencie i bardziej się liczy, jeżeli chodzi o posłów, niż jeżeli chodzi o poparcie społeczne”Nowy pomnijeszony klub może – zdaniem profesora – budować swoją tożsamość wokół postulatów ważnych dla klasy średniej.„Na pewno Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz będzie odwoływać się do kwestii związanych z polityką mieszkaniową (…) będzie krytykiem rządu Donalda Tuska w tych kwestiach, które mogą być niepopularne” Wśród tematów wymienia m.in. ceny energii i podwyższenie kwoty wolnej od podatku.Najmocniejsza teza rozmowy dotyczy jednak strategii premiera.„Wydaje się, że Donald Tusk to, co zrobił, to dokonał swoistego rozbioru Polski 2050”Według niego premier kalkuluje, że projekt Hołowni nie ma przyszłości i może próbować stworzyć „koncesjonowaną” formę polityczną w centrum sceny, która zbierze liberalnych wyborców niezadowolonych z rządu, ale nieprzechodzących do opozycji.„Ten klub oczywiście czeka taki swoisty czyściec (…) Donald Tusk będzie musiał szachować niejako te dwa kluby” Ekspert podkreśla, że do wyborów pozostaje około półtora roku, a w tym czasie może dojść do dalszych przetasowań. Każde głosowanie będzie wymagało dodatkowych negocjacji, a proces rządzenia stanie się bardziej skomplikowany./fa
Na łamach Wirtualnej Polski ukazał się artykuł autorstwa Zbigniewa Parafianowicza, opisujący kulisy działalności prof. Krzysztofa Ruchniewicza – byłego dyrektora Instytutu Pileckiego i pełnomocnika rządu ds. relacji polsko-niemieckich. Tekst dotyczy m.in. jego kontaktów z niemieckim środowiskiem analitycznym powiązanym z narracjami przychylnymi Moskwie oraz osobami sympatyzującymi z tzw. Grupą Wagnera.W Popołudniu Radia Wnet sprawę komentował Stanisław Żaryn – były zastępca ministra-koordynatora służb specjalnych i ekspert ds. bezpieczeństwa. Już na wstępie zaznaczył, że publikacja pokazuje znacznie więcej niż pojedynczą znajomość.„Ten tekst (…) koncentruje się nie tylko na znajomości z konkretnym analitykiem niemieckim. To jest człowiek głęboko zaangażowany w działania promocyjne grupy Wagnera. (…) To jest zupełnie skandaliczne powiązania, jeżeli chodzi o człowieka, który pełnił funkcje publiczne w Polsce”– powiedział.Żaryn zwrócił uwagę, że – według opisu w artykule – kontrowersje nie dotyczą wyłącznie relacji towarzyskich czy medialnych.„Tekst wskazuje również na sabotowanie przez pana Ruchniewicza chociażby śledztwa związanego ze zbrodniami rosyjskimi na Ukrainie (…) ten obraz jest zdecydowanie bardzo niepokojący”– ocenił.Chodzi m.in. o działania wokół Instytutu Pileckiego i Centrum Lemkina, które dokumentowało rosyjskie zbrodnie wojenne. W ocenie rozmówcy Radia Wnet, jeżeli opisane w tekście sytuacje są zgodne z faktami, rodzi to poważne pytania o bezpieczeństwo państwa.Ekspert odniósł się również do deklaracji rządu o twardym kursie wobec Kremla.„Mam wrażenie, że wiele tych buńczucznych tez o tym, że obecny rząd jest bardzo skupiony na zwalczaniu rosyjskich interesów, to jest pewna pokazówka, która często jest po prostu pusta w środku”– stwierdził.W jego ocenie nominacja Ruchniewicza mogła być elementem szerszej kalkulacji politycznej.„Rząd Tuska liczył na to, że taka osoba poprawi prasę rządu RP w niemieckich mediach i doprowadzi do tego, że napięć politycznych między Berlinem a Warszawą będzie mniej”– mówił.Żaryn zwrócił uwagę, że w ostatnich miesiącach na styku relacji polsko-niemieckich pojawiały się również inne nominacje osób związanych wcześniej z niemieckimi fundacjami czy grantami.Na koniec rozmowy Żaryn postawił pytania o rolę polskiego kontrwywiadu.„Czy pan Ruchniewicz był sprawdzany przez służby przed nominacjami? (…) Jeżeli służby zostały zmarginalizowane, to całą odpowiedzialność bierze na siebie Donald Tusk”– zaznaczył.Jednocześnie zastrzegł, że nie przesądza o kwalifikacji prawnej działań byłego urzędnika./fa
Dzisiejszą, wyjątkową audycję w walentynkowym klimacie przygotowali i poprowadzą przez 2 godziny
Hej, zbliżają się Walentynki, więc postanowiłem przygotować materiał nietypowy. Wiem – w bloku wschodnim nie obchodzono święta zakochanych. Jednocześnie w Polsce potrafimy sobie jeszcze wyobrazić, jak wyglądały relacje i małżeństwa w czasach stalinizmu. Ale jak wyglądało to w samym Związku Radzieckim – w państwie, w którym najważniejsza była ideologia? W kraju, gdzie należało „kochać” przede wszystkim przywódcę i partię, nawet związki podporządkowano polityce. W pierwszych latach istnienia ZSRR nie było miejsca na tradycyjny ślubny ceremoniał. W początkowym okresie formalne i nieformalne relacje traktowano niemal na równi. Ślub oznaczał wizytę w urzędzie. Bez symboliki, bez oprawy, bez tradycji. Wesela były legalne, ale w realiach gospodarki niedoboru niewielu stać było na większe przyjęcia. Zmiany przyszły dopiero po śmierci Stalina. Urzędy stanu cywilnego, czyli tak zwane ZAGS-y zaczęły nabierać bardziej uroczystego charakteru. Stopniowo wracał ceremoniał przypominający czasy sprzed rewolucji, choć oczywiście w świeckiej formie. Prawdziwą nowością stały się Pałace Ślubów. Pierwszy otwarto w Leningradzie w 1959 roku, rok później – w Moskwie.Zapraszam na odcinek!
Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa rozpoczęła się w atmosferze niepokoju i redefinicji dotychczasowego ładu międzynarodowego. W rozmowie na antenie Radia Wnet dziennikarka Gabriela Masztafiak wskazała, że tegoroczne obrady to coś więcej niż coroczny przegląd zagrożeń – to moment symbolicznego przełomu.Zdaniem Masztafiak kluczowe znaczenie miały słowa kanclerza Niemiec.„Myślę, drodzy Państwo, że warto przede wszystkim chyba hasłem tegorocznej konferencji uczynić słowa samego kanclerza Niemiec, Friedricha Merza, który stwierdził w swoim przemówieniu, że to koniec porządku światowego, który znamy do tej pory”.Jak podkreśliła, Merz mówił o „nowym koncercie mocarstw” rozgrywającym się między Chinami, Rosją i Stanami Zjednoczonymi, a także o osłabieniu amerykańskiego przywództwa. Tegoroczne motto konferencji – „under destruction” – Masztafiak określiła jako „niepokojące”, wskazujące na destrukcję dotychczasowego ładu.„Dzisiejszy pejzaż polityczny jest o wiele, o wiele bardziej poważny, o wiele bardziej skomplikowany niż było to w poprzednich dekadach nawet”.Niemcy i autonomia strategiczna EuropyW ocenie ekspertki wystąpienie kanclerza było również próbą przesunięcia środka ciężkości przywództwa w Europie.„Niemcy chcą budować własną pozycję, chcą wzmacniać własne przywództwo w Europie poprzez podkreślanie tego, że to przywództwo Stanów Zjednoczonych jest obecnie osłabione”.Masztafiak przypomniała, że koncepcja „autonomii strategicznej” i budowy silniejszego europejskiego filaru NATO jest od lat obecna w niemieckiej debacie. Jednocześnie postawiła pytanie, czy Europa — nawet pod przywództwem Berlina — jest w stanie realnie konkurować w grze wielkich mocarstw.„Czy Europa w obecnym kształcie i pod ewentualnym przywództwem Niemiec miałaby swoje miejsce w tej grze jako podmiot, a nie tylko przedmiot? Ja mam tutaj ogromne wątpliwości”.Ważnym wątkiem konferencji jest obecność prezydenta Ukrainy. Masztafiak zwróciła uwagę na ukraińsko-niemiecką inicjatywę produkcji dronów oraz spotkania bilateralne Wołodymyra Zełenskiego.„Zełenski traktuje bezpieczeństwo europejskie jako wspólną sprawę, także Ukrainy, ale jednocześnie próbuje przekonać europejskich i światowych liderów, że to bezpieczeństwo bez Ukrainy jest o wiele bardziej kruche”.Ekspertka podkreśliła, że narracja Kijowa opiera się na tezie, iż ukraińskie doświadczenie frontowe jest dziś realnym wzmocnieniem dla całego NATO.SAFE: 150 miliardów euro i 40 lat spłatyRozmowa zeszła również na program SAFE — unijny instrument wsparcia obronności o wartości 150 miliardów euro. Polska ma otrzymać z tej puli około 43,7 mld euro.Masztafiak przypomniała jednak, że chodzi o pożyczkę:„Pożyczka, która ma być spłacana przez okres 40 lat z dziesięcioletnią karencją spłat kapitału. Oprocentowanie takiej pożyczki szacowane jest na 3–4%”.W jej ocenie kontrowersje budzi brak pełnej jawności listy projektów finansowanych z SAFE.„Jeśli ta jawność nie jest zapewniona, no to możemy domniemywać, że będzie to w dużej mierze dominowała uznaniowa forma wyboru projektu”.Pojawiają się też obawy, że program może stać się — jak wskazują krytycy — „dodatkową linią kredytową” dla niemieckiego sektora zbrojeniowego./fa
Witam Państwa, nazywam się Jarosław Drożdż, pracuję w Centralnym Szpitalu Klinicznym Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, skąd nagrywam podcast Kardio Know-How. W tym odcinku omawiam rolę β-adrenolityków we współczesnej kardiologii.To druga część analizy dotyczącej roli β-adrenolityków po zawale serca, skupiona na najnowszych metaanalizach porządkujących sprzeczne wyniki badań REDUCE-AMI, REBOOT i BETAMI-DANBLOCK. Metaanaliza opublikowana w „The Lancet”, oparta na danych indywidualnych pacjentów z EF 40–50%, wykazała 25% redukcję powikłań oraz wyraźny spadek zgonów sercowo-naczyniowych. W tej grupie korzyści z β-adrenolityków nie budzą dziś wątpliwości i przemawiają za ich rutynowym stosowaniem. Druga metaanaliza, opublikowana w „NEJM”, objęła pacjentów z EF ≥50% i wykazała jedynie 3% przewagi β-blokerów, nieosiągając istotności statystycznej. Oznacza to, że nawet w najlepiej rokującej populacji można oczekiwać niewielkiej, choć mierzalnej korzyści klinicznej. Jednocześnie nie wykazano negatywnego wpływu przewlekłego stosowania β-adrenolityków w tej grupie. W praktyce zdecydowana większość pacjentów po zawale nadal ma jednoznaczne wskazania do β-adrenolityków. Wątpliwości dotyczą jedynie niewielkiej grupy chorych po niepowikłanym zawale z EF >50% i bez innych wskazań. W przypadku spadku EF poniżej 50% korzyści z leczenia ponownie stają się wyraźne i istotne klinicznie. Dlatego utrzymanie β-adrenolityków u pacjentów po zawale, przy braku przeciwwskazań, pozostaje strategią bezpieczną i racjonalną klinicznie. Szczegółowy TRANSKRYPT do odcinka.Podcast jest przeznaczony wyłącznie dla osób z profesjonalnym wykształceniem medycznym.
Afera Jeffreya Epsteina to jeden z największych skandali obyczajowych i kryminalnych XXI wieku. Epstein – amerykański finansista i skazany za wykorzystywanie seksualne nieletnich – zmarł w 2019 roku w więzieniu, gdzie czekał na proces za handel ludźmi i przestępstwa na tle seksualnym.W ostatnich dniach Departament Sprawiedliwości USA opublikował ponad trzy miliony nowych stron akt na mocy Epstein Files Transparency Act, podpisanej przez Donalda Trumpa. Ujawnione materiały – obejmujące dokumenty, nagrania i zdjęcia z postępowań FBI oraz spraw Epsteina i Ghislaine Maxwell – nie anonimizują osób publicznych, ale mogą zawierać treści fałszywe lub niezweryfikowane, przekazane do śledczych przez osoby trzecie.Nowe informacje w sprawie afery komentował dziennikarz Adam Gniewecki. Zwrócił uwagę na przełomowy moment w sprawie: dostęp amerykańskich kongresmenów do pełnych, nieocenzurowanych akt.„Od poniedziałku kongresmeni amerykańscy otrzymali dostęp do nieobrobionych, niezamaskowanych czarnymi paskami dokumentów z afery Epsteina. Kilku z nich powiedziało, że teraz dopiero zacznie się lawina – że tam są rzeczy straszne i że poleci lawina głów wśród polityków amerykańskich, a także światowych.”Według publicysty opublikowane dotąd dokumenty nie przynoszą jeszcze przełomu, ale sam fakt ujawnienia pełnych materiałów może wywołać polityczne trzęsienie ziemi.Krąg nazwisk: elita polityczna i biznesowaW rozmowie padły nazwiska znane z pierwszych stron gazet – od polityków po celebrytów. Gniewecki podkreślał jednak, że pojawianie się nazwiska w aktach nie oznacza automatycznie winy.„Nazwisko Donalda Trumpa pojawia się w tych aktach dziesięć tysięcy razy, co nie znaczy, że cokolwiek złego mu udowodniono. Po prostu pojawia się w najróżniejszych kontekstach.”Wymieniono także m.in. Billa Clintona, Elona Muska, Billa Gatesa czy byłego księcia Andrzeja. W przypadku brytyjskiego arystokraty sprawa była jednak poważniejsza – z zarzutami wykorzystania nieletniej Virginii Giuffre, która złożyła pozew, a później popełniła samobójstwo.„Książę Andrzej jest kompletnie wyklęty z rodziny królewskiej. Pozbawiony tytułów i funkcji.”Epstein – agent Mosadu czy FSB?Jednym z kluczowych wątków rozmowy była kwestia ewentualnej współpracy Epsteina z wywiadami. Gniewecki przedstawił własną hipotezę:„Z materiałów, które zebrałem, wynika dla mnie, że Epstein został zwerbowany i pracował głównie dla wywiadu izraelskiego, ale na boku dorabiał dla Rosjan.”Publicysta wskazywał na bliskie relacje Epsteina z izraelskimi politykami, w tym z byłym premierem i szefem Mosadu Ehudem Barakiem. Jednocześnie przypomniał o kontaktach z rosyjskimi elitami i wizytach w Rosji, także w mieście zamkniętym Sarow – ośrodku badań nuklearnych.„Doradzał Rosjanom, jak obchodzić sankcje za aneksję Krymu. To była działalność bardzo grubego kalibru.”Mimo to – jak podkreślał – twardych dowodów szpiegowskich wciąż brak.W końcowej części rozmowy Gniewecki nadał sprawie wymiar moralny i systemowy.„Z tej sprawy można zrobić oczyszczenie świata. Kto nami rządzi? Kto nam mówi, jak żyć i co jest piękne, a co brzydkie?”W jego ocenie afera Epsteina może stać się momentem katarsis – ujawnieniem mechanizmów kompromatów, zależności i szantaży na najwyższych szczeblach władzy.To dopiero początekZapowiedziano kolejne odsłony tematu – w tym wątki polskie, analizę ofiar, rolę prokuratury oraz możliwe konsekwencje dla rządów w Wielkiej Brytanii i USA.Sprawa Epsteina, jak wynika z rozmowy, nie jest zamkniętym rozdziałem. To raczej początek nowej fazy – z dostępem do pełnych akt i rosnącą presją opinii publicznej./fa
Wskaźnik ukredytowienia w Polsce wynosi 47 proc., co oznacza, że blisko połowa dorosłych obywateli naszego kraju ma zaciągniętą pożyczkę lub kredyt. Jednocześnie tylko co piąty Polak posiada na koncie jakiekolwiek oszczędności. Jak zadłużają się Polacy i dlaczego tak wiele osób wpada w spiralę długów, z której nie potrafią znaleźć wyjścia? Czy nasza wiedza na temat finansów jest wystarczająca, by dobrze zarządzać własnym budżetem i czerpać z takich narzędzi jak kredyt czy pożyczka bez zbędnego ryzyka? Jak to możliwe, że z długami finansowymi borykają się niekiedy nawet dzieci? O tym w kolejnym odcinku "Półki z książkami" Anna Sobańda rozmawia z Aleksandrą Gałką-Reczko, autorką książki "Dług. Reportaże spod kreski". Zapraszamy do słuchania!
Spór o Krajową Radę Sądownictwa wchodzi w nową fazę. Marszałek Sejmu zapowiada „plan B” na wypadek, gdyby prezydent nie podpisał ustawy dotyczącej KRS. W Poranku Wnet do sprawy odniosła się Kamila Borszowska-Moszowska, wskazując na poważne wątpliwości prawne.„Prawo swoje, czynności swoje”Sędzia przyznaje, że zapowiedzi marszałka są trudne do jednoznacznego zinterpretowania.„Zgodnie z kalendarzem wyborczym marszałek Sejmu ma określony czas na rozpisanie wyborów według tej ustawy, która w tej chwili obowiązuje. (…) Trudno mi powiedzieć, co miał na myśli.”Jej zdaniem sytuacja pokazuje głębszy problem funkcjonowania państwa.„My ostatnio żyjemy w takim czasie, gdzie prawo swoje, a czynności swoje.”Borszowska-Moszowska podkreśla, że źródła prawa są jasno określone w Konstytucji, a nie są nimi ani obwieszczenia, ani uchwały stowarzyszeń.„Artykuł 87 Konstytucji mówi, jakie są źródła prawa, a nimi nie jest obwieszczenie marszałka Sejmu czy uchwała jakiegoś stowarzyszenia.”Spór o konstytucyjność i „powrót do stosowania prawa”Sędzia ocenia, że nowelizacja KRS przegłosowana przez parlament jest niezgodna z Konstytucją, ponieważ ogranicza bierne prawo wyborcze sędziów do kandydowania.„Ta ustawa jest niekonstytucyjna, dlatego że ogranicza możliwość kandydowania biernego przez sędziów do KRS-u, co już było kiedyś w prawie polskim i zostało uznane za niekonstytucyjne.”Jednocześnie wskazuje, że obowiązująca obecnie ustawa – w jej ocenie – pozostaje zgodna z Konstytucją.„Tak naprawdę dla nas teraz potrzeba po prostu powrotu do stosowania prawa. Ta ustawa, która w chwili obecnej obowiązuje, jest zgodna z konstytucją.”Wakaty i skutki dla obywateliW tle sporu pozostaje problem braków kadrowych w sądach. Według danych przywołanych podczas wysłuchania publicznego, liczba wakatów sięga około tysiąca.„Jeżeli my mamy tysiąc wakatów przy dziewięciu tysiącach sędziów, to jest co najmniej 10% brakującej kadry.”Zdaniem sędzi skutkiem są wydłużające się postępowania i narastająca niepewność prawna.„Jeżeli ktoś uchyla wyrok, bo mu się sędzia nie podoba, to on tam nie widzi obywatela. On tylko widzi swoją nienawiść do tej osoby. Gdyby patrzył na obywatela, to zbadałby sprawę merytorycznie.”Manipulacja czy interpretacja?Borszowska-Moszowska podnosi również kwestię narracji wokół KRS i jej wpływu na orzeczenia trybunałów międzynarodowych.„Opierając się na manipulacji, została zbudowana cała narracja o niekonstytucyjnej KRS, a potem zostało to inkorporowane do orzeczeń trybunałów międzynarodowych.”Na koniec apeluje do obywateli o samodzielną analizę przepisów.„Wystarczy przeczytać artykuł 187 Konstytucji, a jak ktoś ma więcej czasu, to zagłębić się w stenogramy Komisji Kodyfikacyjnej Zgromadzenia Narodowego.”W jej ocenie kluczem do wyjścia z kryzysu jest konsekwentne stosowanie obowiązującego prawa i rezygnacja z działań, które – jak twierdzi – pogłębiają chaos w wymiarze sprawiedliwości./fa
Zwycięstwo konserwatystów w wyborach w Japonii oraz wyraźny mandat dla nowej premier, Sanae Takaichi, zaskoczyły wielu obserwatorów. O przyczynach tego sukcesu, kondycji japońskiej polityki i możliwych konsekwencjach międzynarodowych mówił na antenie Radia Wnet historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Jakub Polit.Silna osobowość w kraju rotacyjnych premierówProfesor zwrócił uwagę, że w japońskiej polityce stabilność przywództwa należy do rzadkości.„Premierzy Japonii zmieniają się jak w karuzeli. Swego czasu rządzący przez lat 14 kanclerz Kohl powiedział, że jest zmęczony poznawaniem kolejnych premierów Japonii, których bodajże siedmiu się zmieniło podczas jego kadencji.”Nowa premier – jak podkreślał Polit – postawiła wszystko na jedną kartę. Zdecydowała się na przyspieszone wybory, mimo że jej partia nie miała wcześniej stabilnej większości.„Postawiła wszystko na jedną kartę i wygrała. W Japonii, gdzie wszystko przebiega wedle zasady konsensusu, nie drażnienia innych, to wymaga pewnego rodzaju siły woli, ażeby się postawić.”W jego ocenie mamy do czynienia z „bardzo silną osobowością”, co w japońskich realiach politycznych jest zjawiskiem wyjątkowym.„Japońska Thatcher”? Raczej lider gotowy na niepopularne decyzjeW mediach pojawiły się porównania nowej premier do Donalda Trumpa czy Margaret Thatcher. Polit studzi jednak takie analogie, wskazując, że chodzi raczej o styl przywództwa niż kopiowanie konkretnych programów.„To po prostu jest porównanie do silnych liderów, którzy mają odwagę podjąć niepopularną decyzję i tutaj rzeczywiście tak jest.”Kluczowe znaczenie może mieć kwestia bezpieczeństwa oraz ewentualna zmiana dotychczasowej, skrajnie pacyfistycznej konstytucji Japonii. Zdaniem historyka obecna sytuacja międzynarodowa podważa sens dotychczasowej doktryny.„Pacyfistyczna konstytucja miała być zachętą dla całego świata do rzucenia broni. Kiedy się okazało, że jest to niemożliwe, że kontynent nie tylko nie podąża za wyspami, ale się zbroi, no to okazuje się, że nie pasuje ona do obecnych realiów.”Tajwan i napięcia z ChinamiNajbardziej wyrazistym elementem nowego kursu jest stanowisko wobec Tajwanu. Premier Takaichi stwierdziła, że wyspa jest kluczowa dla bezpieczeństwa Japonii. To wywołało ostrą reakcję Pekinu.„Znana była ostatnia awantura odnośnie wypowiedzi pani Takaichi odnośnie Tajwanu, o której powiedziała to, co wiedzą wszyscy, ale nikt nie odważył się mówić. Mianowicie wyspa jest niezbędna dla japońskiego bezpieczeństwa i w interesie Japonii jest jej obrona.”Reakcja chińskiego konsula – jak relacjonował Polit – była wyjątkowo brutalna.„Powiedział, że osobie, która w ten sposób mówi, należy rozbić jej głupi łeb. Trzeba powiedzieć, że nawet odnośnie retoryki komunistów chińskich były to słowa wręcz niesłychane.”W szerszej perspektywie chodzi o kontrolę nad dostępem do Pacyfiku. Zdaniem historyka przejęcie Tajwanu przez Chiny oznaczałoby zasadniczą zmianę równowagi sił w regionie.„Usadowienie się tutaj Chińczyków oznacza pozostawienie Japonii na łasce chińskiej, a Tajwan jest tutaj wyspą kluczową.”Czy mamy do czynienia z początkiem nowej, konserwatywnej epoki w Japonii? Prof. Polit pozostaje ostrożny.„Dotychczasowa praktyka nie nastraja optymistycznie. Gabinety w Japonii trwały, jak wiadomo, krótko. Zależały od układu sił wewnątrz samej partii rządzącej.”Jednocześnie przyznaje, że nowa premier „jest postacią dobrze rokującą i sympatyczną” oraz że sam „byłby pozytywnie zaskoczony, gdyby był to jakiś długofalowy przełom”./fa
W marcu 2023 roku, ponad 30 lat po śmierci ks. Franciszka Blachnickiego, Instytut Pamięci Narodowej ustalił, że założyciel Ruchu Światło-Życie został zamordowany. – W wyniku gry operacyjnej i działań operacyjnych wydziału 11 Departamentu I MSW – a więc komunistycznego wywiadu – w jego najbliższe otoczenie wysłano dwójkę zdeterminowanych, perfidnych i doświadczonych agentów komunistycznych służb – małżeństwo państwa Gontarczyków, którzy mieli ostatecznie zniszczyć księdza. Później nastąpiła śmierć i zabójstwo księdza Franciszka Blachnickiego. Wiemy już dzisiaj, że było to zabójstwo– mówił w 2023 roku ówczesny prezes Instytutu Pamięci Narodowej Karol Nawrocki O sprawie mówił w Poranku Radia Wnet dziennikarz Tomasz Szymborski. Tłumaczył, dlaczego przełom nastąpił dopiero po latach i co sprawiło, że pierwsze postępowanie zakończyło się fiaskiem.„Kilka lat temu zostało wszczęte drugie śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej, gdyż pierwsze zostało brutalnie przerwane. Prokurator Skwara wszczął to śledztwo, zbulwersowany niedoróbkami, które doprowadziły do umorzenia pierwszego postępowania.”Zdaniem Szymborskiego kluczowym problemem pierwszego śledztwa były elementarne zaniedbania, których – jak podkreśla – nie powinien popełnić doświadczony prokurator.„Podczas pierwszego śledztwa doszło do kardynalnych, szkolnych błędów, które prokuratorowi z kilkudziesięcioletnim stażem nie powinny się zdarzyć.”Najpoważniejszym z nich był brak ekshumacji.„Prokurator Ewa Koj nie zrobiła podstawowej rzeczy. To znaczy nie ekshumowała ciała księdza Blachnickiego, który został zamordowany w Niemczech, a pochowany jest w Polsce, w sanktuarium Ruchu Światło-Życie.”Dopiero późniejsze ustalenia potwierdziły, że duchowny został otruty, choć – jak zaznacza rozmówca Radia Wnet – przedwczesne ujawnianie szczegółów toksykologicznych mogło utrudnić dalsze czynności.Szymborski przypomniał, że śmierć ks. Blachnickiego nastąpiła krótko po wizycie w jego ośrodku w Carlsbergu pary agentów PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa.„W jego pokoju pojawiła się para, która później okazała się agentami SB – Andrzej Gontarczyk pseudonim ‘Jon' oraz Jolanta Gontarczyk-Lange, TW ‘Panna'. Wkrótce po tej wizycie ksiądz zmarł.”Początkowo niemiecki lekarz stwierdził zator płucny, jednak – jak wynika z późniejszych ustaleń – ta diagnoza była błędna. Wkrótce po śmierci duchownego agenci zostali ewakuowani do Polski, mimo że niemiecki kontrwywiad był już na ich tropie.Jednym z najbardziej kontrowersyjnych wątków pozostaje – według Szymborskiego – postawa współczesnych służb wobec śledztwa IPN.„Z moich informacji wynika, że Agencja Wywiadu nie chce współpracować z prokuratorami IPN. Myślę, że z bardzo prostego powodu – chroni swoją agenturę.”Dziennikarz wskazuje, że część agentów mogła zostać przejęta przez służby III RP.„Wszystko na to wskazuje, że Jolanta Lange została przejęta z całym dobrodziejstwem inwentarza przez służby III Rzeczpospolitej. I że nie działali sami – była cała logistyka i obsługa agentury, także w otoczeniu duchownych.”Rozmowa zeszła także na szerszy problem ciągłości aparatu bezpieczeństwa po 1989 roku i koncepcję tzw. „opcji zero”.„Ta sprawa pokazuje, że bez wyczyszczenia służb trudno mówić o suwerennym państwie.”Jednocześnie Szymborski studził postulaty radykalnych rozwiązań w obecnej sytuacji geopolitycznej.„Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby dziś wprowadzono opcję zero, kiedy za wschodnią granicą trwa wojna. Być może najlepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie instytucji równoległej, która stopniowo przejmowałaby zadania służb.”Zdaniem dziennikarza próby paraliżowania śledztwa nadal trwają – m.in. poprzez podsuwanie fałszywych tropów, które mają odciągać prokuratorów od kluczowych ustaleń. Mimo upływu niemal czterech dekad odpowiedzialność karna za zabójstwo ks. Blachnickiego wciąż nie została rozliczona. /fa
"Dwa razy straciłem prawo jazdy" – powiedział Gość Krzysztofa Ziemca w RMF FM Michał Kołodziejczak i zaznaczył, że w tej chwili nie odzyskał jeszcze dokumentu. "Miałem takie zajście, że policja mnie zatrzymała, jechałem faktycznie za szybko. Usłyszałem: Możesz się posłużyć immunitetem i wtedy dostajesz prawo jazdy od razu. Powiedziałem: Chwila, wytrzymam trzy miesiące i nie jest to dla mnie problem" – przyznał. Jednocześnie podkreślił, że krytykując jazdę samochodem Waldemara Żurka, "nie miał zamiaru go pouczać".
Dziś rozmawiam o nietuzinkowych warsztatach z Moniką.Maria Monica London to autorski projekt modystki Moniki Ciesiełkiewicz. Pracownia od 10 lat mieści się w Londynie, tuż nad brzegiem Tamizy. Monika zaczęła swoją przygodę prawie 30 lat temu. W 1992 r. ukończyła w Kaliszu szkołę modniarstwa, zdobywając dyplom czeladnika w tym zawodzie. Od tego czasu tworzy unikatowe nakrycia głowy. Los sprawił, że przeprowadziła się do Londynu i tam to się dopiero rozkręciło na dobre. Rozpoczęła pracę u boku guru świata kapeluszy – Philipa Treacy'ego. I zaczęła odkrywać ten zawód na nowo. Poznawała tajniki pracy przy kolekcjach couture, tworzyła kapelusze dla angielskiej rodziny królewskiej oraz wielu światowych gwiazd kina, mody i muzyki. Kapelusze wykonane przez Monikę noszą m.in.: Kate Middleton, Megan Markle, Lady Gaga, Demi Moore, Tina Turner czy Kate Moss. Od kilku lat Monika tworzy nakrycia głowy na indywidualne zamówienia, a także współpracuje z topowymi londyńskim modystkami, jak np. Jane Taylor.Modniarstwo to zawód, który łączy w sobie pracę projektanta i rzemieślnika. Zawód, w którym praca wygląda dziś prawie tak samo jak 100 lat temu! Jednocześnie każdy sezon przynosi nowe odkrycie. Modniarstwa uczy się latami, ale każdy etap to naprawdę fascynujące przeżycie. Niestety dziś niewiele jest na świecie miejsc, gdzie można się z nim zapoznać. Jednym z takich wyjątków jest pracownia Moniki, która od kilku lat udziela indywidualnych lekcji i prowadzi warsztaty. Przekazywanie wiedzy i doświadczenia to jedna z misji Moniki. Jak sama mówi: “To dla mnie naprawdę wspaniale móc pokazać innym ten magiczny świat. Mieć swój udział w tym, by ten piękny zawód nie zaginął.”Monikę znajdziesz tutaj: https://www.instagram.com/mariamonicahatacademy/-----------------Chcesz prowadzić warsztaty rękodzieła lub robisz to od lat i szukasz środowiska wzrostu - zaglądaj tutaj: PROWADŹ WARSZTATY RĘKODZIEŁA PO MISTRZOWSKUWięcej podobnych treści w BIBLIOTECE:https://oplotki.pl/produkt/biblioteka-akademii-rekodzielnika-wszystkie-biznesowe-materialy-dla-tworcow-handmade-razem/Tam również te niepublikowane odcinki podcastów, nagrania szkoleń stacjonarnych, masterclassów online, kompleksowych kursów (np. wyceny, prowadzenia warsztatów rękodzieła), porad specjalistów (księgowość dla rękodzielników, aspekty prawne) i wieeeele więcej - WSZYSTKO, co może Cię wesprzeć w prowadzeniu biznesu w oparciu o rękodzieło lub rzemiosło.Chcesz wesprzeć ten podcast?Tutaj znajdziesz link do dobrowolnej zrzutki, która pomaga finansować ten projekt:https://suppi.pl/oplotkiChcesz zasponsorować dany odcinek lub serię odcinków wykupując promocję dla TWOJEJ DZIAŁALNOŚCI w tym podcaście?Pisz: agnieszka@oplotki.pl
Rynki wchodzą w tryb ucieczki od ryzyka przed kluczowymi danymi z amerykańskiego rynku pracy. Jednocześnie ruszają zimowe igrzyska Mediolan–Cortina 2026 – pierwsze takie, których organizacja wprost uwzględnia skutki zmian klimatu. W tle geopolityka: Chiny coraz wyraźniej ujawniają się jako finansowe zaplecze rosyjskiej wojny i czynnik ryzyka dla Europy.W dzisiejszym odcinku PB BRIEF zaglądamy też do Pulsu Biznesu:
Gościem poranka Radia Wnet był Jan Bogatko, który relacjonował zmieniające się nastroje polityczne w Niemczech i Francji wobec Stany Zjednoczone oraz debatę o uniezależnieniu Europy od amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, technologii i energii.Punktem wyjścia do komentarza była sytuacja w Niemczech, gdzie — jak zauważył Bogatko — „zima zawsze przychodzi niespodziewanie”, także w polityce. Relacje Berlina i Paryża z Waszyngtonem ulegają wyraźnemu ochłodzeniu, a europejscy politycy coraz częściej mówią o potrzebie strategicznej samodzielności.„Mówi się w Berlinie i w Paryżu, że to kurs Donalda Trumpa zmusza Europejczyków do nowych przemyśleń. Unia Europejska nie powinna być dłużej zależna od USA. To jest zła wiadomość dla Polski”.Bogatko podkreślał, że narracja o europejskiej potędze rozmija się z realiami wojskowymi.„Bez parasola nuklearnego Unia Europejska jest karłem, bezzębnym karłem. Tu się nic nie zmieniło”.W jego ocenie próby budowania europejskiej niezależności wynikają nie tylko z obaw przed polityką Donald Trump, ale także z ambicji politycznych Berlina i Paryża. Szczególnie mocno wybrzmiały słowa nowego kanclerza Niemiec.„Kanclerz Friedrich Merz uderzył pięścią w stół i powiedział: będziemy mocarstwem. Musimy mówić językiem polityki potęgi”.Jednocześnie — jak zauważył korespondent — tej „potęgi” nie widać w gospodarce wewnętrznej, mimo pierwszych sygnałów ożywienia. Równolegle trwają prace nad ograniczeniem zależności Europy od amerykańskich technologii, armii i surowców energetycznych.„Najlepiej pomogłoby w tym uruchomienie obu gazociągów z Rosji. Głośno się tego nie mówi, ale jest to w pamięci”.Bogatko krytycznie odniósł się także do roli urzędników unijnych w Brukseli.„To jest nowa szlachta — bezpodatkowa, jak w średniowieczu — która decyduje o strategicznych zwrotach Europy”.W handlu, jak podkreślał, Unia Europejska próbuje dywersyfikować kierunki współpracy, zawierając porozumienia z Mercosurem, Indiami i Indonezją oraz negocjując z Meksykiem i Australią.Na koniec Bogatko zwrócił uwagę na zmiany w sektorze technologicznym, szczególnie we Francji.„Rząd Emmanuel Macron planuje zakazać urzędnikom korzystania z amerykańskich platform, takich jak Google Meet, Zoom czy Teams”.Zdaniem korespondenta Radia Wnet wszystko to świadczy o głębokiej zmianie kursu politycznego Europy.„Zmiany są na całego i prowadzą do tego, że Zachód będzie czerwony”.
[AUTOPROMOCJA] Pełnej wersji podcastu posłuchasz w aplikacji Onet Audio. W najnowszym odcinku podcastu „Raport międzynarodowy" Agnieszka Bryc i Witold Jurasz komentują zatrzymanie szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej. Jak zauważa Witold Jurasz, choć zatrzymanie jest sukcesem, skala problemu może okazać się znacznie większa. Jeżeli szpieg działał kilkanaście lat w ministerstwie, to jego zatrzymanie nie będzie już takim sukcesem. Prowadzący wskazują na systemowe słabości polskich instytucji. Dopóki za pracę dla państwa nie będzie się płaciło lepiej, cały personel jest siłą rzeczy podatny na werbunek – mówi Agnieszka Bryc. Nie zabrakło także geopolitycznej analizy sytuacji Iranu oraz relacji z USA. Prowadzący zwracają uwagę, że Teheran, osłabiony wewnętrznie i podatny na presję, szuka możliwości rozmów. Jednocześnie trzeba pamiętać, że eskalacja konfliktu w tym rejonie, może sprawić, że Hezbollah zostanie w niego wciągnięty. Na koniec prowadzący komentują również najnowsze doniesienie w sprawie skandalu obyczajowo‑polityczny wokół Jeffrey'a Epsteina. Witold Jurasz gorzko podsumowuje, światowe elity są takie trochę amoralne. Agnieszka Bryc wskazuje za to na ryzyko wiążące się z ujawnieniem tak wielu dokumentów w tej sprawie. Ich nadmiar może zakończyć się… wygaszaniem sprawy, sprawić, że utoniemy w chaosie różnych wątków i szybko zapomnimy o tym, czego dopuścił się Jeffrey Epstein.
W Popołudniu Wnet doszło do merytorycznej debaty ponad podziałami. Rafał Komarewicz z Polski 2050 i Janusz Kowalski z Prawa i Sprawiedliwości oceniali start Krajowego Systemu e-Faktur (KSeF) oraz szerzej – kierunek reform podatkowych. Choć reprezentują przeciwne obozy, obaj zgodzili się w jednym: system został wdrożony zbyt szybko i bez wystarczających testów.„System powinien być przetestowany”Poseł Komarewicz, przewodniczący sejmowej Komisji Gospodarki, podkreślał, że problemem nie jest sama idea KSeF, lecz sposób jej wprowadzenia.„Mówiłem już kilka tygodni temu, że ten system powinien być przede wszystkim przetestowany. Dać sobie co najmniej trzy miesiące, a nie pół roku, żeby sprawdzić, jak on działa. Niestety Ministerstwo Finansów nie posłuchało”.Jak relacjonował, na posiedzeniach komisji przedsiębiorcy wprost wskazywali, że system jest nieprzetestowany.„Była prezentowana informacja ze strony przedsiębiorców, że to jest nieprzetestowany system po prostu”.Jedyną dobrą wiadomością – jego zdaniem – jest zapowiedź braku sankcji w 2026 roku.„Przedstawiciele Ministerstwa Finansów powiedzieli, że w 2026 roku nie będzie kar za nieprzystąpienie do KSeF-u i będą również w obiegu faktury papierowe. To jest jedyna dobra informacja”.Kowalski: idea dobra, wykonanie fatalneJanusz Kowalski podkreślał, że jako zwolennik cyfryzacji popiera samą koncepcję KSeF.„Jestem zwolennikiem cyfryzacji, operacyjnego obniżania kosztów przedsiębiorcom, żeby przedsiębiorca skupiał się na biznesie”.Jednocześnie ostro krytykował sposób wdrożenia systemu.„Te dwa lata zostały przez ministra Andrzeja Domańskiego zmarnowane. Akty wykonawcze zostały wydane w grudniu, kilka tygodni temu. Są ogromne problemy informatyczne”.Wskazywał na konkretne usterki zgłaszane przez księgowych i przedsiębiorców.„Są duże problemy techniczne z fakturami z zewnętrznych systemów księgowych do KSeF. Często nie pojawia się numer konta bankowego”.Kowalski zwracał uwagę na przeciążone infolinie urzędów skarbowych i brak koordynacji między resortami.„Zabrakło komunikacji między Ministerstwem Cyfryzacji w kontekście ePUAP-u a Ministerstwem Finansów. Zamiast skupić się na pracy, przedsiębiorcy muszą się użerać z KSeF-em”.W jego ocenie także komunikat o braku sankcji przyniósł odwrotny skutek.„Większość przedsiębiorców uznała, że ta sprawa ich nie dotyczy. Nie pobrali uprawnień, nie są świadomi, że muszą odbierać faktury w KSeF-ie, i to prowadzi do jeszcze większego chaosu”.Prowadzący pytał, czy krytyka oznacza ponadpartyjny konsensus. Rafał Komarewicz tonował te wnioski.„Nie chodzi o to, że było błędem. Zgadzamy się co do oceny sytuacji, a nie poglądów politycznych. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało po miesiącu funkcjonowania”.Zapowiedział, że pierwsze podsumowanie działania KSeF odbędzie się w połowie marca na Komisji Gospodarki.Podatki: od klasy średniej po demografięDruga część rozmowy dotyczyła reform podatkowych. Komarewicz przedstawił ramową propozycję zmian w PIT.„Klasa średnia biednieje i to w zastraszającym tempie. Proponuję podnieść kwotę wolną z 30 do 45 tysięcy i drugi próg z 120 do 200 tysięcy, z coroczną waloryzacją”.Wskazywał też źródła finansowania, m.in. podatek przychodowy dla dużych koncernów, zmiany w ryczałcie oraz podatek katastralny od czwartego mieszkania.„Jeżeli ktoś ma cztery, pięć, sześć mieszkań i z tego żyje, to powinien płacić podatek katastralny. To oczywiście jest do dyskusji”.Janusz Kowalski deklarował gotowość do rozmowy ponad podziałami i przypominał o własnych propozycjach.„Jestem zwolennikiem prostych podatków i pełnej automatyzacji systemu. W trzy lata jesteśmy w stanie wprowadzić Tax Administration 3.0”.Odwoływał się też do projektów prodemograficznych.„Nie ma dziś ważniejszej sprawy niż demografia. PIT 0 proc. dla rodzin z co najmniej dwójką dzieci to bardzo dobre rozwiązanie, o którym powinniśmy poważnie porozmawiać”./fa
Czy hasło polexitu przestaje być politycznym marginesem, a zaczyna realnie kształtować debatę publiczną? Najnowsze badanie Ogólnopolskiej Grupy Badawczej pokazuje wyraźną zmianę nastrojów społecznych. O wynikach i ich konsekwencjach w Radiu Wnet mówił Łukasz Pawłowski, prezes OGB.25 proc. za wyjściem z UniiW badaniu zadano pytanie wprost: jak Polacy zagłosowaliby, gdyby referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej odbyło się „w najbliższą niedzielę”.Dzisiaj około 25 proc. w takim referendum powiedziałoby, że chciałoby z Unii Europejskiej wyjść. To dalej jest zdecydowana przewaga tych, którzy chcieliby w Unii Europejskiej zostać, ale od 2019 roku ta liczba wzrosła o prawie 20 punktów procentowych– mówi Pawłowski. Jak podkreśla, pytanie było maksymalnie jednoznaczne – „leave or stay” – bez miejsca na interpretacje czy warunkowanie odpowiedzi. „Z tego pytania nie da się już prościej zadać, nie da się powiedzieć, że ci wyborcy mają coś innego na myśli”.Największe zmiany widać w elektoratach partyjnych. Wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej niemal nic się nie zmieniło.„90 proc. mówi: zostajemy w Unii. Tu jest bardzo prosta sytuacja dla polityków”.Inaczej wygląda sytuacja na prawicy. W elektoracie Prawa i Sprawiedliwości nastąpił gwałtowny zwrot.„Jeszcze w 2019 roku prawie 90 proc. wyborców PiS mówiło, że zagłosowałoby za pozostaniem w Unii Europejskiej. Dzisiaj jest pół na pół. Przeciwników Unii w tym elektoracie przybyło o 40 punktów procentowych”.Podobnie jest w Konfederacji, gdzie również obserwowany jest niemal równy podział.„To jest najtrudniejsza sytuacja politycznie. Taki podział pół na pół bardzo trudno utrzymać”.Wyraźnie bardziej jednorodny elektorat ma ugrupowanie Grzegorz Braun. Jak informuje Pawłowski, „w partii Grzegorza Brauna 75 proc. mówi: wychodzimy, 25 proc.: zostajemy. Z punktu widzenia polityki to jest sytuacja dużo łatwiejsza”. Zdaniem Pawłowskiego to tłumaczy rosnące poparcie dla tej formacji. „25 proc. to już nie jest margines. To jest jedna czwarta społeczeństwa. Co trzeci mężczyzna w Polsce mówi dziś: powinniśmy z Unii Europejskiej wyjść” – mówi. Co Polakom najbardziej przeszkadza w UEPrezes OGB zwraca uwagę, że przez lata temat członkostwa w UE nie był szczegółowo badany, bo istniał niemal pełny konsensus społeczny. To się zmieniło. Pawłowski wskazuje, że mężczyźni są dużo bardziej skłonni do wyjścia z Unii niż kobiety.W badaniach exit poll pytano m.in. o pakt migracyjny i Zielony Ład. Okazało się, że „zdecydowana większość Polaków odpowiadała, że Polska powinna się z tych projektów wycofać, nawet wśród wyborców Rafała Trzaskowskiego”.Jak dodaje Pawłowski, w najnowszych badaniach skojarzeń z UE wśród najczęściej wskazywanych pojawia się także korupcja.„Unia Europejska zaczęła się Polakom kojarzyć z korupcją. Te nastroje antyunijne pojawiły się już jakiś czas temu”.Zdaniem Pawłowskiego hasło polexitu może stać się jednym z kluczowych tematów nadchodzącej kampanii parlamentarnej. Ocenia, że „nie można zignorować tych 25 proc. Polaków, którzy mówią dziś, że chcieliby wyjść z Unii Europejskiej. Ten temat robi się coraz bardziej realny”. Jednocześnie podkreśla, że sytuacja sprzyja partiom o jednoznacznym przekazie.„Polityka lubi wyraziste komunikaty: tak albo nie. Dużo trudniej jest funkcjonować, gdy elektorat dzieli się pół na pół”.Według prezesa OGB to właśnie ten podział może być jednym z największych problemów dla PiS i Konfederacji w kolejnych wyborach./fa
Dwa tematy, które na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego chce omówić prezydent Karol Nawrocki, mają sens – ocenia w rozmowie z „Rzeczpospolitą” prof. Antoni Dudek, politolog i historyk. Jednocześnie ocenia zwołanie RBN jako „kolejny etap wojny” głowy państwa z rządem.Kup subskrypcję „Rzeczpospolitej” podadresem: https://czytaj.rp.pl
W audycji poruszono temat alarmujących wyników badań przeprowadzonych na Florydzie. Administracja gubernatora Rona DeSantisa poinformowała, że spośród 46 przebadanych produktów cukierniczych aż 28 wykazało podwyższone stężenie arsenu.Jak podano na antenie:„Administracja gubernatora Florydy poinformowała, że przebadała słodycze i w większości z nich – 28 z 46 sprawdzonych produktów – wykazało podwyższone stężenie arsenu”.Badania przeprowadził stanowy Departament Zdrowia, a ich wyniki opublikowano w ramach programu Healthy Florida First. Władze ostrzegły, że długotrwałe spożywanie takich produktów może zwiększać ryzyko nowotworów, zwłaszcza u dzieci.Na antenie przytoczono fragment rozmowy ze stacji Fox News z pierwszą damą Florydy, Casey DeSantis, która mówiła:„Departament Zdrowia Stanu Floryda przebadał 46 produktów cukierniczych od 10 różnych firm i stwierdził, że 28 z nich zawiera podwyższony poziom arsenu.Są to produkty, po które nasze dzieci sięgają w sklepach spożywczych.Istnieje uzasadnione oczekiwanie, że nasze produkty spożywcze nie powinny zawierać toksycznych substancji”.Casey DeSantis podkreślała, że w niektórych przypadkach poziom arsenu był nawet:„30–40 razy wyższy niż w innych produktach spożywczych”.Zwracała uwagę, że problem nie dotyczy pojedynczego cukierka, lecz regularnego spożywania:„Nie chodzi o jeden kawałek, ale o regularne spożywanie dużych ilości.Jeśli dziecko zje więcej niż 96 cukierków Nerds, przekracza roczny bezpieczny limit arsenu”.W audycji przywołano także konkretne przykłady marek, takich jak Nerds, Twix czy Milky Way, których spożycie – zdaniem autorów badań – może szybko prowadzić do przekroczenia bezpiecznych norm.Pierwsza dama Florydy apelowała również o większą przejrzystość producentów:„Jeśli niektóre firmy potrafią produkować żywność bez dodatku arsenu, inne również powinny pójść w ich ślady.Chcemy niezależnych testów i współpracy między stanami”.Głos ekspertki z PolskiDrugą część audycji poświęcono rozmowie z dr Justyną Bylinowską z portalu dietetycy.org.pl, która wyjaśniała, skąd arsen bierze się w żywności.Jak podkreślała:„Słodycze nie są głównym ani pierwotnym źródłem arsenu.Najczęściej badanym produktem pod tym kątem w Polsce jest ryż”.Ekspertka tłumaczyła, że arsen pochodzi głównie z gleby i wody:„Ryż rośnie w zalanych wodą uprawach, w których rozpuszcza się arsen.Roślina pobiera go przez korzenie i później trafia on na nasze stoły”.Zwracała uwagę, że dzieci są szczególnie narażone:„Masa ciała dziecka jest niewielka, więc ta sama porcja oznacza większe stężenie.Dlatego u najmłodszych ryzyko jest wyższe”.Jednocześnie uspokajała:„Nie chciałabym od ryżu odwodzić konsumentów.W Polsce żywność jest regularnie badana i bezpieczna”.Wskazywała, że arsen może pojawiać się także w czekoladzie i produktach kakaowych:„Surowiec do masowej produkcji musi być tani.Często bierze się niższej jakości kakao, które może zawierać więcej zanieczyszczeń”.Skutki zdrowotne i profilaktykaDr Bylinowska wyjaśniała, że groźne jest przede wszystkim długotrwałe narażenie:„To substancja genotoksyczna.Może powodować nowotwory, choroby układu krążenia, zmiany skórne, a u dzieci – spowolnienie rozwoju”.Podkreślała znaczenie urozmaiconej diety:„Im bardziej zróżnicowana dieta, tym mniejsze ryzyko zatrucia metalami ciężkimi”.Zwróciła też uwagę na inne zagrożenia, m.in. rtęć w dużych rybach:„Szczególnie uważać trzeba na duże tuńczyki czy stare osobniki ryb”.Ekspertka przypomniała również o roli instytucji kontrolnych, takich jak Główny Inspektorat Sanitarny:„Produkty są weryfikowane.Jeśli normy są przekroczone, pojawiają się alerty i ostrzeżenia”.Na zakończenie rozmowy podsumowała:„Uratuje nas zrównoważona, urozmaicona dieta, oparta na warzywach, owocach i różnych producentach”.
W sobotę w Łochowie inicjatyw narodowych, gospodarczych i samorządowych, organizowany przez środowiska związane z Grzegorzem Braunem. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele Konfederacji Korony Polskiej, a także reprezentanci innych ugrupowań prawicowych i środowisk konserwatywnych. Na miejscu była dziennikarka Radia Wnet, Hanna Tracz, która relacjonowała przebieg kongresu.Na początku trafiłam do zabytkowego pałacyku w Łochowie i pomyślałam: czy to już wszystko? Na sali było może 70–80 osób. Dopiero później okazało się, że to tylko jeden z paneli, a równolegle odbywały się jeszcze trzy inne– opisuje dziennikarka. Jak relacjonuje Hanna Tracz, właściwe centrum wydarzenia znajdowało się w dużym kompleksie hotelowym sąsiadującym z pałacem.Obok pałacu jest ogromny kompleks hotelowy. Tam były trzy wielkie sale, każda na kilkaset osób. Jednocześnie odbywały się cztery panele, a według organizatorów zarejestrowało się około 700 osób i faktycznie było to widać– dodała. Zdaniem reporterki Radia Wnet wydarzenie miało wyraźnie elitarny i formalny charakter.Średnia wieku uczestników to około 40–50 lat, ale było też sporo ludzi młodych, w wieku 25–30 lat. Większość stanowili mężczyźni. Wszyscy byli bardzo elegancko ubrani – rzeczywiście było "na bogato"– wskazuje. Wśród uczestników dominowali członkowie Konfederacji Korony Polskiej, ale obecni byli także sympatycy i przedstawiciele innych środowisk.Byli wyborcy Grzegorza Brauna, przedsiębiorcy – zresztą w sobotę zawiązano tam fundację Przedsiębiorcy Prawicy. Był też na przykład członek Nowej Nadziei, więc to nie była wyłącznie jedna partia– dodaje Hanna Tracz. Na kongresie pojawili się także parlamentarzyści i znani publicyści. Jak relacjonowała, byli wszyscy posłowie Konfederacji Korony Polskiej – poseł Fritz, poseł Skalik – a także Janusz Korwin-Mikke, Jan Pospieszalski, Monika Jaruzelska, prof. Ziemowit Malecha czy dr Jerzy Majcher.Panele dotyczyły przede wszystkim kwestii bezpieczeństwa w szerokim ujęciu.W tytule dominowało bezpieczeństwo – energetyczne, strategiczne, żywnościowe, prawne, życia i rodziny. To nie były rozmowy powierzchowne. Było dużo szczegółów i bardzo wiele pytań od publiczności– wskazuje. Dyskusje trwały długo i miały intensywny charakter. Jak mówi, „panele trwały ponad dwie godziny. Potem była krótka przerwa i kolejne dyskusje. Siedząc między salami, co chwilę było słychać oklaski – z jednej, z drugiej strony”.Jak zaznacza Hanna Tracz, kongres nie zakończył się ogłoszeniem konkretnych konkluzji programowych.„Nie było podsumowań ani gotowych konkluzji. To była raczej wymiana myśli i propozycji. Program Konfederacji Korony Polskiej już istnieje i – jak usłyszałam – kongres ma być raczej źródłem inspiracji do jego aktualizacji”.Podczas wydarzenia obecny był również sam Grzegorz Braun.„Grzegorz Braun był bojowo nastawiony, wzywał do działania. Był na miejscu, rozmawiał z ludźmi, fotografował się. Odmówił mi wywiadu, ale powiedział, że chętnie przyjmie zaproszenie do programu na żywo.”Jak podsumowuje reporterka Radia Wnet, atmosfera wydarzenia była raczej spokojna i koleżeńska./fa
Po rozstrzygnięciu wewnętrznych wyborów w Polsce 2050 i objęciu przywództwa przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, pytania o przyszłość ugrupowania oraz stabilność koalicji rządzącej nie zniknęły. Gościem Radia Wnet był Tomasz Żółciak, który wskazywał, że zakończenie partyjnych wyborów otwiera nowy, znacznie trudniejszy etap.To, że zakończył się pierwszy sezon serialu pod tytułem "kto będzie nowym przewodniczącym", nie oznacza, że nie ma sezonu drugiego. On właśnie się zaczyna – co dalej z partią i z koalicją– komentował. Zdaniem Żółciaka kluczową niewiadomą pozostaje postawa Szymona Hołowni.Wszystkie oczy są skierowane na Hołownię, który już wcześniej sygnalizował, że jeśli coś mu się nie spodoba, to on i tak zwani Szymonici zabiorą zabawki i zmienią piaskownicę– wskazał. Skala ewentualnego odejścia posłów może mieć realne znaczenie dla większości sejmowej.Koalicja ma dziś 240 głosów. Wystarczy odejście 10–11 osób i pojawia się nowy gracz, którego przy każdym ważniejszym głosowaniu trzeba będzie obsłużyć– zwraca uwagę. Jednocześnie rozmówca podkreślał, że druga strona partyjnego sporu raczej nie będzie dążyć do eskalacji.Paulina Hennig-Kloska uznała zwycięstwo Pełczyńskiej-Nałęcz i zadeklarowała wolę współpracy. Nowa liderka raczej będzie obniżać napięcie, a nie je podkręcać– ocenia. Relacje z Tuskiem i zmiana układu w koalicjiŻółciak zwracał uwagę na trudne relacje nowej liderki Polski 2050 z premierem Donaldem Tuskiem.W kampanii Pełczyńska-Nałęcz otwarcie mówiła, że dzwoni do premiera, a on nie odbiera, że prosi o spotkanie i go nie dostaje. To nie zaszkodziło jej w wyborach, ale teraz rodzi pytanie, jak ułoży relacje z resztą liderów– mówi. Dotychczasowe nieformalne „szczyty koalicyjne” odbywały się w wąskim gronie.Panowie – Tusk, Kosiniak-Kamysz, Czarzasty i Hołownia – spotykali się między sobą. Pełczyńska-Nałęcz to nowy, asertywny gracz, a nie jest tajemnicą, że premier jej nie lubi– dodał. Zdaniem dziennikarza może to prowadzić do zmiany dotychczasowych mechanizmów decyzyjnych.Może być tak, że ustalenia będą zapadały telefonicznie między trzema liderami, a Pełczyńska-Nałęcz będzie dowiadywała się o nich jako ostatnia. To nie poprawi klimatu współpracy– stwierdza. Nowa przewodnicząca stanie także przed wyzwaniem utrzymania jedności klubu. Żółciak mówi, że „ten, kto wygrywa, musi złożyć propozycje tym, którzy przegrali. Ryszard Petru już sygnalizuje, że czeka na rozmowę i ofertę. Takich osób może być 10–11”.Żółciak odniósł się również do pytania o stanowisko wicepremiera dla Polski 2050.Hołownia powinien mieć pretensje głównie do siebie. Tych spraw nie wynegocjował na początku kadencji, bo skupił się na marszałkowaniu i perspektywie prezydenckiej– mówi. Choć partia wcześniej rekomendowała Pełczyńską-Nałęcz na wicepremiera, sprawa pozostaje otwarta.Donald Tusk ewidentnie chciał przeczekać, aż ta telenowela się skończy. Teraz się skończyła, ale czy nowa liderka będzie chciała zostać wicepremierem i czy premier jej to zaproponuje – tego nie wiemy– konstatuje. Na koniec Żółciak oceniał, że dla premiera sytuacja wcale nie stała się prostsza. Jak mówi, „to będzie chleb pełnoziarnisty i sycący. Pełczyńska-Nałęcz jest ekspansywna, nie ogranicza się do swojego resortu i to tylko kwestia czasu, aż wejdzie w konflikt z innym ministrem”./fa
Świat przyspieszył, polityka coraz mocniej wchodzi w codzienne życie, a informacja stała się jednym z najcenniejszych „surowców”. Anna Popek w rozmowie z Radiem Wnet mówiła o tym, dlaczego końcówka 2025 roku jest momentem granicznym – i czemu bez wolnych mediów oraz rzetelnej debaty trudno dziś podejmować rozsądne decyzje.Punktem wyjścia była zapowiadana debata w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Nie miała być pokazem retoryki, lecz próbą spokojnej analizy tego, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach.„Nie chodzi o jakieś takie efektowne retoryczne popisy, tylko o taką analizę sytuacji, która wydaje się jest zwrotna. Zupełnie jest to punkt graniczny”.Jak podkreślała Popek, do rozmowy zaproszono osoby o dużym doświadczeniu i szerokim spojrzeniu – po to, by spróbować zrozumieć mechanizmy, a nie tylko reagować na bieżące emocje.Rolnicy, Mercosur i to, co ląduje na talerzuJednym z kluczowych tematów debaty miała być umowa Mercosur i sytuacja polskich rolników. Popek zwracała uwagę, że to nie jest problem jednej grupy zawodowej, lecz kwestia zdrowia i bezpieczeństwa wszystkich konsumentów.„Tak mówimy: rolnicy, rolnicy, ale tak naprawdę my to jemy potem. A to, jak jemy, powoduje, że się czujemy dobrze albo źle.”W jej ocenie największym wyzwaniem jest dziś uświadomienie społeczeństwu, że sprawa jakości żywności dotyczy każdego – od rodzin z dziećmi po system ochrony zdrowia. Jak wskazała, „to nie jest interes rolników. To jest interes wszystkich.”Szczególnie mocno wybrzmiał temat wolności pracy dziennikarzy. Popek przypominała, że problemy z presją polityczną nie są nowe, ale dziś przybierają formy, które prowadzą do autocenzury.Wspominała początki swojej pracy w telewizji i zasadę prezentowania dwóch stron sporu jako fundament etyki zawodowej.W tym kontekście pojawił się temat internetu i podcastów. Popek przyznała, że to właśnie potrzeba dłuższych, spokojnych rozmów skłoniła ją do stworzenia własnego formatu. Opisywała swój podcast jako „mini studio śniadaniowe” – ciepłe, bezpieczne miejsce, sprzyjające szczerości.Jednocześnie otwarcie mówiła o tym, że internet to nie tylko wolność, ale też ogromna konkurencja i konieczność nauczenia się nowych zasad gry.„Pokarmem jest informacja”Najważniejsza myśl, która przewijała się przez całą rozmowę, dotyczyła sensu tworzenia treści. Popek podkreślała, że nie chodzi o popularność ani o efektowne tezy, lecz o realną wartość dla odbiorcy.I dodawała słowa, które stały się puentą rozmowy:„My zmieniamy świat na podstawie tego, jacy jesteśmy. A jesteśmy tacy… jak pokarm, który przyjmujemy, a tym pokarmem jest informacja.”To właśnie dlatego – jej zdaniem – długie, uczciwe rozmowy, sprawdzanie faktów i samodzielne docieranie „w teren” stają się dziś ważniejsze niż kiedykolwiek.„W czasach sztucznej inteligencji musi być ktoś, kto pojedzie sprawdzić, jak jest naprawdę.”/fa
Zdaniem dr. Przemysława Biskupa, politologa z SGH i PISM, na Wyspach narasta głęboki rozdźwięk między elitami a większością społeczeństwa.Symbolem tego kryzysu stała się… rządowa gra edukacyjna, która niechcący ujawniła skalę zmiany nastrojów społecznych.Cenzura czy reakcja na radykalizację?Dr Przemysław Biskup podkreśla, że w Wielkiej Brytanii formalnej cenzury jeszcze nie ma, ale istnieją wyraźne tendencje w tym kierunku. Rządowe działania są odpowiedzią m.in. na realny problem radykalizacji w mediach społecznościowych, szczególnie wśród młodych ludzi.Wpływ mediów społecznościowych na radykalizację debaty jest realnym problemem, szczególnie groźnym dla ludzi młodych, którzy nie mają jeszcze krytycznego zmysłumówi politolog.Jednocześnie ekspert ostrzega, że rozszerzanie definicji mowy nienawiści, w tym próby wprowadzenia legalnej definicji islamofobii, może prowadzić do niebezpiecznego zawężenia debaty publicznej.To wprost wpływa na zakres dyskursu i rodzi bardzo poważne zagrożeniaRządowa gra i niechciany bohaterSymbolem napięć między władzą a społeczeństwem stała się sponsorowana przez rząd gra edukacyjna „Ścieżki”, skierowana do młodych Brytyjczyków. W zamyśle miała promować „pożądane postawy obywatelskie”, jednak efekt okazał się odwrotny.Negatywną bohaterką gry jest młoda biała Brytyjka, broniąca tradycyjnej tożsamości narodowej i pozytywnej roli brytyjskiej historii.Postać, która miała symbolizować reakcyjne i niepożądane wartości, okazała się kimś, z kim utożsamia się większość graczytłumaczy gość "Odysei Wyborczej".Jak zauważa ekspert, poglądy uznane w grze za radykalne są w rzeczywistości mainstreamowe dla 70–80 proc. Brytyjczyków.
Napięcie na linii Stany Zjednoczone–Iran poanownie rośnie. Jak relacjonował na antenie Radia Wnet Mikołaj Murkociński, temat Iranu wraca do światowych mediów po krótkiej przerwie, gdy na dalszy plan zeszły inne globalne spory.Punktem zapalnym były gwałtowne protesty, które wybuchły na przełomie grudnia i stycznia. Zaczęły się na wielkim bazarze w Teheranie, początkowo jako reakcja na dramatyczną sytuację gospodarczą kraju, ale bardzo szybko nabrały charakteru politycznego i objęły kolejne miasta.Manifestacje dość szybko nabrały charakteru politycznego i rozlały się na cały kraj. Widzieliśmy obrazki z różnych miast irańskich, gdzie manifestujący wzywali do obalenia reżimu ajatollahów– mówił Murkociński.W odpowiedzi na represje wobec protestujących głos zabrał Donald Trump, który kilkukrotnie groził Teheranowi możliwością interwencji wojskowej. Przez moment wydawało się, że napięcie opada, jednak – jak podkreślał dziennikarz Radia Wnet – ostatnie dni przyniosły wyraźną zmianę.Wydawało się, że temat troszkę ucichł, ale nie. W ostatnich dniach ponownie widzimy wzrost napięć– relacjonował.Kluczowym sygnałem była zapowiedź wzmocnienia amerykańskiej obecności militarnej w regionie Zatoki Perskiej. Stany Zjednoczone mają wysłać tam armadę z lotniskowcem USS Abraham Lincoln, co natychmiast uruchomiło pytania o możliwy scenariusz siłowy.No i pytanie, czy wobec tego Stany Zjednoczone zdecydują się na uderzenie w Iran– zaznaczał Murkociński.Jednocześnie Donald Trump twierdzi, że władze w Teheranie są gotowe do rozmów z Waszyngtonem. To rodzi wątpliwość, czy demonstracja siły ma prowadzić do wojny, czy raczej służy budowaniu presji na irański reżim.Pytanie, czy rzeczywiście Stany Zjednoczone chcą uderzać, czy raczej mamy do czynienia z budowaniem presji na ajatollahów– mówił dziennikarz.W tle całej eskalacji pozostaje program nuklearny Iranu. Murkociński przypomniał, że został on poważnie nadwyrężony w czerwcu ubiegłego roku, gdy podczas tzw. dwunastodniowej wojny między Izraelem a Iranem amerykańskie bombowce B-2 uderzyły w infrastrukturę jądrową na terenie kraju.Na razie brak jednoznacznych odpowiedzi co do dalszego rozwoju wydarzeń. Wiadomo natomiast, że Donald Trump planuje spotkania z przedstawicielami wojskowymi Izraela i Arabia Saudyjskaej. Jak zauważa Murkociński, zwłaszcza Rijad może naciskać na Waszyngton, by unikać destabilizacji regionu./fa
W rozmowie na antenie Radia Wnet Sławomir Brzózek, dyrektor Biura Zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Opakowań i Produktów w Opakowaniach EKO-PAK, skrytykował projekt ustawy UC100 dotyczący opakowań i odpadów opakowaniowych. Kluczowym elementem zmian ma być nowy model rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP), wynikający z unijnych regulacji.Gość programu zwrócił uwagę, że sama idea ROP nie jest dla branży nowością, ale sposób jej wdrażania w Polsce budzi poważne wątpliwości.„To jest koncepcja, która mówi, że producenci powinni brać odpowiedzialność za opakowania w całym cyklu ich życia – od projektowania, przez użytkowanie, aż po zagospodarowanie. Projektowanie powinno być z myślą o recyklingu albo ponownym użyciu” – podkreślał.Jak zaznaczył, Polska jest ostatnim krajem Unii Europejskiej, który nie wdrożył jeszcze pełnego systemu ROP.„Jesteśmy już ponad dwa lata spóźnieni. Będziemy za chwilę karani za opieszałość legislacyjną” – ostrzegał.„Opłata, która ma wszystkie cechy podatku”Zdaniem Sławomira Brzózka obecny projekt UC100 wprowadza rozwiązania, które w praktyce oznaczają nową daninę publiczną.„Minister ma na poziomie rozporządzenia ustalać wysokość opłaty opakowaniowej. Nie znamy żadnych szczegółów. To jest kolizja konstytucyjna, bo wprowadza daninę, która ma wszystkie znamiona podatku” – mówił.Jak wyjaśniał, opłata ma być pobierana w wysokości wyższej, niż wynikałoby to z realnych kosztów systemu.„Danina publiczna powinna być pobierana w takiej wysokości, jaka jest potrzebna na konkretny cel. Tutaj te przesłanki nie są zachowane. De facto wprowadza się podatek w postaci opłaty opakowaniowej”.Konsument zapłaci więcejW ocenie przedstawiciela branży skutki finansowe zmian odczują przede wszystkim konsumenci.„Każdy, kto sprzedaje cokolwiek w opakowaniu, ten koszt wliczy w cenę produktu. I to my, jako klienci, zapłacimy więcej” – podkreślał.Choć – jak zaznaczył – sama zasada płacenia za przyszłe zagospodarowanie odpadów nie budzi sprzeciwu, problemem jest sposób jej realizacji.„Nikt rozsądny nie ma problemu z tym, że płacimy za zagospodarowanie odpadu. Problem w tym, że to jest rozwiązanie stricte podatkowe”.Koniec Organizacji Odzysku?Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów projektu ma być marginalizacja dotychczasowych organizacji odzysku.„Ten model upaństwawia cały obszar gospodarki odpadami. Organizacje odzysku będą wymazane z systemu, a to są podmioty z ogromnym know-how” – zaznaczył Brzózek.Wyjaśniał, że obecnie pełnią one kluczową rolę w organizowaniu przepływów finansowych i kontroli realizacji obowiązków producentów.„Dają producentom pewność, że w ich imieniu dopilnują wszystkich procesów, że zapłacą tyle, ile trzeba i osiągną wymagane poziomy recyklingu”.Według rozmówcy ich eliminacja oznacza utratę rynkowych mechanizmów kontroli.Odpowiedzialność spadnie na państwo i obywateliZdaniem gościa audycji nowy system przenosi odpowiedzialność za realizację celów recyklingowych na administrację publiczną – a pośrednio na wszystkich obywateli.„W świetle tego projektu odpowiedzialność będzie na państwie, czyli na każdym z nas. Jeśli państwo się nie wywiąże, zapłacimy kary” – mówił.Jednocześnie środki z opłaty mają trafiać do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i być rozdzielane w trybie konkursowym.„Samorządy i firmy będą musiały składać wnioski. Jeśli będą wątpliwości, wypłata może być mniejsza albo opóźniona”.„To wywraca podwaliny myślenia gospodarczego”Sławomir Brzózek ocenił, że projekt UC100 może mieć długofalowe, negatywne skutki dla całego sektora.„To mechanizm, który wywraca podwaliny myślenia gospodarczego w Polsce. Zdejmuje odpowiedzialność, a zarządza nim strona, która nie ma presji na efektywność”.Jak dodał, w systemie nie przewidziano jasnych kryteriów oceny jego skuteczności.„Nawet nie wiemy, co będziemy musieli wykazać, żeby udowodnić, że system działa dobrze”.„Kto naprawdę jest zanieczyszczającym?”Rozmówca zakwestionował również prostą interpretację zasady „zanieczyszczający płaci”.„Kto jest realnym zanieczyszczającym? Producent, który musi pakować produkty, bo wymaga tego prawo? Czy konsument, który decyduje, co zrobi z opakowaniem?” – pytał.Jego zdaniem obecny projekt nie uwzględnia odpowiedzialności użytkowników końcowych.„Mówi się: producenci zapłacą. A nie mówi się ludziom, że to oni zapłacą, kupując droższe produkty”.Niejasny los ustawyProjekt UC100 przeszedł konsultacje społeczne, w trakcie których zgłoszono ponad 1600 uwag. Do dziś nie opublikowano pełnego raportu z konsultacji.„Ministerstwo ciągle pracuje nad poprawkami. Nie wiemy, kiedy projekt trafi dalej. Na pewno w tym półroczu nie będzie w komisji sejmowej” – relacjonował Brzózek.Wyraził też obawy co do transparentności procesu.„Nie spodziewam się poprawy jakości. Półtora roku pracy pokazuje, że kluczowi interesariusze są mniej ważni niż sam fakt uchwalenia ustawy”.„Ustawa dla sukcesu, nie dla systemu”Na zakończenie rozmowy gość Radia Wnet podsumował swoje obawy dotyczące kierunku zmian.„Najważniejsze jest to, żeby przygotować jakąś ustawę i ogłosić sukces. A niekoniecznie stworzyć system, który będzie efektywny i sprawiedliwy”.
Dzisiejsza rozmowa (nie wywiad): Renata z Worka Kości: Seryjni mordercy, Makabra, Tupizm i Śmierć. Renata Kuryłowicz prowadzi podcast „Zbrodnie bez cenzury” i — obok takich twórców jak Kryminatorium czy Justyna Mazur — jest jedną z najbardziej znanych autorek podcastów true crime w Polsce. W rozmowie z Winim opowiada o swojej pracy z tematami kryminalnymi oraz o odpowiedzialności, jaka wiąże się z mówieniem o prawdziwych zbrodniach i ich sprawcach. To rozmowa, w której punkt ciężkości położony jest na konkretne przypadki, fakty i konsekwencje, a nie na sensację.W rozmowie dużo miejsca poświęcone jest postaci Jeffreya Dahmera – jego rodzinie, relacjom z bliskimi oraz temu, co robił z ofiarami. Wątek ten nie jest omawiany skrótowo ani symbolicznie, ale jako przykład pokazujący, jak wygląda realna przemoc i jak bardzo złożone są historie stojące za głośnymi sprawami. Jednocześnie pojawia się refleksja nad różnicą między popkulturowym obrazem seryjnych morderców a tym, co wynika z faktów i dokumentów.Renata Kuryłowicz
Bosak krytykuje sposób negocjowania umów handlowych UE i brak informacji o funduszach SAFE: Nie wiemy, dla kogo i na co – mówi w Radiu Wnet. Wskazuje też na koszt sporu o ambasadorów.Wicemarszałek Sejmu i jeden z liderów Konfederacji Krzysztof Bosak odniósł się w rozmowie w Radiu Wnet do wypowiedzi prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który wskazał go jako polityka, z którym można rozmawiać o ewentualnej współpracy. Bosak studzi jednak emocje i podkreśla, że dziś nie ma do tego żadnych realnych podstaw.Jesteśmy w połowie kadencji i partie opozycji rywalizują ze sobą o wyborców. Niech nam żadne rozważania koalicyjne nie zakrywają tej perspektywy, ponieważ w tej chwili żadne rozmowy koalicyjne nie toczą się i toczyć się nie będą, bo nie ma do tego kontekstu konstytucyjnego czy demokratycznego. Większość rządząca jest dość stabilna i co będzie za dwa lata, tego nie wie nikt– mówi Krzysztof Bosak.W jego ocenie pochwała pod jego adresem jest elementem gry politycznej i próbą „zrównoważenia” krytyki wymierzonej w Konfederację.Ta wypowiedź jest elementem rywalizacji z nami. Dobre słowo pod moim adresem było po to, żeby zrównoważyć ogólną krytykę Konfederacji. Problem jest taki, że w publicznych wypowiedziach prezes PiS przypisuje Konfederacji program, którego Konfederacja nie ma. Buduje stereotyp partii groźnej, nieodpowiedzialnej i skrajnie liberalnej — to jest literalnie nieprawda– podkreśla.Bosak przekonuje, że Konfederacja ma zaplecze polityków o konserwatywnych poglądach, a różnice programowe z PiS są rzeczywiste, ale nie takie, jak je przedstawiają przeciwnicy.Konfederacja jest pełna dobrych ludzi, polskich patriotów o poglądach konserwatywnych z bardziej wolnościowym akcentem lub bardziej narodowych. W większości spraw dotyczących Polski mieliśmy rację wtedy, kiedy PiS popełniał bardzo poważne błędy rządząc. My byliśmy ignorowani jako konstruktywna opozycja, a do dziś z tego, co mamy do powiedzenia, nie zechcieli wyciągnąć wniosków– zaznacza.Jednocześnie ostrzega, że jego zdaniem samodzielna większość PiS jest mało prawdopodobna, a ewentualny wpływ Konfederacji na większość sejmową będzie oznaczał inne podejście do personaliów.Moim zdaniem samodzielna większość dla PiS już nie będzie. Jeżeli będziemy mieć wpływ na większość w Sejmie, na pewno nie pozwolimy, żeby ludzie odpowiedzialni za różne patologie wrócili na te stanowiska i drugi raz robili te same numery– mówi.Umowa UE–Indie i logika „ucieczki do przodu”Bosak komentuje też zapowiedzi dużej umowy handlowej UE–Indie. Jego zdaniem Unia próbuje odzyskać konkurencyjność przez kolejne porozumienia handlowe, ale nie jest jasne, czy takie podejście zadziała.Unia Europejska, ze względu na utracenie konkurencyjności, próbuje przywracać sobie witalność gospodarczą, zawierając kolejne umowy handlowe. To próba ucieczki do przodu, charakterystyczna dla elit państw zachodnich o wielopokoleniowej tradycji handlowej. Czy to wyjdzie, czy nie wyjdzie, to inna sprawa — to myślenie doktrynalne, a nie stricte ekonomiczne oparte na analizie przepływów handlowych– ocenia.Zwraca uwagę, że Polska ma w tych procesach ograniczony wpływ, a negocjacje w praktyce toczą się poza społeczną kontrolą.W wyniku zrzeczenia się suwerenności w sprawach handlowych państwa członkowskie często nie wiedzą, co dokładnie Komisja Europejska negocjuje. My nie wiemy dokładnie, co zostało wynegocjowane. Wiemy tylko o niektórych wyłączeniach. Państwa takie jak Brazylia czy Indie prowadzą nacjonalistyczną politykę gospodarczą, ochronę swojego rynku, a w Europie stało się to tematem tabu– podkreśla.SAFE: „Nikt nic nie wie. To nie jest normalne”W rozmowie pada też wątek programu SAFE i wielkich kwot, które mają trafić na zbrojenia. Bosak twierdzi, że kluczowy problem to brak jawnej informacji o projektach, beneficjentach i celach.Sytuacja jest trochę typu „nikt nic nie wie”. Nie jest jawne, ani nawet nie jest przedmiotem szerszej wiedzy kuluarowej, jaka jest treść wniosku złożonego przez ministra obrony do Komisji Europejskiej. Wiemy, że zatwierdzono transfery na wielkie kwoty, ale nie wiemy dla kogo. Nie wiemy, jaka jest lista firm, priorytetów, ani alokacja środków– mówi.Jako przykład wskazuje doświadczenia z KPO i ryzyko, że projekty mogą rozbić się o zdolności wdrożeniowe i terminy.Zwracam uwagę, że rząd ogłaszał KPO jako ogromny sukces, a potem wycofywał się z pewnych elementów, bo realizacja nie mieściła się w terminach Komisji Europejskiej. Gotowość techniczna do absorpcji środków ma znaczenie. W tej chwili mówiąc uczciwie: nikt nic nie wie — i to nie jest normalne– zaznacza.Dodaje, że w innych państwach da się to komunikować bardziej przejrzyście.W Rumunii ogłoszono publicznie tabelę z projektami, kwotami i celami. Można to zrobić bez ujawniania tajemnic. Nie wiem, dlaczego rząd robi wokół tego aurę tajemnicy. Być może mają coś do ukrycia — na przykład niewielki udział firm polskich– podkreśla.Spór o ankietę bezpieczeństwa CzarzastegoBosak odniósł się także do wezwań, by marszałek Włodzimierz Czarzasty wypełnił ankietę bezpieczeństwa. Zwraca uwagę, że formalnie nie ma takiego obowiązku, a sama procedura jest dla polityków bardzo obciążająca.Wedle mojej wiedzy zgodnie z prawem nie ma takiego obowiązku. To jest procedura dla tych członków komisji ds. służb specjalnych, którzy chcą mieć dostęp do „ściśle tajne”. Ankiety są bardzo inwazyjne, szczegółowe, wymagają spowiadania się z całego życia, kontaktów i operacji finansowych. Poseł, który naprawdę tego nie potrzebuje, raczej tego nie zrobi– mówi.Rząd–prezydent i ambasadorowie: „To osłabia pozycję Polski”Wątek na koniec dotyczył napięć między rządem a Pałacem Prezydenckim i problemu nominacji ambasadorskich. Bosak ocenia, że brak porozumienia szkodzi państwu.Dobrze, że doszło do paru spotkań. Potrzebujemy elementarnej drożności komunikacji i minimalnych kompromisów umożliwiających prowadzenie wspólnej polityki poza granicami. Brak nominacji ambasadorskich osłabia pozycję Polski i to nie jest tak, że tylko jedna strona ponosi winę — obciąża obie strony– podkreśla.Wskazuje też, że inni partnerzy mogą odbierać takie sytuacje jako obniżenie rangi relacji.W wielu państwach konflikt wcale nie musi być rozumiany. Wysyłanie wyłącznie chargé d'affaires bywa odbierane jako dyshonor i obniżenie rangi stosunków. Nie musi nikogo interesować, że w Polsce mamy spór polityczny — ich to po prostu zwyczajnie nie interesuje. Zaczynają podejrzewać, że to jest celowa robota– zaznacza.
W audycji przenosimy się do Krakowa, gdzie – jak poinformowano – powstał Obywatelski Komitet Referendalny w celu odwołania Aleksandra Miszalskiego z urzędu prezydenta miasta. Ruszyła zbiórka podpisów, a inicjatorzy uzasadniają ją m.in. „lawinowo-rosnącym zadłużeniem Krakowa”. Na czele komitetu stanął Jan Hoffman, przewodniczący Rady i Zarządu Dzielnicy Stare Miasto, określany jako osoba bezpartyjna.Na antenie przywołano fragment wczorajszej konferencji prasowej prezydenta Krakowa, który ostro odniósł się do próby uruchomienia referendum. W jego ocenie referendum nie powinno być „dogrywką” po wyborach.„Instytucja referendum nie jest instytucją dogrywki, nie jest instytucją odwołania się od wyroku wyborców. Jeżeli jakieś środowiska przegrały, to powinno się poczekać do normalnych kolejnych wyborów.”Prezydent mówił też o pieniądzach, które – jego zdaniem – stoją za akcją przeciwko niemu. Pada wprost sugestia, że kampania ma charakter zorganizowany i kosztowny, a pytanie brzmi: kto ją finansuje.„Nie da się sobie kupić Krakowa. (…) Skąd ci biedni obywatele mają setki tysięcy złotych, a może miliony złotych na kampanię hejtu, nienawiści, którą obserwujemy przez ostatnie miesiące w Krakowie. Kto to finansuje?”Miszalski wskazywał, że w mieście mają krążyć liczne materiały – „gazetki” – które „niezbyt obiektywnie przedstawiają rzeczywistość” i trafiają „do prawie każdej skrzynki”. W tej narracji referendum ma być podszyte nie tyle oddolnym ruchem, co kapitałem i politycznym zapleczem.„Jest przynajmniej pięć tytułów różnego rodzaju gazetek (…) w prawie każdej skrzynce w krakowskich domach. (…) Krakowa nie da się tak łatwo kupić na 100%.”Prezydent dodał również, że Kraków jest miastem „wyważonym”, a za inicjatywą mają – według niego – stać środowiska skrajne.„Kraków nigdy nie był skrajny. Kraków jest zawsze miastem o poglądach trochę centrowych, a trochę po prostu wyważonych. I już widzimy, że środowiskami, które za tym referendum będą stały (…) są środowiska skrajne.”Jednocześnie zadeklarował, że choć ma poważne zastrzeżenia do motywacji i zaplecza inicjatorów, to uznaje prawo do zbierania podpisów.„Oczywiście szanuję to, że jest taka możliwość, każdy ma prawo te podpisy zbierać, więc będziemy się tej inicjatywie przyglądać.”Pierwszy dzień zbiórki: „widać ruch, widać zainteresowanie”Naszym gościem był Michał Drewnicki, radnym miasta Krakowa z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. W rozmowie padła informacja, że media donosiły rano o „pięciu tysiącach podpisów”, a radny potwierdził, że zbiórkę widać na ulicach.„Tak, ewidentnie jest ruch, jest zainteresowanie. Już wczoraj, tuż po rejestracji Komitetu Referendalnego można było zauważyć na ulicach ludzi, którzy te podpisy zbierali. W kamizelkach oznaczeni, z identyfikatorami, z kartkami, z planszami do podpisu.”Drewnicki podkreślał, że w Krakowie kluczowe jest nie tylko poparcie, ale logistyka – bo formalnie potrzeba 58 tys. podpisów, a realnie (z „górką” na błędy) trzeba zebrać około 80 tys., i to w zimie, tuż przed feriami.„Zebranie 58 tysięcy podpisów, a de facto musimy zebrać 80 tysięcy podpisów, żeby mieć górkę (…) to jest olbrzymie wyzwanie, zwłaszcza w zimie, zwłaszcza gdy ferie przed nami, no ale pierwszy dzień naprawdę bardzo na plus.”W rozmowie pojawia się też wątek sondażu: 64% krakowian ma deklarować udział w referendum, a większość z nich – poparcie dla odwołania prezydenta. Radny studzi entuzjazm, ale tłumaczy, że i tak „jesteśmy na granicy” wymaganej frekwencji.„Ten sondaż naprawdę brzmi fantastycznie. Ja sądzę, że aż tak dobrze nie jest. (…) w Zabrzu (…) finalnie poszło tylko 41% z tych, co deklarowali w sondażu, że pójdą. (…) Na Kraków przekłada się to mniej więcej tak, że (…) możemy liczyć (…) na frekwencję na poziomie około 27%.”Wypowiadając tę liczbę, Drewnicki od razu przypomniał warunek skuteczności referendum – minimalną frekwencję, którą przelicza na konkretną liczbę głosujących.„A właśnie 27% to jest ta minimalna, wymagana frekwencja 158 tysięcy osób. Tyle musi pójść na wybory.”O co jest spór: „całokształt”, a nie jedna decyzjaProwadząca dopytywała o powody powstania komitetu i zarzuty wobec prezydenta. Drewnicki przyznał, że nie chodzi o „jedno jaskrawe działanie”, które natychmiast porwałoby wszystkich do podpisu. W jego ujęciu to suma decyzji, stylu rządzenia i rozczarowania obietnicami.„Prezydent Miszalski tak naprawdę nie ma takiego jednego działania, które byłoby tak jaskrawie. Nie ma takiego jednego działania.”Radny buduje szerszą opowieść: o braku wizji, „nierealizowaniu obietnic”, wizerunkowym stylu działania i rosnących kosztach życia w mieście. Wśród przykładów wymienia m.in. komunikację miejską.„Brak jakiejkolwiek wizji, nierealizowanie obietnic. (…) W czasie, gdy ludziom podnieśli opłaty za bilety. W Krakowie mamy teraz najdroższy bilet w Polsce. 8 zł kosztuje bilet godzinny.”Wymienia także cięcia środków w obszarze opieki nad dziećmi, a w tle stale powraca temat finansów miasta – zadłużenia oraz – jak mówi – premii dla zastępców prezydenta.„Obcięcie środków na (…) przedszkola, obcięcie środków na żłobki, zaciskanie pasa, cały czas zadłużanie miasta. (…) Równocześnie (…) dał sowite premie swoim wiceprezydentom. Za 9 miesięcy (…) trzech wiceprezydentów dostało 160 tysięcy złotych premii.”W tej narracji referendum ma być wyrazem buntu przeciwko „marazmowi” i rozczarowaniu tym, że – zdaniem radnego – nowy prezydent „wszedł w buty” poprzednika, nie oferując jednocześnie jakościowej zmiany.„Ludzie (…) nie chcieli kolejnego prezydenta Majchrowskiego, chcieli kogoś nowego (…) Tymczasem mają polityka, który (…) wszedł po prostu idealnie w buty Majchrowskiego.”Metro, Bruksela i obietniceW rozmowie wraca też wątek krakowskiego metra. Drewnicki kpi z kolejnych terminów i wskazuje na przesuwanie daty realizacji.„Prezydent Miszalski co rusz obiecuje metro. Przed wyborami obiecywał, że pierwsza łopata zostanie wbita za dwa lata, czyli w 2028 roku. Teraz mówi się o 2030.”Radny interpretuje wyjazd prezydenta do Brukseli jako działanie reaktywne, mające przykryć presję związaną z referendum. Padają mocne, kolokwialne sformułowania, które – w rozmowie – mają pokazać nastroje ulicy.„Nie ma co robić, nie ma co dać, nie ma co zaproponować, no to zawsze można sfinansować bilet lotnicy do Brukseli, spotkać się z kimś pod toaletą, wrzucić zdjęcie i powiedzieć, że się załatwia.”Polityka i „oddolność”: spór o to, kto stoi za komitetemCiekawym jest to, że obie strony – prezydent i jego krytycy – mówią o pieniądzach stojących za referendum, ale każda na swój sposób. Miszalski sugeruje „potężny kapitał” i „środowiska skrajne”. Drewnicki z kolei zapewnia, że komitet ma charakter obywatelski i bezpartyjny – choć jednocześnie przyznaje, że widać profesjonalne przygotowanie.„Warto dodać, że (…) zawiązał się 21-osobowy komitet referendalny. Tam nie ma ludzi z żadnej partii politycznej. To są ludzie bezpartyjni.”A zaraz potem:„Na pewno widać, że są tutaj środki, że to jest profesjonalnie robione, że to nie jest gdzieś amatorka robiona w piwnicy (…) tylko to jest porządnie zrobione.”Radny deklaruje wsparcie PiS dla inicjatywy i zapowiada konferencję prasową swojej formacji. Zachęca też mieszkańców do podpisywania wniosku, wskazując, że czas na zbiórkę już biegnie.
Angielskie Czasy vs Polacy – darmowy webinar - 1 luty 2026, godzina 20:00Zapisy tutaj: teacherola.com/polacyVoice Loop: teacherola.com/grupyPakiet 6 list słownictwa - ponad 720 mega zdań:https://teacherola.com/listaTen odcinek jest dokładnie o tym jednym miejscu, w którym wielu Polaków się zacina:“I have” czy “I'm having”?Czasownik ‘have' wydaje się banalny. Jest jednym z pierwszych, których się uczymy. Jednocześnie to jeden z tych, które najczęściej blokują mówienie, powodują wahanie i sprawiają, że zaczynasz zgadywać zamiast mówić.W tym odcinku pokazuję, dlaczego problem nie leży w czasie, tylko w sposobie myślenia, jaki język angielski wymusza na mówiącym - i dlaczego polski mózg tak bardzo się z tym gryzie.W tym odcinku nauczysz się m.in.:✔️ kiedy have jest czasownikiem statycznym i dlaczego nie może być w ‘continuous',✔️ jak angielski rozumie posiadanie, stany, cechy i relacje (I have a job, I have an idea),✔️ kiedy have staje się dynamiczne i może pojawić się jako having,✔️ dlaczego mówimy I'm having lunch, We're having a meeting, She's having a difficult week,✔️ jak rozróżnić having w czasie continuous od having jako rzeczownika,✔️ co dokładnie zderza się tu między polskim a angielskim sposobem myślenia.Zdania i struktury, które ćwiczymy w odcinku:– I have a job.– He has strong leadership skills.– We have plenty of time today.– He has a headache.– We're having a meeting this afternoon.– She's having a difficult week.– I'm having lunch right now.– He's having a coffee with a colleague.– She's having trouble breathing.– Nothing compares to having free time.Na końcu odcinka jest też część speakingowa — powtarzamy zdania na głos, żeby nowa logika naprawdę zaczęła działać w mówieniu, a nie tylko w głowie.
Amerykańska Minnesota stała się w ostatnich dniach jednym z najbardziej zapalnych punktów na mapie Stanów Zjednoczonych. Przez Minneapolis i St. Paul – tworzące razem tzw. Twin Cities – przetoczyły się wielotysięczne demonstracje po śmierci Aleksa Pretiego, amerykańskiego obywatela zastrzelonego przez funkcjonariusza Agencji ds. imigracji i egzekwowania ceł (ICE) podczas protestu przeciwko działaniom służb imigracyjnych. Jest to już drugie takie wydarzenie w Minneapolis w tym miesiącu. 7 stycznia agenci ICE oddali strzały w stronę innej protestującej, Renne Good, która zginęła na miejscu.O kulisach wydarzeń i ich możliwych konsekwencjach w rozmowie z Radiem Wnet opowiadał korespondent stacji Tomasz Grzywaczewski.Przez główne miasto Minnesoty, a tak naprawdę przez dwa miasta nazywane Twin Cities – Minneapolis i St. Paul – w miniony weekend przetoczyły się ogromne demonstracje, liczące kilkadziesiąt tysięcy osób, związane z zastrzeleniem demonstranta przez funkcjonariusza amerykańskiej Straży Granicznej– opisywał.Jak relacjonuje Grzywaczewski, okoliczności śmierci są wyjątkowo niejasne. Zabity mężczyzna był pielęgniarzem pracującym na oddziale intensywnej terapii i – jak wynika z relacji – próbował wstawić się za inną demonstrantką, popchniętą wcześniej przez funkcjonariusza służb imigracyjnych.Doszło do szamotaniny i w pewnym momencie jeden ze strażników Straży Granicznej miał oddać do tego mężczyzny, do Aleksa Pretiego, dziesięć strzałów– dodaje.Kluczowym elementem sporu stała się kwestia broni. Ofiara miała przy sobie naładowany pistolet, jednak – jak podkreśla korespondent Radia Wnet – w Stanach Zjednoczonych samo posiadanie broni jest prawem konstytucyjnym.Początkowo pojawiały się takie doniesienia, że ten mężczyzna miał tę broń wyciągnąć, potem z opublikowanego wideo wynika, że tak nie było, że on tej broni nie trzymał w ręce– dodaje.To już drugi przypadek śmiertelnego użycia broni przez służby w krótkim czasie. Wcześniej zginęła kobieta, która – według relacji funkcjonariuszy – miała próbować potrącić ich samochodem. Obie sprawy badają obecnie organy śledcze.Co istotne, oburzenie wywołane wydarzeniami w Minnesocie wykracza poza tradycyjne polityczne podziały.Oburzenie na działanie tych funkcjonariuszy w pewien sposób przekroczyło tradycyjne podziały światopoglądowo-polityczne. Nawet konserwatywne amerykańskie media zaczynają zadawać pytania, czy nie doszło do drastycznego przekroczenia uprawnień– wskazuje.Początkowo administracja federalna – z sekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego na czele – jednoznacznie stanęła po stronie funkcjonariuszy, sugerując nawet możliwość aktu „krajowego terroryzmu”. Jednak już kilka dni później ton Białego Domu zaczął się wyraźnie zmieniać.Z Minneapolis odwołano dowódcę Straży Granicznej, a do Minnesoty ma udać się specjalny wysłannik administracji ds. imigracji. Jednocześnie doszło do rozmowy telefonicznej między prezydentem Donaldem Trumpem a gubernatorem stanu Timem Walzem, którą obie strony określiły jako „dobrą”.Grzywaczewski zwraca jednak uwagę, że Minnesota nie jest typowym barometrem nastrojów ogólnokrajowych.To jest stan mocno lewicowy. Minneapolis i St. Paul były przecież epicentrum zamieszek Black Lives Matter w 2020 roku. Demonstracje, które się tam odbywają, są w dużej mierze zorganizowane – przyjeżdżają demonstranci z innych rejonów Ameryki– dodaje.Jednocześnie nie można wykluczyć, że sprawa stanie się paliwem dla szerszego, antytrumpowskiego ruchu.To wszystko będzie zależało od tego, na ile Biały Dom będzie w stanie pokazać, że śledztwa będą prowadzone rzetelnie, a jednocześnie nie ugnie się pod presją, by zakończyć działania przeciwko nielegalnej imigracji– mówi.Jak podkreśla korespondent Radia Wnet, dotychczas polityka imigracyjna Trumpa przynosiła wymierne efekty – liczba nielegalnych imigrantów zaczęła spadać, a granica z Meksykiem została skutecznie uszczelniona. Dzisiejsze napięcia są więc dla administracji poważnym testem./fa
Ambasador Palestyny w Polsce Mahmud Kalifa ostrzega, że celem Izraela jest wypchnięcie Palestyńczyków z Gazy. Krytykuje plan Trumpa i mówi o „systemowym odbieraniu nadziei”.Ambasador Palestyny w Polsce dr Mahmud Kalifa był gościem Radia Wnet. W rozmowie odniósł się do planu pokojowego Donalda Trumpa, sytuacji w Strefie Gazy oraz realiów życia Palestyńczyków pod izraelską okupacją. Jak podkreślił, bez udziału strony palestyńskiej nie ma mowy o trwałym pokoju.Kalifa przypomniał, że Palestyńczycy początkowo przyjęli inicjatywę amerykańską z nadzieją na zatrzymanie wojny.Powitaliśmy plan Trumpa jako próbę zatrzymania tej wojny i tej zbrodni przeciwko cywilom w Strefie Gazy– mówił ambasador.Jednocześnie zaznaczył, że powołana w jego ramach Rada Pokoju jest całkowicie nieprzejrzysta.Schemat tej rady nie jest jasny ani dla nas, Palestyńczyków, ani dla całego świata. Nawet nie zaproszono do niej rządu palestyńskiego– podkreślił Kalifa.Według ambasadora Europa coraz wyraźniej dystansuje się wobec tego formatu, uznając go za pozbawiony realnych podstaw do mediacji.
Salvador Dalí jest artystą, o którym słyszał każdy, a jego obrazy, takie jak Płonąca Żyrafa, Trwałość pamięci, czy choćby logo lizaków Chupa Chups większość z nas jest bez problemu w stanie przywołać w myślach. To ikona surrealizmu i jeden z naj¬bardziej znanych twórców w historii sztuki. Jednocześnie, nieproporcjonalnie często, gdy tylko o nim mowa, podkreśla się jego rockandrollowy styl życia, ekscesy życia seksualnego – z kolei stosunkowo rzadko mówi się o tym, jakie były jego poglądy, a tym bardziej jakie wartości rzutowały na dzieła mistrza Dalego po jego nawróceniu. Przyjrzyjmy się twórcy, który całe swoje życie traktował jak artystyczny performance, łącząc w sobie cechy katolickiego mistyka oraz ekscentrycznego hedonisty, pro¬wokatora oraz tradycjonalisty, obywatela świata oraz przekonanego hiszpańskiego nacjonalisty.
Podczas rozmowy na antenie Radia Wnet dr Krzysztof Rak, główny analityk Instytut Zachodni, ostro ocenił stan niemieckiej gospodarki. Jego zdaniem diagnozy formułowane przez niemieckich polityków – w tym kanclerza – od lat brzmią podobnie, ale nie dotykają istoty problemu.Rak zwraca uwagę, że narracja o nadmiernej biurokracji i potrzebie „uwolnienia przedsiębiorczości” powraca przy każdym kryzysie, jednak realne źródło problemów leży gdzie indziej.„Gadamy, a nic nie robimy. (…) To nie jest problem główny.”Według analityka kluczowym czynnikiem jest droga energia, która uderza w fundamenty niemieckiego przemysłu.„Głównym problemem gospodarki niemieckiej jest po prostu droga energia. To jest jeden z kluczowych czynników produkcji.”Rak przywołuje analizy zachodnich mediów ekonomicznych, które coraz częściej nie mówią już o kryzysie, lecz o strukturalnym rozpadzie gospodarki. Wskazuje m.in. na rekordową liczbę upadłości firm – wyższą niż w czasie kryzysu finansowego w 2009 roku – oraz na wyraźne załamanie w sektorze przemysłowym.Jednocześnie uwagę zwraca paradoks: w czasie, gdy gospodarka realna słabnie, giełdowy indeks DAX bije rekordy.„Gospodarka niemiecka ma się bardzo źle, ale wielki biznes niemiecki ma się bardzo dobrze.”Zdaniem Raka to efekt przenoszenia produkcji poza Niemcy – przede wszystkim do Chin – i rosnącego oderwania interesów wielkich koncernów od interesu państwa i społeczeństwa.„To jest nie tylko rozpad gospodarczy, ale przykład rozpadu cywilizacyjno-społecznego.”W dalszej części rozmowy analityk odnosi się do polityki energetycznej i klimatycznej Unii Europejskiej, którą ostro krytykował w Davos Donald Trump. Rak podkreśla, że choć forma tej krytyki bywa brutalna, to jej treść trafia w sedno.„On mówi tak jak jest. (…) Problemem jest polityka energetyczna Europy.”Rak wskazuje, że elity europejskie – mimo narastających kosztów i deindustrializacji – nie są zainteresowane zmianą kursu, ponieważ same nie ponoszą kosztów obecnego systemu.„Elity za to nie płacą. Płaci społeczeństwo.”W jego ocenie konsekwencją jest systemowe biednienie klasy średniej i niższej, przy jednoczesnym wzroście zamożności wąskiej grupy najbogatszych.„Elity są beneficjentami tego systemu. Dlaczego miałyby go zmieniać?”
Ostatnia scena - ryczałem jak bóbr, wyłem po prostu - mówi o finałowym odcinku "Stranger Things" Bartosz Węglarczyk. Jednocześnie ma jednak sporo uwag do tego, jak zakończył się gigantyczny hit Netfliksa. W najnowszym odcinku "O serialach" rozmawia z Katarzyną Kalicińską także o nowej produkcji TVP na podstawie jej książki "Felicita". Nie zabrakło także sporu, tym razem o film "Po polowaniu" z Julią Roberts.
Można Pięknie Żyć *---Witaj! "Można Pięknie Żyć*" to seria podcastów, w której odkrywamy, jak zmiany w stylu życia mogą poprawić nasze zdrowie metaboliczne. Skupiamy się na Terapeutycznym Ograniczaniu Węglowodanów i jego pozytywnym wpływie na metabolizm oraz ogólne samopoczucie. Pamiętaj, że zdrowie zaczyna się od wiedzy, a my jesteśmy tu, aby dostarczać Ci inspirację i praktyczne wskazówki na drodze do pięknego życia. Zaczynamy!W tym odcinku rozkładamy na czynniki pierwsze temat wysokich dawek witaminy D – pokazując, że miażdżyca to wcale nie jest największy problem, gdy suplementacja jest prowadzona bezmyślnie, a prawdziwe zagrożenia dotyczą nerek, serca i gospodarki wapnia. Jednocześnie wyjaśniamy, dlaczego mimo tej paniki większość osób wciąż ma dramatyczne niedobory witaminy D i jakie mogą być tego konsekwencje dla metabolizmu, nastroju i chorób autoimmunologicznych.
W ostatnich tygodniach słychać coraz więcej głosów, że najnowsza fala rozwoju generatywnej sztucznej inteligencji przypomina klasyczną bańkę spekulacyjną. Że tempo inwestycji oderwało się od realnych możliwości firm oraz ich zarobków i że już niedługo możemy mieć do czynienia z momentem otrzeźwienia. Jednocześnie trudno lekceważyć fakty: AI wchodzi do szkół, urzędów, szpitali, redakcji, fabryk — i na razie działa, a nawet przynosi konkretne korzyści.
Gośćmi Aleksandry Zbroi są Dawid Krawczyk, reporter, autor książki "Cyrk polski", oraz Oliwia Ziębińska, terapeutka uzależnień znana w internecie pod hasłem Regulacja odbiornika. W Polsce alkohol pije się na święta, chrzciny, imieniny. Można go kupić wszędzie niemal o każdej porze. Jednocześnie blisko co piąta osoba decyduje się na abstynencję. Część z nich dlatego, że zmęczyła się kacem, delegacjami na bani i kłótniami po alkoholu. Teraz natomiast męczą ich pytania rodziny i znajomych: "Ze mną się nie napijesz?". Reportaż Dawida Krawczyka o Polsce niepijącej przeczytacie na wyborcza.pl/duzyformat. Więcej podcastów na: https://wyborcza.pl/podcast. Piszcie do nas w każdej sprawie na: listy@wyborcza.pl.
Sejm wybrał dziś Włodzimierza Czarzastego na nowego Marszałka Sejmu. Zmiana na tym stanowisku wynika z zapisów umowy koalicyjnej zawartej między liderami partii tworzących obecny rząd. Jednocześnie posłowie wybrali Szymona Hołownię na wicemarszałka Sejmu. O przebiegu głosowania i jego konsekwencjach politycznych rozmawiamy z posłanką Nowej Lewicy Anitą Kucharską-Dziedzic. Analizujemy nie tylko sam wynik głosowania, lecz także powody, dla których politycy Razem zagłosowali przeciw kandydaturze Czarzastego. Zastanawiamy się, czy świadczy to o pogłębiających się podziałach na polskiej lewicy, czy też był to wyłącznie gest o charakterze manifestacyjnym. Komentujemy również wystąpienia polityków prawej strony sceny politycznej, które poprzedziły wybór nowego Marszałka Sejmu oraz towarzyszącą im atmosferę. W ostatniej części rozmowy pytamy o możliwych współpracowników nowego Marszałka Sejmu.