POPULARITY
Categories
Koncentracja amerykańskich sił w Zatoce Perskiej jest największa od 2003 roku. Zdaniem analityka Defence24 scenariusz ataku lotniczo-morskiego na Iran staje się coraz bardziej prawdopodobny.
– Neutrina są naturalnym oknem do nowej fizyki – mówi w Radiu Naukowym dr hab. Sebastian Trojanowski, fizyk teoretyk związany z Narodowym Centrum Badań Jądrowych oraz Astrocent (CAMK PAN). To już brzmi dobrze, a kiedy dodamy do tego ciemną materię, robi się ekscytująco! Zdaniem gościa odcinka, to właśnie zmagania ze zrozumieniem natury neutrin i ciemnej materii sprawiają, że pojawia się potrzeba „wyjścia poza to, co już wiemy na temat cząstek mikroświata”. – Prawdopodobnie wyjaśnienie tych zagadek będzie się wiązało z wprowadzeniem nowych cząstek i nowych sił między nimi – dodaje fizyk.***Słuchasz nas regularnie? Wpapdnij na https://patronite.pl/radionaukoweNasze wydawnictwo: https://wydawnictworn.pl/ *** W odcinku krążymy właśnie wokół tych dwóch zagadnień. Zaczynamy od opowieści o dotychczasowych efektach eksperymentu FASER przy Wielkim Zderzaczu Hadronów w CERN. Dr hab. Trojanowski jest jednym z jego pomysłodawców, a o FASER rozmawialiśmy w RN już w 2022 roku (odcinek nr 104). – Były dwa cele eksperymentu. Jeden dotyczył poszukiwań nawet nie tyle ciemnej materii, co cząstek, które mogą pełnić rolę mediatora pomiędzy nami a ciemnym sektorem – opowiada fizyk. Te poszukiwania trwają, na razie wynik jest negatywny, czyli FASER już zdołał wykluczyć część scenariuszy. Drugi aspekt działania FASER-a związany był z neutrinami. Są widoki na to, że dzięki eksperymentowi uda się zaobserwować po raz pierwszy oddzielnie neutrina i antyneutrina taonowe. Byłoby to uzupełnienie wiedzy o swoistej „tablicy Mendelejewa” cząstek elementarnych.A ciemna materia? Fizyk uważa, że najbardziej obiecujące są obserwacje kosmologiczne. – To jest trop, którym należy iść, żeby spróbować lepiej zrozumieć naturę ciemnej materii – ocenia. Być może w ciągu dekady okaże się, że to, jak rozumiemy ewolucję Wszechświata nie będzie przystawało do obserwacji. – Wtedy powiemy: mamy dane, potrzebujemy Nielsa Bohra kosmologii, który powie, jak je odpowiednio zinterpretować – snuje wizję. W odcinku dowiecie się też, czym jest „ciemny foton” (o ile istnieje), czy anihilacja jest smutna (moim zdaniem bardzo), jak wygląda praca fizyka-teoretyka, co tak naprawdę doświadczalnicy „przynoszą na biurko”. Solidny, ale jednocześnie lekki odcinek. Gorąco polecam! ***Dr hab. Sebastian Trojanowski to fizyk teoretyk, który w swojej pracy próbuje „dotknąć” niewidzialnych fundamentów rzeczywistości. Działa na styku fizyki cząstek elementarnych, kosmologii i astrofizyki, szukając odpowiedzi na pytania o naturę ciemnego sektora Wszechświata. Związany zawodowo z Narodowym Centrum Badań Jądrowych oraz centrum badawczym Astrocent (CAMK PAN). Jest jednym z czterech inicjatorów eksperymentu FASER przy Wielkim Zderzaczu Hadronów w CERN. To dzięki tej wizji po raz pierwszy w historii udało się zaobserwować neutrina w zderzaczu wysokoenergetycznym. Doświadczenie zdobywał w prestiżowych ośrodkach w USA (UC Irvine) i Wielkiej Brytanii (University of Sheffield). Laureat Nagrody Naukowej „Polityki” oraz międzynarodowego wyróżnienia Frontiers of Science Award (2025), obecnie kieruje grantem SONATA BIS.
"Wydaje się mocno nierozsądne ogłaszanie takich planów w mediach" - tak Adrian Zandberg w Porannej rozmowie w RMF FM skomentował słowa prezydenta Karola Nawrockiego o tym, że Polska powinna rozważyć rozwój własnej broni jądrowej. Zdaniem posła Razem "rząd nie zrobił dobrze programowi SAFE obsesją tajności wokół niego".
W rozmowie na antenie Radia Wnet Piotr Semka komentował wątek dotyczący Włodzimierza Czarzastego, który publicznie krytykował prezydenta USA Donalda Trumpa, w wyniku czego ambasador Stanów Zjednoczonych zerwał z nim oficjalne kontakty. Publicysta przekonywał, że sprawa nie przyniosła wicemarszałkowi Sejmu politycznego wzmocnienia, ale została „przykryta” przez logikę bieżącego sporu politycznego.Semka: to element „wojny polsko-polskiej”Zdaniem publicysty temat został szybko wchłonięty przez podział na obóz anty-PiS i jego przeciwników.„Ten epizod stał się elementem wojny polsko-polskiej. I w tym sensie Czarzasty przyłączył się do rydwanu obozu antykaczyzmu i dostał dyspensę od Tuska pod takim hasłem: kto jest prorosyjski decyduję ja.”
W rozmowie na antenie Radia Wnet dr Grzegorz Krzeszowski, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego z Uniwersytetu Rzeszowskiego, odniósł się do słów sekretarza generalnego NATO Marka Rutte, który zapowiedział „natychmiastową i druzgocącą” reakcję NATO w razie zagrożenia w rejonie przesmyku suwalskiego. Zdaniem eksperta, sama narracja o przesmyku wymaga dziś szerszego spojrzenia.„Rosja ma dużo większy dylemat niż jedynie sam przesmyk suwalski. Jeżeli mówimy o aktywnej obronie, to podstawowym czynnikiem jest neutralizacja obwodu królewieckiego.”Krzeszowski zwraca uwagę, że od czasu przystąpienia państw bałtyckich do NATO, a zwłaszcza po wejściu do Sojuszu Szwecji i Finlandii, układ sił w regionie Bałtyku uległ fundamentalnej zmianie.„Gdybyśmy nie mieli Litwy, Łotwy i Estonii w Pakcie Północnoatlantyckim, sytuacja wyglądałaby diametralnie źle dla państwa polskiego i dla sojuszników z NATO.”Ekspert podkreśla, że rozszerzenie NATO na północy – szczególnie o Finlandię, która posiada najdłuższą lądową granicę Sojuszu z Rosją – całkowicie przetasowało dotychczasową równowagę.„Przystąpienie takich państw jak Szwecja i Finlandia kompletnie przetasowało układ sił. Ciężar nie pozostaje wyłącznie po polskiej stronie.”W jego ocenie państwa nordyckie mają bezpośredni interes w obronie regionu bałtyckiego, co wzmacnia potencjał logistyczny i operacyjny NATO.„Jesteśmy już w wojnie hybrydowej”Odnosząc się do scenariuszy rosyjskich działań, Krzeszowski nie ma wątpliwości, że jesteśmy tak naprawdę w tej wojnie hybrydowej.Ekspert zaznacza, że współczesne konflikty nie zaczynają się formalnym wypowiedzeniem wojny, lecz rozwijają się etapami – poprzez testowanie struktur państwa, destabilizację informacyjną, presję gospodarczą i operacje psychologiczne.„Każde uderzenie jest czytaniem naszych procedur – jakie są reperkusje społeczne, gospodarcze, polityczne.”Kluczowe – jego zdaniem – jest budowanie asymetrii i niepewności po stronie przeciwnika.Pytany o to, czy Europa Środkowo-Wschodnia właściwie rozumie rosyjską kulturę strategiczną, ekspert wyraża sceptycyzm.„My rozumiemy Rosję tylko z perspektywy zagrożenia.”Krzeszowski wskazuje, że Rosja historycznie skutecznie zarządzała podległymi terytoriami poprzez podsycanie antagonizmów społecznych i sterowanie emocjami.„Potrafią doskonale profilować społeczności. A emocje w demokracji są bardzo często wszystkim – emocje są władzą.”Ekspert zwrócił także uwagę na strategiczne uzależnienie Rosji od Chin po 2022 roku. W jego ocenie Moskwa, choć zacieśniła współpracę z Pekinem, nie chce pełnej zależności.„Rosjanie obawiają się zagrożenia ze strony Chin i tego uzależnienia, które poszło bardzo głęboko.”Krzeszowski zauważa, że Stany Zjednoczone próbują pozostawić Moskwie „furtkę”, oferując alternatywę wobec całkowitego wejścia w orbitę Pekinu – analogicznie do amerykańskiego otwarcia na Chiny w czasach Richarda Nixona./fa
Spór o Krajową Radę Sądownictwa wchodzi w nową fazę. Marszałek Sejmu zapowiada „plan B” na wypadek, gdyby prezydent nie podpisał ustawy dotyczącej KRS. W Poranku Wnet do sprawy odniosła się Kamila Borszowska-Moszowska, wskazując na poważne wątpliwości prawne.„Prawo swoje, czynności swoje”Sędzia przyznaje, że zapowiedzi marszałka są trudne do jednoznacznego zinterpretowania.„Zgodnie z kalendarzem wyborczym marszałek Sejmu ma określony czas na rozpisanie wyborów według tej ustawy, która w tej chwili obowiązuje. (…) Trudno mi powiedzieć, co miał na myśli.”Jej zdaniem sytuacja pokazuje głębszy problem funkcjonowania państwa.„My ostatnio żyjemy w takim czasie, gdzie prawo swoje, a czynności swoje.”Borszowska-Moszowska podkreśla, że źródła prawa są jasno określone w Konstytucji, a nie są nimi ani obwieszczenia, ani uchwały stowarzyszeń.„Artykuł 87 Konstytucji mówi, jakie są źródła prawa, a nimi nie jest obwieszczenie marszałka Sejmu czy uchwała jakiegoś stowarzyszenia.”Spór o konstytucyjność i „powrót do stosowania prawa”Sędzia ocenia, że nowelizacja KRS przegłosowana przez parlament jest niezgodna z Konstytucją, ponieważ ogranicza bierne prawo wyborcze sędziów do kandydowania.„Ta ustawa jest niekonstytucyjna, dlatego że ogranicza możliwość kandydowania biernego przez sędziów do KRS-u, co już było kiedyś w prawie polskim i zostało uznane za niekonstytucyjne.”Jednocześnie wskazuje, że obowiązująca obecnie ustawa – w jej ocenie – pozostaje zgodna z Konstytucją.„Tak naprawdę dla nas teraz potrzeba po prostu powrotu do stosowania prawa. Ta ustawa, która w chwili obecnej obowiązuje, jest zgodna z konstytucją.”Wakaty i skutki dla obywateliW tle sporu pozostaje problem braków kadrowych w sądach. Według danych przywołanych podczas wysłuchania publicznego, liczba wakatów sięga około tysiąca.„Jeżeli my mamy tysiąc wakatów przy dziewięciu tysiącach sędziów, to jest co najmniej 10% brakującej kadry.”Zdaniem sędzi skutkiem są wydłużające się postępowania i narastająca niepewność prawna.„Jeżeli ktoś uchyla wyrok, bo mu się sędzia nie podoba, to on tam nie widzi obywatela. On tylko widzi swoją nienawiść do tej osoby. Gdyby patrzył na obywatela, to zbadałby sprawę merytorycznie.”Manipulacja czy interpretacja?Borszowska-Moszowska podnosi również kwestię narracji wokół KRS i jej wpływu na orzeczenia trybunałów międzynarodowych.„Opierając się na manipulacji, została zbudowana cała narracja o niekonstytucyjnej KRS, a potem zostało to inkorporowane do orzeczeń trybunałów międzynarodowych.”Na koniec apeluje do obywateli o samodzielną analizę przepisów.„Wystarczy przeczytać artykuł 187 Konstytucji, a jak ktoś ma więcej czasu, to zagłębić się w stenogramy Komisji Kodyfikacyjnej Zgromadzenia Narodowego.”W jej ocenie kluczem do wyjścia z kryzysu jest konsekwentne stosowanie obowiązującego prawa i rezygnacja z działań, które – jak twierdzi – pogłębiają chaos w wymiarze sprawiedliwości./fa
Zwycięstwo konserwatystów w wyborach w Japonii oraz wyraźny mandat dla nowej premier, Sanae Takaichi, zaskoczyły wielu obserwatorów. O przyczynach tego sukcesu, kondycji japońskiej polityki i możliwych konsekwencjach międzynarodowych mówił na antenie Radia Wnet historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Jakub Polit.Silna osobowość w kraju rotacyjnych premierówProfesor zwrócił uwagę, że w japońskiej polityce stabilność przywództwa należy do rzadkości.„Premierzy Japonii zmieniają się jak w karuzeli. Swego czasu rządzący przez lat 14 kanclerz Kohl powiedział, że jest zmęczony poznawaniem kolejnych premierów Japonii, których bodajże siedmiu się zmieniło podczas jego kadencji.”Nowa premier – jak podkreślał Polit – postawiła wszystko na jedną kartę. Zdecydowała się na przyspieszone wybory, mimo że jej partia nie miała wcześniej stabilnej większości.„Postawiła wszystko na jedną kartę i wygrała. W Japonii, gdzie wszystko przebiega wedle zasady konsensusu, nie drażnienia innych, to wymaga pewnego rodzaju siły woli, ażeby się postawić.”W jego ocenie mamy do czynienia z „bardzo silną osobowością”, co w japońskich realiach politycznych jest zjawiskiem wyjątkowym.„Japońska Thatcher”? Raczej lider gotowy na niepopularne decyzjeW mediach pojawiły się porównania nowej premier do Donalda Trumpa czy Margaret Thatcher. Polit studzi jednak takie analogie, wskazując, że chodzi raczej o styl przywództwa niż kopiowanie konkretnych programów.„To po prostu jest porównanie do silnych liderów, którzy mają odwagę podjąć niepopularną decyzję i tutaj rzeczywiście tak jest.”Kluczowe znaczenie może mieć kwestia bezpieczeństwa oraz ewentualna zmiana dotychczasowej, skrajnie pacyfistycznej konstytucji Japonii. Zdaniem historyka obecna sytuacja międzynarodowa podważa sens dotychczasowej doktryny.„Pacyfistyczna konstytucja miała być zachętą dla całego świata do rzucenia broni. Kiedy się okazało, że jest to niemożliwe, że kontynent nie tylko nie podąża za wyspami, ale się zbroi, no to okazuje się, że nie pasuje ona do obecnych realiów.”Tajwan i napięcia z ChinamiNajbardziej wyrazistym elementem nowego kursu jest stanowisko wobec Tajwanu. Premier Takaichi stwierdziła, że wyspa jest kluczowa dla bezpieczeństwa Japonii. To wywołało ostrą reakcję Pekinu.„Znana była ostatnia awantura odnośnie wypowiedzi pani Takaichi odnośnie Tajwanu, o której powiedziała to, co wiedzą wszyscy, ale nikt nie odważył się mówić. Mianowicie wyspa jest niezbędna dla japońskiego bezpieczeństwa i w interesie Japonii jest jej obrona.”Reakcja chińskiego konsula – jak relacjonował Polit – była wyjątkowo brutalna.„Powiedział, że osobie, która w ten sposób mówi, należy rozbić jej głupi łeb. Trzeba powiedzieć, że nawet odnośnie retoryki komunistów chińskich były to słowa wręcz niesłychane.”W szerszej perspektywie chodzi o kontrolę nad dostępem do Pacyfiku. Zdaniem historyka przejęcie Tajwanu przez Chiny oznaczałoby zasadniczą zmianę równowagi sił w regionie.„Usadowienie się tutaj Chińczyków oznacza pozostawienie Japonii na łasce chińskiej, a Tajwan jest tutaj wyspą kluczową.”Czy mamy do czynienia z początkiem nowej, konserwatywnej epoki w Japonii? Prof. Polit pozostaje ostrożny.„Dotychczasowa praktyka nie nastraja optymistycznie. Gabinety w Japonii trwały, jak wiadomo, krótko. Zależały od układu sił wewnątrz samej partii rządzącej.”Jednocześnie przyznaje, że nowa premier „jest postacią dobrze rokującą i sympatyczną” oraz że sam „byłby pozytywnie zaskoczony, gdyby był to jakiś długofalowy przełom”./fa
Problemy z Krajowym Systemem e-Faktur narastają, choć – jak zauważa w Poranku Wnet Witold Modzelewski – obowiązek realnie dotyczy dziś zaledwie kilku tysięcy podmiotów. Zdaniem profesora prawa, doradcy podatkowego i prezesa Instytutu Studiów Podatkowych, kłopoty nie są kwestią „chorób wieku dziecięcego”, lecz błędu konstrukcyjnego całego rozwiązania.„Faktura VAT i faktura handlowa to nie to samo”Modzelewski podkreśla, że publiczna debata miesza dwa porządki: podatkowy i gospodarczy.„Faktura i faktura VAT to są dwie różne rzeczy. (…) Ministerstwo może rządzić fakturą wystawianą dla potrzeb pewnego podatku. To prawda bardzo ważnego podatku, ale tylko jednego z podatków.”Problem w tym, że w Polsce – przez trzy dekady praktyki – faktura VAT stała się jednocześnie podstawowym dokumentem handlowym w relacjach B2B.„Faktura podatkowa obsługuje obrót gospodarczy. A obrót gospodarczy polega na kontaktach B2B, kontrahent do kontrahenta. Czyli dokument, którym chcemy kogoś wezwać do zapłaty, musimy skierować do kontrahenta, a nie do rządu w postaci KSeF-u.”W modelu KSeF momentem „wystawienia” faktury jest jej wysłanie do rządowego systemu. To – w ocenie profesora – fundamentalny błąd.„Grzech pierworodny polega na tym, że moment wystawienia faktury nie jest wysłaniem faktury do kontrahenta, tylko wysłaniem go do rządowego portalu.”Chaos przy 4 tysiącach firm. Co będzie przy milionach?Obecnie – jak wskazuje Modzelewski – w systemie fakturuje ok. 4 tys. podmiotów. Tymczasem czynnych podatników VAT jest 1,8 mln, a zwolnionych – co najmniej kolejny milion.„Jeżeli się potykamy na samym początku, kiedy cztery tysiące firm ma kłopoty, (…) a wiemy, że ma to dotyczyć milionów podmiotów, to jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest odroczenie tego 1 kwietnia.”Profesor ostrzega, że bez materialnego doręczenia faktury kontrahentowi dokument przestaje pełnić funkcję handlową.„Jeżeli fakturę podatkową używamy jako dokument handlowy, którego nie otrzymujemy w sensie materialnym, to znaczy, że ta faktura przestaje funkcjonować jako dokument handlowy.”W praktyce oznacza to zagrożenie dla ciągłości obrotu gospodarczego.„Zarządzanie katastrofą ekonomiczną”Modzelewski nie neguje potrzeby cyfryzacji, ale apeluje o pragmatyzm. W jego ocenie obecny model prowadzi do podwójnej pracy: faktura trafia do KSeF-u, a równolegle – wobec większości kontrahentów – trzeba uzgodnić inny sposób jej udostępnienia.„Po co dwa razy robić to samo, jeżeli robiliśmy to jednym dokumentem?”Profesor wskazuje, że ustawa nakazuje uzgodnić sposób udostępnienia faktury z większością kontrahentów, którzy nie mają dostępu do KSeF-u.„Jeżeli tego nie uzgodniono, a mówimy o czterech tysiącach podmiotów, które są obowiązane do wystawiania, to znaczy, że jesteśmy w kompletnym niedoczasie.”Dlatego jego postulat jest jednoznaczny:„Jeżeli coś wiemy, że jest bardzo trudne i możemy sobie z tym nie dać rady, to należy to odroczyć i dać sobie czas, żeby pomyśleć, co dalej z tym, jak to ładnie powiedziano, kukułczym jajem zrobić.”Zdaniem Modzelewskiego bez merytorycznej, a nie propagandowej dyskusji o samej koncepcji KSeF, państwo może znaleźć się w sytuacji „zarządzania katastrofą ekonomiczną”./fa
W środę 11 lutego o godzinie 14 rozpocznie się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, którą zwołał prezydent Karol Nawrocki. W porządku obrad znalazły się trzy kluczowe tematy dotyczące bezpieczeństwa państwa.Po pierwsze, członkowie RBN omówią pożyczkę zaciągniętą przez rząd na realizację programu SAFE, czyli instrumentu finansowego mającego wzmocnić zdolności obronne państwa.Po drugie, przedmiotem dyskusji będzie zaproszenie Polski do Rady Pokoju, co ma wymiar zarówno polityczny, jak i międzynarodowy.Trzecim punktem agendy są działania organów państwa zmierzające do wyjaśnienia wszelkich okoliczności wschodnich kontaktów towarzysko-biznesowych marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego.Posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego ma być miejscem rozmowy o strategicznych wyzwaniach dla państwa. Tymczasem – jak zauważa na antenie Radia Wnet dziennikarz Agaton Koziński – dyskusję publiczną zdominowały personalne spory i wątpliwości wokół zaproszonych osób.Personalne starcia zamiast debaty o bezpieczeństwieNajwięcej emocji budzą kwestie związane z dostępem do informacji niejawnych oraz obecnością niektórych polityków na posiedzeniu RBN. Koziński wskazuje, że to nie przypadek.„Ja rozumiem, że największą kością niezgody może być osoba szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. (…) Natomiast abstrahując już od tych personaliów, bo to moim zdaniem jest to celowa gra koalicji rządzącej, że pojawia się coraz więcej personaliów w tych kwestiach.”Zdaniem publicysty mechanizm jest prosty: nazwiska zawsze przyciągają większą uwagę niż kwestie merytoryczne.„Jeżeli rozmawiamy o personaliach, media siłą rzeczy dużo bardziej interesują się nazwiskami niż problemami. To jest naturalna tendencja i mediów, a przede wszystkim odbiorców mediów.”Efekt? Rada Bezpieczeństwa Narodowego zaczyna być postrzegana jako arena politycznych sporów, a nie forum strategicznej refleksji.„Rada Bezpieczeństwa Narodowego w oczach Polaków zaczyna być postrzegana nie jako miejsce merytorycznej debaty o przyszłości kraju, o naszym rozwoju, o naszym bezpieczeństwie, tylko jako kwestia politycznych sporów personalnych.”Koziński ostrzega, że jeśli ten trend się utrzyma, instytucja może utracić swoją powagę.Program SAFE – 150 miliardów euro i wielkie pytaniaKluczowym tematem RBN – obok relacji polsko-amerykańskich – ma być europejski program SAFE, czyli wspólna pożyczka w wysokości 150 mld euro na wzmocnienie zdolności obronnych UE.W założeniu projekt ma zwiększyć autonomię strategiczną Europy wobec zagrożeń ze strony Rosji. Jednak – jak podkreśla Koziński – „diabeł tkwi w szczegółach”.„Żadna sztuka jest wziąć kredyt i wydać pieniądze. Sztuką jest sprawić, żeby te wydatki finansowe rzeczywiście przełożyły się na realny wzrost bezpieczeństwa.”Szczególne wątpliwości budzi kwestia, gdzie i jak te środki będą wydawane. Program zakłada wzmocnienie europejskiego przemysłu obronnego, co oznacza ograniczenie zakupów w USA czy Wielkiej Brytanii.Publicysta przywołuje przykład z czasu pandemii:„Unia Europejska nie miała zdolności produkowania szczepionek i nie ma zdolności produkowania sprzętu wojskowego, obronnego. Dopiero wszystko jest w fazie planowania. Jeżeli ma to tak wyglądać, jak wyglądało to w przypadku pandemii, to naprawdę należy się trzy razy zastanowić, czy tego typu program będzie miał sens.”Jego zdaniem Rada Bezpieczeństwa Narodowego jest właściwym miejscem do ponadpartyjnej debaty nad takimi projektami.„To są tematy ponadpartyjne, to jest bezpieczeństwo dotyczące nas wszystkich. Jeżeli ten spór partyjny ma się dalej utrzymać, to Polska musi pozostać krajem tak bezpiecznym, jak jest teraz.”/fa
SAFE to unijny mechanizm finansowania inwestycji obronnych, oparty na wspólnym zadłużeniu i udzielaniu państwom członkowskim preferencyjnych pożyczek na zakup uzbrojenia oraz rozwój przemysłu zbrojeniowego. Środki mają być wydawane głównie w obrębie europejskiej produkcji, a dostęp do nich może być powiązany z dodatkowymi warunkami politycznymi i regulacyjnymi. Polska wnioskowała o dofinansowanie na kwotę 43,7 mld euro.Program SAFE to jeden z kluczowych tematów Rady Bezpieczeństwa Narodowego. W Radiu Wnet swoje stanowisko przedstawił analityk i ekspert ds. służb specjalnych Rafał Brzeski.„Sprytnie pomyślana pułapka”Brzeski nie ma wątpliwości co do swojej oceny unijnego mechanizmu.„W największym skrócie jest to sprytnie pomyślana pułapka, w którą nie można wejść. Moja opinia – zrezygnować z tej łaskawości unijno-europejskiej.”Jego główny argument dotyczy kompatybilności polskiej armii z armią Stanów Zjednoczonych.„W praktyce polska dywizja pancerna czy zmechanizowana jest niemal identyczna jak amerykańska jednostka. Mamy pełną wymianę danych, kompatybilność amunicyjną, sprzętową, wymianę danych w czasie rzeczywistym.”Zdaniem analityka zakup większej liczby europejskich systemów uzbrojenia mógłby tę kompatybilność rozmyć.„Im więcej będzie europejskiego sprzętu w polskiej armii, tym mniej kompatybilna będzie z amerykańską. Będziemy mieli mieszaninę i sprzętowo marną armię.”Brzeski podkreśla, że w wielu obszarach – od artylerii 155 mm, przez obronę powietrzną, po systemy C2 – obecna współpraca ze Stanami Zjednoczonymi zapewnia wysoki poziom spójności operacyjnej.Analityk uważa, że wokół programu SAFE może dojść do odwrócenia uwagi od kluczowej debaty.„Najważniejszym tematem jest SAFE, bo to temat strategiczny. Wobec czego należy zrobić dym i nie dopuścić do merytorycznej dyskusji.”W jego ocenie kwestie personalne i spory polityczne mogą zdominować posiedzenie RBN kosztem strategicznej analizy skutków programu.Brzeski patrzy na sprawę w szerszym kontekście geopolitycznym.„W interesie Berlina jest wypchnięcie Amerykanów z Europy. (…) Najbardziej przeszkadza Polska jako barykada.”Jego zdaniem obecność wojsk USA w Polsce i Europie Środkowej ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa regionu.Afera Epsteina: „Przedsiębiorstwo kompromatu”W końcowej części rozmowy Brzeski odniósł się do sprawy Jeffreya Epsteina. W jego ocenie była to struktura służąca zbieraniu materiałów kompromitujących.„Myślę, że ta wysepka była w dużej mierze przedsiębiorstwem kompromatów do wynajęcia.”Wskazał na powiązania rodzinne Ghislaine Maxwell z Robertem Maxwellem, który – jak przypomniał – miał kontakty z różnymi służbami wywiadowczymi.„Obie służby mogły zbierać kompromat na tych, na których im zależało. To mogło być prywatne przedsięwzięcie obsługujące różne wywiady.”Zdaniem Brzeskiego sprawa może mieć długofalowe konsekwencje dla globalnych elit i postrzegania „śmietanki świata”.[caption id="attachment_69746" align="alignnone" width="405"] Rafał Brzeski / Fot. Konrad Tomaszewski, Radio Wnet[/caption]/fa
Podczas sejmowej komisji omawiano planowane przez rząd zmiany dotyczące finansowania żywienia pacjentów w szpitalach. Jak podkreślał dyrektor powiatowego szpitala w Garwolinie Krzysztof Żochowski, oznaczają one realne ograniczenie środków przeznaczonych na posiłki dla chorych.„Tematem komisji była dyskusja na temat proponowanych przez stronę rządową zmian w żywieniu pacjentów w polskich szpitalach. […] Dotychczasowa stawka żywieniowa wynosiła 25,62 zł. W tej chwili ona została zjechana do 21 zł. To jest 20 procent – to jest bardzo dużo.”Jak wyjaśniał, wcześniej środki na żywienie funkcjonowały jako odrębny element finansowania, związany m.in. z programem „Dobry posiłek”.„Każdy szpital na każde osobodzień hospitalizacji dostawał dodatkowe środki, które pozwalały dużo lepiej odżywiać naszych chorych. W tej chwili te środki zostały zabrane, żywienie pacjentów zostało włączone do ogólnego kontraktu, co powoduje, że szpitale będą otrzymywały znacząco mniej środków.”Zdaniem dyrektora uderzy to szczególnie w placówki powiatowe, które już teraz mierzą się z trudną sytuacją finansową.„Już w tej chwili szpitale w Polsce odczuwają istotne pogorszenie warunków finansowych, zwłaszcza dotyczy to szpitali powiatowych. Zabranie kolejnych pieniędzy, tym razem na żywienie, to kolejny strzał między oczy, który będzie miał wpływ na pogorszenie tego, co możemy dla naszych chorych zrobić.”
Na lotnisku Ben Guriona w Tel Awiwie doszło do nietypowej interwencji izraelskich służb. Z grupy dziennikarzy lecących z premierem Benjaminem Netanjahu do Stanów Zjednoczonych wyprowadzono mężczyznę przedstawiającego się jako reporter. O kulisach zdarzenia opowiadał w Radiu Wnet Cezary Gmyz.Zdaniem dziennikarza sytuacja była nagła i zdecydowana.„Ta historia wydarzyła się dokładnie na lotnisku Ben Guriona w Tel Awiwie. Benjamin Netanjahu udawał się w podróż do Stanów Zjednoczonych i jak to zwykle bywa, zabierał ze sobą dziennikarzy. Na listę wpisał się człowiek przedstawiający się jako dziennikarz rosyjsko-izraelski. Tuż przed odlotem na pokład wkroczyli oficerowie Szin Betu, kazali mu się zabrać ze swoimi rzeczami, odprowadzili go do namiotu, zrobili mu totalną kontrolę i poinformowali, że tym samolotem nie poleci.”
Marek Grzybowski, prezes Bałtyckiego Klastra Morskiego i Kosmicznego, był gościem Radia Wnet.Punktem wyjścia rozmowy była setna rocznica Gdyni, ale głównym tematem stały się sankcje wobec Rosji i ich skutki dla transportu morskiego.Zdaniem profesora sankcje nie zatrzymały handlu surowcami, lecz doprowadziły do powstania globalnego mechanizmu ich obchodzenia.„Sankcje stworzyły globalny system omijania sankcji. Ropa jest przeładowywana na legalne statki i trafia do rafinerii jako w pełni legalny surowiec.”Grzybowski wyjaśniał, że w procederze uczestniczą zarówno tzw. floty cieni, jak i jednostki pływające pod oficjalnymi banderami państw Unii Europejskiej. Ropa i gaz są mieszane i sprzedawane dalej jako produkty „czyste” pod względem formalnym.Ekspert zwrócił uwagę na poważne zagrożenia dla Bałtyku.„To są stare zbiornikowce w złym stanie technicznym. Jedna poważna awaria może zablokować porty w całym regionie i doprowadzić do katastrofy ekologicznej.”Jak podkreślał, skala zjawiska jest znana decydentom.„Wszyscy wiedzą, co się dzieje. Satelity i sztuczna inteligencja widzą każdy ruch statków. Problemem nie jest wiedza, tylko reakcja.”Paradoksalnie – jak dodał – to właśnie omijanie sankcji stabilizuje dziś ceny energii.„Gdyby ten system się załamał, gaz i paliwa byłyby dziś znacznie droższe.”/fa
Gościem Poranka Radia Wnet był prof. Maciej Szymanowski, były dyrektor Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka. Rozmowa dotyczyła zbliżających się wyborów parlamentarnych na Węgrzech i realnych szans premiera Viktora Orbána na kolejne zwycięstwo.Zdaniem profesora, medialne doniesienia o przewadze opozycji należy traktować z dystansem.„To już przerabialiśmy cztery lata temu. Wtedy też pisano, że opozycja wygrywa, a skończyło się kolejnym zwycięstwem Orbána.”Szymanowski zwracał uwagę na opublikowany niedawno, liczący ponad 300 stron program głównej partii opozycyjnej Tisza.„To jest program o wszystkim i o niczym. Nie ma w nim kluczowych kwestii, jak podatki. To rodzi dużą niepewność.”Ekspert podkreślał, że choć sytuacja gospodarcza Węgier jest trudniejsza, niż oczekują obywatele, nie jest aż tak zła, jak bywa przedstawiana w polskich mediach. W jego ocenie wyborcy mogą nie chcieć ryzykować zmiany władzy na rzecz słabo zorganizowanej opozycji.W rozmowie pojawił się także wątek wsparcia, jakiego Orbánowi udzielił Donald Trump.„Trump jest wdzięczny Orbánowi, bo był jedynym premierem UE, który otwarcie poparł go w kampanii, gdy nie było wiadomo, czy wróci do Białego Domu.”Na pytanie o prognozę wyborczą profesor odpowiedział ostrożnie, ale jednoznacznie.„Jako historyk nie powinienem prorokować, ale z tego, co widzę i słyszę, powiedziałbym, że raczej wygra Viktor Orbán.”/fa
W rozmowie na antenie Radia Wnet Tomasz Grosse, politolog i wykładowca Uniwersytet Warszawski, odniósł się do narastającej w Unii Europejskiej debaty o tzw. autonomii strategicznej. Wątek ten ma być jednym z głównych tematów zbliżającej się Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa.Zdaniem prof. Grossa hasło uniezależnienia się Europy od Stanów Zjednoczonych funkcjonuje głównie na poziomie politycznej narracji, a nie realnych zdolności wojskowych.„Decyzje dotyczące takich funduszy i projektów zapadają w Radzie Unii Europejskiej większością kwalifikowaną. A to oznacza, że Niemcy i Francja mają tu najwięcej do powiedzenia i zawsze coś chcą w zamian.”Pieniądze za warunki: interesy Berlina i ParyżaPolitolog zwrócił uwagę, że wszelkie europejskie inicjatywy obronne – w tym finansowanie – nigdy nie są bezinteresowne.„Tego typu fundusze europejskie nie są dawane na piękne oczy. Zawsze ktoś chce coś ugrać, najczęściej chodzi o zakupy w korporacjach zbrojeniowych Francji i Niemiec.”W jego ocenie ten mechanizm od lat towarzyszy zarówno wsparciu dla Ukrainy, jak i projektom skierowanym do państw członkowskich UE, w tym Polski.Niemcy bez broni jądrowejKluczowym elementem analizy prof. Grossa jest kwestia odstraszania nuklearnego. Jak podkreślał, Niemcy nie posiadają własnej broni jądrowej.„Niemcy nie mają broni jądrowej żadnej. Poza uczestnictwem w programie Nuclear Sharing są w dużym stopniu uzależnieni od Amerykanów.”To właśnie dlatego – zdaniem politologa – Berlin, mimo ostrych deklaracji o autonomii strategicznej, unika realnej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi i Donald Trump.„Zależy im na tym, żeby nie rozdrażniać Trumpa i łagodzić spory transatlantyckie.”Francja i Wielka Brytania nie zastąpią USAW europejskiej debacie coraz częściej pojawia się pomysł objęcia państw UE parasolem nuklearnym przez Francja i Zjednoczone Królestwo. Prof. Grosse studzi jednak te oczekiwania.„Francja i Zjednoczone Królestwo nie mają triady nuklearnej.”Wskazał także na kolejny, fundamentalny brak:„Nie mają broni nuklearnej średniego zasięgu. To są bardzo poważne mankamenty.”Zbrojenia wymagają czasu i pieniędzyZapytany o możliwość szybkiego nadrobienia tych braków przez europejski przemysł zbrojeniowy, prof. Grosse nie pozostawił wątpliwości.„To wymaga ogromnych inwestycji. Nie da się tego zrobić z dnia na dzień.”Jego zdaniem zarówno Francja, jak i Wielka Brytania nie dysponują dziś wystarczającym potencjałem fiskalnym, by samodzielnie zbudować pełnowymiarowe zdolności odstraszania nuklearnego.Niemcy nie chcą „francuskiego przycisku”Nawet gdyby Paryż oczekiwał finansowania takich programów przez Berlin, pojawia się bariera polityczna.„Niemcy nie chcą skokowego wzrostu pozycji Francji w Europie. De facto staliby się zakładnikiem francuskim, jeśli chodzi o przycisk nuklearny.”Zdaniem politologa to kolejny dowód, że wewnątrz UE brak jest zgody co do kierunku i realnych fundamentów autonomii strategicznej.Francja kontra Niemcy: narastające podziałyRozbieżności między Paryżem a Berlinem nie ograniczają się do kwestii nuklearnych. Prof. Grosse wskazał także na spór o protekcjonizm gospodarczy.„Prezydent Macron chce, żebyśmy kupowali tylko produkty wyprodukowane w Unii Europejskiej. Kanclerz Merz mówi bardzo wyraźnie: nie.”W jego ocenie te różnice będą się pogłębiać.„To tylko pokazuje, że spory między Niemcami a Francuzami raczej się nasilają, a nie zmniejszają.”Wniosek: Europa bez USA jest słabszaAnaliza prof. Tomasza Grossa prowadzi do jednoznacznego wniosku: europejska autonomia strategiczna pozostaje projektem politycznym, a nie realną alternatywą dla sojuszu transatlantyckiego.„Bez Stanów Zjednoczonych Europa nie ma dziś zdolności, które dawałyby jej pełne bezpieczeństwo.”
Rozmowę w Poranku Radia Wnet zdominowała informacja, która – jak podkreśla Wojciech Surmacz – od samego rana była w sieci interpretowana błędnie. W przestrzeni medialnej pojawiły się tezy, że FedEx przejmuje InPost, a jego założyciel sprzedaje firmę zagranicznemu gigantowi.„Padła informacja, że FedEx przejmuje InPost, że Rafał Brzoska to zdrajca, zmienia właściciela. Proszę państwa – nic bardziej mylnego.”Surmacz zaznaczył, że mamy do czynienia nie z przejęciem, lecz z wejściem inwestorów do spółki, która już wcześniej funkcjonowała w międzynarodowym układzie kapitałowym.Zdaniem dziennikarza skala transakcji jest bezprecedensowa w historii polskiego prywatnego biznesu po transformacji ustrojowej.„To jest chyba największa transakcja po '89 roku w sektorze prywatnym w Polsce – nie mówię o bankach czy prywatyzacjach, tylko o czysto prywatnym biznesie.”W strukturze właścicielskiej InPostu – jak wyjaśniał – działają obecnie trzej kluczowi inwestorzy: czeska PPF Group, amerykański fundusz Advent oraz FedEx. Żaden z nich nie przejmuje jednak kontroli operacyjnej.„Rafał Brzoska dalej pozostaje szefem. Spółka pozostaje w Krakowie, ma tutaj siedzibę. Uspokajamy wszystkich, którzy się boją, że podatki wyjadą – wszystko zostaje tutaj.”Surmacz podkreślał, że ta transakcja nie jest sygnałem słabości, lecz momentem historycznym dla polskiego kapitału prywatnego.„To jest dokładnie to, o czym zawsze marzyliśmy po '89 roku – że polska firma pojawi się na poziomie globalnym i stanie się globalnym graczem.”W jego ocenie to pierwszy tak wyraźny przykład, w którym polska spółka zbudowana od podstaw staje się partnerem dla największych światowych firm logistycznych, nie tracąc przy tym centrum decyzyjnego w kraju.„Rafał Brzoska zostaje w Polsce, nigdzie się nie wybiera. Obserwujemy proces, którego wcześniej po prostu nie było.”Gość Poranka Wnet zwrócił uwagę, że nerwowe reakcje części komentatorów wynikają z niezrozumienia mechanizmów rynku kapitałowego i inwestycji typu growth.„Mamy się z czego cieszyć, a nie panikować. To jest inwestycja, a nie sprzedaż. To jest wejście na wyższy poziom.”Jego zdaniem warto poczekać na kolejne komunikaty spółki i inwestorów, bo transakcja jest świeża i będzie jeszcze szczegółowo opisywana./fa
W marcu 2023 roku, ponad 30 lat po śmierci ks. Franciszka Blachnickiego, Instytut Pamięci Narodowej ustalił, że założyciel Ruchu Światło-Życie został zamordowany. – W wyniku gry operacyjnej i działań operacyjnych wydziału 11 Departamentu I MSW – a więc komunistycznego wywiadu – w jego najbliższe otoczenie wysłano dwójkę zdeterminowanych, perfidnych i doświadczonych agentów komunistycznych służb – małżeństwo państwa Gontarczyków, którzy mieli ostatecznie zniszczyć księdza. Później nastąpiła śmierć i zabójstwo księdza Franciszka Blachnickiego. Wiemy już dzisiaj, że było to zabójstwo– mówił w 2023 roku ówczesny prezes Instytutu Pamięci Narodowej Karol Nawrocki O sprawie mówił w Poranku Radia Wnet dziennikarz Tomasz Szymborski. Tłumaczył, dlaczego przełom nastąpił dopiero po latach i co sprawiło, że pierwsze postępowanie zakończyło się fiaskiem.„Kilka lat temu zostało wszczęte drugie śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej, gdyż pierwsze zostało brutalnie przerwane. Prokurator Skwara wszczął to śledztwo, zbulwersowany niedoróbkami, które doprowadziły do umorzenia pierwszego postępowania.”Zdaniem Szymborskiego kluczowym problemem pierwszego śledztwa były elementarne zaniedbania, których – jak podkreśla – nie powinien popełnić doświadczony prokurator.„Podczas pierwszego śledztwa doszło do kardynalnych, szkolnych błędów, które prokuratorowi z kilkudziesięcioletnim stażem nie powinny się zdarzyć.”Najpoważniejszym z nich był brak ekshumacji.„Prokurator Ewa Koj nie zrobiła podstawowej rzeczy. To znaczy nie ekshumowała ciała księdza Blachnickiego, który został zamordowany w Niemczech, a pochowany jest w Polsce, w sanktuarium Ruchu Światło-Życie.”Dopiero późniejsze ustalenia potwierdziły, że duchowny został otruty, choć – jak zaznacza rozmówca Radia Wnet – przedwczesne ujawnianie szczegółów toksykologicznych mogło utrudnić dalsze czynności.Szymborski przypomniał, że śmierć ks. Blachnickiego nastąpiła krótko po wizycie w jego ośrodku w Carlsbergu pary agentów PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa.„W jego pokoju pojawiła się para, która później okazała się agentami SB – Andrzej Gontarczyk pseudonim ‘Jon' oraz Jolanta Gontarczyk-Lange, TW ‘Panna'. Wkrótce po tej wizycie ksiądz zmarł.”Początkowo niemiecki lekarz stwierdził zator płucny, jednak – jak wynika z późniejszych ustaleń – ta diagnoza była błędna. Wkrótce po śmierci duchownego agenci zostali ewakuowani do Polski, mimo że niemiecki kontrwywiad był już na ich tropie.Jednym z najbardziej kontrowersyjnych wątków pozostaje – według Szymborskiego – postawa współczesnych służb wobec śledztwa IPN.„Z moich informacji wynika, że Agencja Wywiadu nie chce współpracować z prokuratorami IPN. Myślę, że z bardzo prostego powodu – chroni swoją agenturę.”Dziennikarz wskazuje, że część agentów mogła zostać przejęta przez służby III RP.„Wszystko na to wskazuje, że Jolanta Lange została przejęta z całym dobrodziejstwem inwentarza przez służby III Rzeczpospolitej. I że nie działali sami – była cała logistyka i obsługa agentury, także w otoczeniu duchownych.”Rozmowa zeszła także na szerszy problem ciągłości aparatu bezpieczeństwa po 1989 roku i koncepcję tzw. „opcji zero”.„Ta sprawa pokazuje, że bez wyczyszczenia służb trudno mówić o suwerennym państwie.”Jednocześnie Szymborski studził postulaty radykalnych rozwiązań w obecnej sytuacji geopolitycznej.„Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby dziś wprowadzono opcję zero, kiedy za wschodnią granicą trwa wojna. Być może najlepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie instytucji równoległej, która stopniowo przejmowałaby zadania służb.”Zdaniem dziennikarza próby paraliżowania śledztwa nadal trwają – m.in. poprzez podsuwanie fałszywych tropów, które mają odciągać prokuratorów od kluczowych ustaleń. Mimo upływu niemal czterech dekad odpowiedzialność karna za zabójstwo ks. Blachnickiego wciąż nie została rozliczona. /fa
Gościem poranka Radia Wnet był Jan Bogatko, który relacjonował zmieniające się nastroje polityczne w Niemczech i Francji wobec Stany Zjednoczone oraz debatę o uniezależnieniu Europy od amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, technologii i energii.Punktem wyjścia do komentarza była sytuacja w Niemczech, gdzie — jak zauważył Bogatko — „zima zawsze przychodzi niespodziewanie”, także w polityce. Relacje Berlina i Paryża z Waszyngtonem ulegają wyraźnemu ochłodzeniu, a europejscy politycy coraz częściej mówią o potrzebie strategicznej samodzielności.„Mówi się w Berlinie i w Paryżu, że to kurs Donalda Trumpa zmusza Europejczyków do nowych przemyśleń. Unia Europejska nie powinna być dłużej zależna od USA. To jest zła wiadomość dla Polski”.Bogatko podkreślał, że narracja o europejskiej potędze rozmija się z realiami wojskowymi.„Bez parasola nuklearnego Unia Europejska jest karłem, bezzębnym karłem. Tu się nic nie zmieniło”.W jego ocenie próby budowania europejskiej niezależności wynikają nie tylko z obaw przed polityką Donald Trump, ale także z ambicji politycznych Berlina i Paryża. Szczególnie mocno wybrzmiały słowa nowego kanclerza Niemiec.„Kanclerz Friedrich Merz uderzył pięścią w stół i powiedział: będziemy mocarstwem. Musimy mówić językiem polityki potęgi”.Jednocześnie — jak zauważył korespondent — tej „potęgi” nie widać w gospodarce wewnętrznej, mimo pierwszych sygnałów ożywienia. Równolegle trwają prace nad ograniczeniem zależności Europy od amerykańskich technologii, armii i surowców energetycznych.„Najlepiej pomogłoby w tym uruchomienie obu gazociągów z Rosji. Głośno się tego nie mówi, ale jest to w pamięci”.Bogatko krytycznie odniósł się także do roli urzędników unijnych w Brukseli.„To jest nowa szlachta — bezpodatkowa, jak w średniowieczu — która decyduje o strategicznych zwrotach Europy”.W handlu, jak podkreślał, Unia Europejska próbuje dywersyfikować kierunki współpracy, zawierając porozumienia z Mercosurem, Indiami i Indonezją oraz negocjując z Meksykiem i Australią.Na koniec Bogatko zwrócił uwagę na zmiany w sektorze technologicznym, szczególnie we Francji.„Rząd Emmanuel Macron planuje zakazać urzędnikom korzystania z amerykańskich platform, takich jak Google Meet, Zoom czy Teams”.Zdaniem korespondenta Radia Wnet wszystko to świadczy o głębokiej zmianie kursu politycznego Europy.„Zmiany są na całego i prowadzą do tego, że Zachód będzie czerwony”.
Jak w każdy czwartek, gościem poranka Radia Wnet był Piotr Witt, który w szerokiej, historycznej perspektywie opisał genezę i ewolucję Unii Europejskiej. Jego teza była jednoznaczna: spośród wszystkich porządków politycznych tworzonych w Europie od średniowiecza, to właśnie Unia okazała się najtrwalsza.Ze wszystkich porządków świata wymyślonych w Europie od średniowiecza najtrwalszym okazała się Unia Europejska, proklamowana 76 lat temu– mówił Wit, porównując ją z wcześniejszymi projektami geopolitycznymi, takimi jak traktaty kolonialne, Święte Przymierze czy porządek wersalski.Zdaniem korespondenta Radia Wnet, trwałość Unii wynikała z długofalowego, stopniowego procesu, prowadzonego poza społeczną kontrolą.Od pierwszej chwili majsterkowicze Unii posuwali się w masę. Zgodnie z instrukcjami nieznanych zwierzchników budowlę przygotowywano w tajemnicy– zaznaczył, powołując się na odtajnione dokumenty CIA, z których ma wynikać, że proces integracji był planowany jako projekt wielopokoleniowy.W tym kontekście przywołał postacie ojców założycieli wskazując na symbolikę i ideologiczne inspiracje projektu europejskiego.Zaprojektowali standardowe państwo Stanów Zjednoczonych Europy – mówił, odnosząc się do wizji federalnej Europy.Piotr Wit zwrócił uwagę, że dopiero Konstytucja Europejska z 2004 roku uświadomiła wielu narodom, iż Unia nie odwołuje się do korzeni chrześcijańskich.Było trochę narzekania i kręcenia nosem, ale tekst nie został zmieniony – zauważył, dodając, że kolejne procesy – w tym polityka migracyjna – były już tylko konsekwencją wcześniej przyjętych założeń.W dalszej części rozmowy Piotr Wit porównał stosunek Polaków i Francuzów do Unii Europejskiej.Polacy przyjęli Unię Europejską z entuzjazmem. Francuzi – na ogół sceptycznie – podkreślał. Przypomniał, że Francuzi głosowali przeciwko traktatowi z Maastricht, ale mimo to został on wdrożony.Korespondent Radia Wnet odniósł się również do genezy wspólnej waluty.Euro nie jest wymyślone przez Niemców. Wspólna waluta była od początku do końca projektem francuskim – podkreślił.W końcowej części rozmowy Piotr Wit sformułował zdecydowaną diagnozę polityczną.Przekazaliśmy władzę zarządowi Unii – mówił, krytykując brak demokratycznej kontroli nad decyzjami podejmowanymi na szczeblu europejskim.Rozmowę zakończył konstatacją, że Europa przeszła długą drogę – od kultu maryjnego do zdejmowania krzyży ze ścian – i nie widać końca tego procesu./fa
Poranek Radia Wnet otworzyła rozmowa z Dmytro Antoniukiem, który bez złudzeń ocenił trwające rozmowy dyplomatyczne w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jak podkreślał, sedno negocjacji sprowadza się do jednego pytania: czy Ukraina ma oddać swoją ziemię.O tym, żeby oddawać czy nie oddawać naszej ziemi – bo tylko to jest takim kamieniem spotkania, jak o nas się mówi– mówił, zaznaczając, że szczegóły rozmów wciąż pozostają nieznane.Antoniuk przypomniał też słowa Wołodymyra Zełenskiego, który niedawno mówił, że zakończenia wojny z pomocą dyplomacji można spodziewać się dopiero na początku przyszłego roku. To – w ocenie korespondenta – oznacza co najmniej kolejny rok intensywnych działań wojennych.Zdaniem rozmówcy Radia Wnet, sytuacja negocjacyjna jest dziś patowa. Z jednej strony stanowisko Kijowa – nie oddamy ziemi, z drugiej – żądania Moskwy. Antoniuk przywołał wypowiedzi Siergieja Ławrowa, który mówił o roszczeniach Rosji wobec Mikołajowa i Odessy.Miniona noc była – jak relacjonował – kolejną niespokojną nocą w całej Ukrainie.Ponad 150, nawet 180 dronów uderzyło w różnych miejscach, w tym w Kijów. U nas są zniszczenia i ludzie ranni. Słyszałem też wybuchy dzisiaj w nocy– mówił Antoniuk. Wspominał również o ostrzale infrastruktury energetycznej i ataku na targowisko, który wstrząsnął opinią publiczną.Zimą Ukraina zmaga się także z trudnymi warunkami pogodowymi. W Kijowie – jak mówił Antoniuk – było minus 8 stopni i śnieg, a na północy i wschodzie kraju temperatury spadały do minus 10–12 stopni. Mimo to korespondent podkreślał, że dzięki wsparciu Polski i innych partnerskich państw Ukraina wytrzyma./fa
Krajowy System e-Faktur miał uprościć rozliczenia i uszczelnić system podatkowy. Zdaniem doradcy podatkowego Tomasza Piekielnika w obecnej formie staje się jednak narzędziem przymusu i inwigilacji.
Afera Jeffreya Epsteina to jeden z największych skandali obyczajowych i kryminalnych XXI wieku. Epstein – amerykański finansista i skazany za wykorzystywanie seksualne nieletnich – zmarł w 2019 roku w więzieniu, gdzie czekał na proces za handel ludźmi i przestępstwa na tle seksualnym.W ostatnich dniach Departament Sprawiedliwości USA opublikował ponad trzy miliony nowych stron akt na mocy Epstein Files Transparency Act, podpisanej przez Donalda Trumpa. Ujawnione materiały – obejmujące dokumenty, nagrania i zdjęcia z postępowań FBI oraz spraw Epsteina i Ghislaine Maxwell – nie anonimizują osób publicznych, ale mogą zawierać treści fałszywe lub niezweryfikowane, przekazane do śledczych przez osoby trzecie.O ujawnieniu dokumentów i aferze Epsteina mówił korespondent Radia Wnet w USA Tomasz Grzywaczewski. Jak podkreślał dziennikarz, skala ujawnionych materiałów jest bezprecedensowa, ale ich analiza wymaga ogromnej ostrożności.Odtajniono około 3,5 miliona dokumentów, głównie korespondencji mailowej. Panuje tu ogromny chaos. Nie jest jeszcze jasne, co dokładnie znajduje się w tych aktach, ale raczej nie będzie tu żadnego przełomu– ocenił.Zdaniem korespondenta Radia Wnet, wbrew temu, co sugerują media społecznościowe, dokumenty nie zawierają dowodów obciążających czołowych polityków USA.W tych nowo ujawnionych dokumentach nie znaleziono żadnych dowodów, które wskazywałyby na winę Donalda Trumpa czy innych prominentnych osób. Samo pojawienie się nazwiska w mailach czy wspólne zdjęcie z Epsteinem nie jest dowodem na udział w przestępstwie– mówił.Grzywaczewski zaznaczał, że Epstein celowo budował szeroką sieć kontaktów. Wskazywał, że „to pokazuje, jak bardzo ta globalna elita jest ze sobą połączona. To hermetyczny światek, w którym przewijają się te same nazwiska – biznes, polityka, show-biznes”.Rozmówca zwrócił uwagę na rolę mediów społecznościowych w eskalowaniu emocji wokół sprawy. Ocenił, że „ta sprawa nie nabrałaby takiego wymiaru, gdyby nie media społecznościowe. To one dziś żyją tą historią, tworząc kolejne teorie spiskowe i rozpowszechniając niezweryfikowane informacje”.Jako przykład podał pojawiające się w sieci fałszywe doniesienia dotyczące Elona Muska.W prawdziwych dokumentach Elon Musk odmówił zaproszenia na wyspę Epsteina. A mimo to pojawiają się sfabrykowane narracje, które szybko zaczynają żyć własnym życiem– dodał.Książę Andrzej i wątki rosyjskieJedyną postacią, która – zdaniem Grzywaczewskiego – jawi się w dokumentach szczególnie niekorzystnie, jest były książę Andrzej Mountbatten-Windsor. Wszystko wskazuje na to, że książę Andrzej był zamieszany w działalność przestępczą Epsteina. Został pozbawiony tytułu książęcego w związku z oskarżeniami o wykorzystywanie seksualne nieletnich– mówił.W dokumentach pojawiają się także liczne odniesienia do Rosji.W nowej partii akt słowo ‘Putin' pojawia się ponad tysiąc razy, a ‘Rosja' niemal sześć tysięcy razy. To jednak niczego jeszcze nie dowodzi – te wyliczenia zrobiła sztuczna inteligencja, a każdą relację trzeba analizować w kontekście– zaznaczył.Grzywaczewski wskazywał, że trop służb specjalnych może być ważniejszy niż wizja jednego „globalnego spisku”. Jak mówił, nie wierzy w teorie spiskowe, ale wierzy w spiski. I wskazał, że za taką karierą jak Epsteina bardzo często stoją działania służb specjalnych i zbieranie kompromatów.Podsumowując, korespondent Radia Wnet podkreślił, że ujawnione akta nie zmieniają układu sił w USA.Te nowe dokumenty nie są przełomowe. Nie wstrząsnęły amerykańską sceną polityczną i nie wpływają na pozycję Donalda Trumpa. W mediach głównego nurtu w Stanach to nie jest temat numer jeden– zwrócił uwagę.Jego zdaniem największym efektem ujawnienia akt jest osłabienie wizerunku elit.Pokazują, jak bardzo elity są oderwane od rzeczywistości. Dziś jednak trudniej niż kiedyś działać całkowicie w ukryciu – nawet po latach takie sprawy mogą wypłynąć i zostać ocenione przez opinię publiczną– powiedział./fa
W sobotę w Łochowie inicjatyw narodowych, gospodarczych i samorządowych, organizowany przez środowiska związane z Grzegorzem Braunem. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele Konfederacji Korony Polskiej, a także reprezentanci innych ugrupowań prawicowych i środowisk konserwatywnych. Na miejscu była dziennikarka Radia Wnet, Hanna Tracz, która relacjonowała przebieg kongresu.Na początku trafiłam do zabytkowego pałacyku w Łochowie i pomyślałam: czy to już wszystko? Na sali było może 70–80 osób. Dopiero później okazało się, że to tylko jeden z paneli, a równolegle odbywały się jeszcze trzy inne– opisuje dziennikarka. Jak relacjonuje Hanna Tracz, właściwe centrum wydarzenia znajdowało się w dużym kompleksie hotelowym sąsiadującym z pałacem.Obok pałacu jest ogromny kompleks hotelowy. Tam były trzy wielkie sale, każda na kilkaset osób. Jednocześnie odbywały się cztery panele, a według organizatorów zarejestrowało się około 700 osób i faktycznie było to widać– dodała. Zdaniem reporterki Radia Wnet wydarzenie miało wyraźnie elitarny i formalny charakter.Średnia wieku uczestników to około 40–50 lat, ale było też sporo ludzi młodych, w wieku 25–30 lat. Większość stanowili mężczyźni. Wszyscy byli bardzo elegancko ubrani – rzeczywiście było "na bogato"– wskazuje. Wśród uczestników dominowali członkowie Konfederacji Korony Polskiej, ale obecni byli także sympatycy i przedstawiciele innych środowisk.Byli wyborcy Grzegorza Brauna, przedsiębiorcy – zresztą w sobotę zawiązano tam fundację Przedsiębiorcy Prawicy. Był też na przykład członek Nowej Nadziei, więc to nie była wyłącznie jedna partia– dodaje Hanna Tracz. Na kongresie pojawili się także parlamentarzyści i znani publicyści. Jak relacjonowała, byli wszyscy posłowie Konfederacji Korony Polskiej – poseł Fritz, poseł Skalik – a także Janusz Korwin-Mikke, Jan Pospieszalski, Monika Jaruzelska, prof. Ziemowit Malecha czy dr Jerzy Majcher.Panele dotyczyły przede wszystkim kwestii bezpieczeństwa w szerokim ujęciu.W tytule dominowało bezpieczeństwo – energetyczne, strategiczne, żywnościowe, prawne, życia i rodziny. To nie były rozmowy powierzchowne. Było dużo szczegółów i bardzo wiele pytań od publiczności– wskazuje. Dyskusje trwały długo i miały intensywny charakter. Jak mówi, „panele trwały ponad dwie godziny. Potem była krótka przerwa i kolejne dyskusje. Siedząc między salami, co chwilę było słychać oklaski – z jednej, z drugiej strony”.Jak zaznacza Hanna Tracz, kongres nie zakończył się ogłoszeniem konkretnych konkluzji programowych.„Nie było podsumowań ani gotowych konkluzji. To była raczej wymiana myśli i propozycji. Program Konfederacji Korony Polskiej już istnieje i – jak usłyszałam – kongres ma być raczej źródłem inspiracji do jego aktualizacji”.Podczas wydarzenia obecny był również sam Grzegorz Braun.„Grzegorz Braun był bojowo nastawiony, wzywał do działania. Był na miejscu, rozmawiał z ludźmi, fotografował się. Odmówił mi wywiadu, ale powiedział, że chętnie przyjmie zaproszenie do programu na żywo.”Jak podsumowuje reporterka Radia Wnet, atmosfera wydarzenia była raczej spokojna i koleżeńska./fa
Po rozstrzygnięciu wewnętrznych wyborów w Polsce 2050 i objęciu przywództwa przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, pytania o przyszłość ugrupowania oraz stabilność koalicji rządzącej nie zniknęły. Gościem Radia Wnet był Tomasz Żółciak, który wskazywał, że zakończenie partyjnych wyborów otwiera nowy, znacznie trudniejszy etap.To, że zakończył się pierwszy sezon serialu pod tytułem "kto będzie nowym przewodniczącym", nie oznacza, że nie ma sezonu drugiego. On właśnie się zaczyna – co dalej z partią i z koalicją– komentował. Zdaniem Żółciaka kluczową niewiadomą pozostaje postawa Szymona Hołowni.Wszystkie oczy są skierowane na Hołownię, który już wcześniej sygnalizował, że jeśli coś mu się nie spodoba, to on i tak zwani Szymonici zabiorą zabawki i zmienią piaskownicę– wskazał. Skala ewentualnego odejścia posłów może mieć realne znaczenie dla większości sejmowej.Koalicja ma dziś 240 głosów. Wystarczy odejście 10–11 osób i pojawia się nowy gracz, którego przy każdym ważniejszym głosowaniu trzeba będzie obsłużyć– zwraca uwagę. Jednocześnie rozmówca podkreślał, że druga strona partyjnego sporu raczej nie będzie dążyć do eskalacji.Paulina Hennig-Kloska uznała zwycięstwo Pełczyńskiej-Nałęcz i zadeklarowała wolę współpracy. Nowa liderka raczej będzie obniżać napięcie, a nie je podkręcać– ocenia. Relacje z Tuskiem i zmiana układu w koalicjiŻółciak zwracał uwagę na trudne relacje nowej liderki Polski 2050 z premierem Donaldem Tuskiem.W kampanii Pełczyńska-Nałęcz otwarcie mówiła, że dzwoni do premiera, a on nie odbiera, że prosi o spotkanie i go nie dostaje. To nie zaszkodziło jej w wyborach, ale teraz rodzi pytanie, jak ułoży relacje z resztą liderów– mówi. Dotychczasowe nieformalne „szczyty koalicyjne” odbywały się w wąskim gronie.Panowie – Tusk, Kosiniak-Kamysz, Czarzasty i Hołownia – spotykali się między sobą. Pełczyńska-Nałęcz to nowy, asertywny gracz, a nie jest tajemnicą, że premier jej nie lubi– dodał. Zdaniem dziennikarza może to prowadzić do zmiany dotychczasowych mechanizmów decyzyjnych.Może być tak, że ustalenia będą zapadały telefonicznie między trzema liderami, a Pełczyńska-Nałęcz będzie dowiadywała się o nich jako ostatnia. To nie poprawi klimatu współpracy– stwierdza. Nowa przewodnicząca stanie także przed wyzwaniem utrzymania jedności klubu. Żółciak mówi, że „ten, kto wygrywa, musi złożyć propozycje tym, którzy przegrali. Ryszard Petru już sygnalizuje, że czeka na rozmowę i ofertę. Takich osób może być 10–11”.Żółciak odniósł się również do pytania o stanowisko wicepremiera dla Polski 2050.Hołownia powinien mieć pretensje głównie do siebie. Tych spraw nie wynegocjował na początku kadencji, bo skupił się na marszałkowaniu i perspektywie prezydenckiej– mówi. Choć partia wcześniej rekomendowała Pełczyńską-Nałęcz na wicepremiera, sprawa pozostaje otwarta.Donald Tusk ewidentnie chciał przeczekać, aż ta telenowela się skończy. Teraz się skończyła, ale czy nowa liderka będzie chciała zostać wicepremierem i czy premier jej to zaproponuje – tego nie wiemy– konstatuje. Na koniec Żółciak oceniał, że dla premiera sytuacja wcale nie stała się prostsza. Jak mówi, „to będzie chleb pełnoziarnisty i sycący. Pełczyńska-Nałęcz jest ekspansywna, nie ogranicza się do swojego resortu i to tylko kwestia czasu, aż wejdzie w konflikt z innym ministrem”./fa
Obie Konfederacje notują wzrosty w sondażach. Zdaniem Łukasza Warzechy to proces nieodwracalny, napędzany porażką wyborczą PiS oraz brakiem wewnętrznych procedur sukcesji.
W audycji Studio Dublin prowadzonej przez Tomasza Wybranowskiego i Bogdana Feręca pojawiły się dwa wyraźne wątki: znaczenie irlandzkiej tradycji religijnej w życiu publicznym oraz narastające problemy gospodarcze Irlandii.Pierwsza część rozmowy dotyczyła świętej Brygidy, jednej z głównych patronek Irlandii, której święto – obchodzone 1 lutego – od 2023 roku jest oficjalnym dniem wolnym od pracy. Jak podkreślano, mimo postępującej sekularyzacji, Kościół i tradycja religijna wciąż pozostają ważnym elementem irlandzkiej tożsamości.Kościół niby jest odsunięty na bok, ale cały czas przewija się w rozmowach, w myśleniu i w zachowaniu Irlandczyków– mówił Bogdan Feręc.Wspomniano także o tradycyjnych krzyżach świętej Brygidy, które do dziś wiesza się w domach i samochodach jako symbol ochrony i początku wiosny.Drugim, wyraźnie dominującym tematem były problemy gospodarcze Irlandii. Feręc zwracał uwagę, że kraj wszedł w fazę tzw. recesji technicznej, co nie oznacza jeszcze kryzysu, ale jest sygnałem ostrzegawczym.PKB Irlandii spadło o 0,6% w czwartym kwartale i o 0,3% w trzecim. To już pozwala mówić o recesji technicznej– relacjonował.W audycji mówiono o odpływie specjalistów za granicę, problemach mieszkaniowych oraz rosnących kosztach życia. Zdaniem komentatorów, wysokie ceny energii, mieszkań i żywności sprawiają, że mieszkańcy zaczynają mocno ograniczać wydatki, co odbija się na handlu wewnętrznym.Sklepy świecą pustkami. Ludzie po prostu zaczęli bardzo oszczędzać– mówili. Choć rządowe inwestycje budowlane mogą w krótkim okresie podtrzymać wzrost, prowadzący i gość Studia Dublin zgodnie podkreślali, że bez głębszych zmian strukturalnych irlandzka gospodarka może w kolejnych latach wyraźnie wyhamować./fa
Zdaniem byłego dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, obecny kryzys wokół powoływania ambasadorów to nie tylko spór personalny, lecz objaw głębszego pęknięcia w centrum władzy.Z jednej strony Ministerstwo Spraw Zagranicznych próbuje znaleźć kompromis z prezydentem. Z drugiej – Kancelaria Premiera torpeduje te wysiłki, podważając sens samego systemu dyplomatycznego.Sławomir Dębski przywołuje wypowiedzi anonimowych urzędników KPRM, którzy sugerowali, że Polsce „ambasadorzy nie są potrzebni” i że wystarczy reprezentacja w Brukseli.To jest horyzont myślenia tak krótki, jak tylko może mieć urzędnik z Kancelarii Premiera– ocenia.
Kolejne kryzysy nie stały się dla Unii Europejskiej impulsem do wzmocnienia projektu integracyjnego. Przeciwnie, jak przekonuje Tomasz Grosse, są one zarządzane w sposób, który systematycznie osłabia Unię i zwiększa ryzyko dezintegracji.Problemy są raczej zamiatane pod dywan niż traktowane jako okazja, żeby pójść do przodu i wzmocnić Unię Europejską– mówił profesor.Metafora „sterowania Titanikiem”, która stała się tytułem jego najnowszej książki, nie jest literacką przesadą. Zdaniem profesora elity unijne widzą zagrożenia, ale nie zmieniają kursu. Zamiast tego reagują w sposób schematyczny: wzmacniają centralizację władzy w Brukseli.Kompetencje są cały czas przesuwane z poziomu narodowego, z narodowych demokracji, do Brukseli– podkreślał.W tym procesie kluczową rolę odgrywają najsilniejsze państwa członkowskie. Według profesora zmienił się wewnętrzny układ sił w Unii.Jeszcze niedawno mówiliśmy o osi niemiecko-francuskiej, a dziś coraz bardziej są to po prostu Niemcy– zaznaczył.Centralizacja odbywa się kosztem mniejszych państw, a także kosztem zasad prawnych, na których opiera się wspólnota.Obchodzenie traktatów stało się w zasadzie normą po stronie instytucji unijnych– mówił Grosse, wskazując na sankcje, naciski i metody pozaprawne jako stały element zarządzania kryzysowego.Profesor zwracał uwagę, że o ile w okresie stabilności integracja przynosiła korzyści, o tyle w czasie kryzysów ich podział stał się wyraźnie nierówny.Najwięcej korzystają te państwa, które mają największy wpływ na Unię, które są w jądrze decyzyjnym. Koszty kryzysów są przesuwane na najsłabszych– ocenił.Problemem nie jest sam fakt występowania kryzysów, lecz brak refleksji po stronie elit europejskich.Brakuje takiej refleksji, która rzeczywiście mogłaby zmienić kurs i przesunąć ten liniowiec w bardziej optymalną stronę– dodał.Zdaniem Grossego Unia Europejska znajduje się dziś w momencie, w którym sygnały ostrzegawcze są widoczne dla wszystkich. Mimo to dominująca narracja pozostaje optymistyczna, a polityczna praktyka sprowadza się do dalszego „inwestowania w projekt” bez jego głębokiej korekty.Mamy alarm, mamy czerwone lampki, a muzyka dalej gra– podsumował.Jeżeli sposób zarządzania kryzysami się nie zmieni, Unia – ostrzega profesor – będzie coraz bardziej niestabilna, podatna na wstrząsy geopolityczne i wewnętrzne konflikty interesów./fa
Zdaniem dr. Przemysława Biskupa, politologa z SGH i PISM, na Wyspach narasta głęboki rozdźwięk między elitami a większością społeczeństwa.Symbolem tego kryzysu stała się… rządowa gra edukacyjna, która niechcący ujawniła skalę zmiany nastrojów społecznych.Cenzura czy reakcja na radykalizację?Dr Przemysław Biskup podkreśla, że w Wielkiej Brytanii formalnej cenzury jeszcze nie ma, ale istnieją wyraźne tendencje w tym kierunku. Rządowe działania są odpowiedzią m.in. na realny problem radykalizacji w mediach społecznościowych, szczególnie wśród młodych ludzi.Wpływ mediów społecznościowych na radykalizację debaty jest realnym problemem, szczególnie groźnym dla ludzi młodych, którzy nie mają jeszcze krytycznego zmysłumówi politolog.Jednocześnie ekspert ostrzega, że rozszerzanie definicji mowy nienawiści, w tym próby wprowadzenia legalnej definicji islamofobii, może prowadzić do niebezpiecznego zawężenia debaty publicznej.To wprost wpływa na zakres dyskursu i rodzi bardzo poważne zagrożeniaRządowa gra i niechciany bohaterSymbolem napięć między władzą a społeczeństwem stała się sponsorowana przez rząd gra edukacyjna „Ścieżki”, skierowana do młodych Brytyjczyków. W zamyśle miała promować „pożądane postawy obywatelskie”, jednak efekt okazał się odwrotny.Negatywną bohaterką gry jest młoda biała Brytyjka, broniąca tradycyjnej tożsamości narodowej i pozytywnej roli brytyjskiej historii.Postać, która miała symbolizować reakcyjne i niepożądane wartości, okazała się kimś, z kim utożsamia się większość graczytłumaczy gość "Odysei Wyborczej".Jak zauważa ekspert, poglądy uznane w grze za radykalne są w rzeczywistości mainstreamowe dla 70–80 proc. Brytyjczyków.
Powrót scenariusza sprzed czterech dekadNa antenie Radia Wnet gościła Mary Pawłowska, odtwórczyni roli Ewy Kłos w filmie „Wielka Warszawska” w reżyserii Bartłomieja Ignaciuka. Produkcja, która od kilku dni jest dostępna w kinach, ma wyjątkową historię — jej scenariusz powstał bowiem już w latach 80.Jak podkreślała aktorka, projekt przez wiele lat czekał na realizację:„Ten scenariusz ma w ogóle czterdzieści lat i czekał na realizację od czterdziestu lat. Teraz w końcu się udało i przenieśliśmy go do kina”.Autorem pierwowzoru był Jan Purzycki, twórca takich filmów jak „Wielki Szu” czy „Piłkarski poker”. W czasach PRL projekt był blokowany przez władze, które obawiały się kompromitacji państwowych torów wyścigowych.Hazard, układy i wyścigi konne„Wielka Warszawska” opowiada o świecie wyścigów konnych, ale — jak zaznacza Pawłowska — nie od strony widowiskowej rozrywki, lecz od kulis.„To nie jest film o samej radości oglądania wyścigów. Bardziej o świecie hazardu, nieczystych układów i oszukiwaniu zakładów”.Głównym bohaterem jest Krzysiek, młody dżokej z Sopotu, który marzy o starcie w prestiżowym wyścigu w Warszawie.„Film opowiada historię młodego chłopaka, który marzy o udziale w Wielkiej Warszawskiej. Czy mu się to uda — tego nie zdradzę, trzeba iść do kina”.Rola Ewy Kłos – „światełko” w mrocznym świecieMary Pawłowska wciela się w postać Ewy Kłos — najlepszej przyjaciółki głównego bohatera. Jej bohaterka wyróżnia się na tle świata hazardu i układów.„To jest osoba spoza tego świata. Takie małe światełko i oddech od trudnych emocji. To był dla mnie zaszczyt móc zagrać taką rolę”.Aktorka podkreślała, że była to dla niej szczególna przygoda — pierwszy tak duży projekt filmowy.„Dla mnie to była naprawdę przygoda życia. Taki debiut”.Podróż w czasie do lat 90.W rozmowie dużo miejsca poświęcono odtworzeniu realiów początku lat 90. — scenografii, kostiumom i atmosferze tamtej epoki.„Pion scenografii i kostiumów stworzył świat jak z tamtych lat. Miałam wrażenie, że wszyscy przenieśliśmy się w czasie”.Jedynym elementem, który przypominał o współczesności, były smartfony na planie:„Między ujęciami wszyscy wyciągali telefony i nagle każdy był ze smartfonem. To trochę burzyło ten świat”.Zdaniem aktorki klimat tamtych lat został na ekranie wiernie oddany.„Wydaje mi się, że widać w tym filmie ducha lat 90.”Kulisy scen wyścigowychJednym z największych wyzwań produkcyjnych były sceny gonitw na torze Służewiec. Pawłowska opowiadała o skomplikowanej organizacji zdjęć.„Mieliśmy konie kaskaderskie i wyścigowe. Na tych pierwszych jeździli aktorzy, na drugich tylko zawodowi dżokeje”.Sceny powstawały poprzez montaż różnych ujęć:„To jest zlepka scen z aktorami i prawdziwymi dżokejami. Dla montażystów to było ogromne wyzwanie”.Efekt końcowy robi — jak podkreśla aktorka — duże wrażenie.„Na ekranie to jest bardzo imponujące i emocjonujące”.Scena-marzenie na plażyJednym z osobistych wspomnień Pawłowskiej z planu była scena otwierająca film.„To była scena galopu po plaży o wschodzie słońca. Scena marzeń. Nie mogłam sobie wymarzyć piękniejszego debiutu”.Choć trwa zaledwie kilka sekund, pozostała dla aktorki wyjątkowym przeżyciem.Film o wierze w marzeniaW drugiej części rozmowy aktorka mówiła o przesłaniu „Wielkiej Warszawskiej”. Jej zdaniem to przede wszystkim opowieść o konsekwencji i determinacji.„To historia młodego człowieka, który bardzo wierzy w swoje marzenia i nie dopuszcza myśli, że mogą się nie spełnić”.Podkreślała, że film może inspirować widzów.„Jeśli człowiek bardzo wierzy, to wszystko się może udać. Wyszłam z kina z takim poczuciem inspiracji”.„Trzeba marzyć intensywnie i być wiernym swoim marzeniom”.Film z historią i przesłaniemNa zakończenie prowadzący przypomniał historię scenariusza Jana Purzyckiego oraz kontekst jego powstania. „Wielka Warszawska” miała domknąć filmową trylogię o świecie hazardu i wielkich pieniędzy.Dziś, po latach, historia wreszcie trafia do widzów — z nową energią, współczesną realizacją i uniwersalnym przesłaniem.„Czy bohater wyrwie się z układów i spełni swoje marzenia — tego dowiedzą się Państwo w kinie”.
Rok 2025 przyniósł wyraźne przyspieszenie w przenikaniu się świata kryptowalut i finansów tradycyjnych. Zdaniem Łukasza Pierwienisa, dyrektora generalnego Binance Polska, w 2026 roku ten proces nabierze jeszcze większego tempa. Nasz rozmówca stawia tezę, że przyszłość branży należeć będzie do instrumentów o średnim lub niskim poziomie ryzyka.Zarejestruj się na Binance https://accounts.binance.com/pl/register?registerChannel=&return_to=Stabelcoiny na Binance https://www.binance.com/pl/altcoins/stablecoinBinance Ern https://www.binance.com/pl/earnRosnące znaczenie instytucji finansowych widać wyraźnie w zachowaniu Bitcoina. W 2025 roku na notowania najważniejszej kryptowaluty świata najsilniej oddziaływały czynniki makroekonomiczne i geopolityczne. Masowy napływ kapitału do funduszy ETF oraz innych instrumentów dających pośrednią ekspozycję na rynek aktywów cyfrowych stopniowo zmienia charakter całego segmentu, co widać również w Polsce, gdzie pojawiają się takie projekty jak fundusz Beta ETF czy inicjatywy ze strony PZU.Miniony rok przyniósł również dynamiczny rozwój stablecoinów i masową adopcję rozwiązań płatniczych opartych na technologii blockchain. Binance zakończyło 2025 rok z rekordowymi wynikami – platforma obsługuje już ponad 300 milionów użytkowników na świecie i zrealizowała 34 biliony dolarów obrotu. A Polska, z szacowaną liczbą około 5 mln użytkowników krypto, jest dla Binance jednym z trzech kluczowych rynków w Europie z dużym potencjałem na dalsze wzrosty. O największych zmianach w świecie krypto, perspektywach polskiego stablecoina oraz prognozach i oczekiwaniach na 2026 rok rozmawiamy z Łukaszem Pierwienisem, dyrektorem generalnym Binance Polska.02:10 – Czy rynek kryptowalut naprawdę wychodzi z cienia bitcoina?09:30 – Coraz większy udział instytucji w obrotach BTC.14:00 – Bitcoin jako cyfrowe złoto – na ile to trafne porównanie?17:00 – Dlaczego rok 2025 zapisał się jako czas „industrializacji” krypto?23:00 – Ilu Polaków inwestuje dziś w kryptowaluty?27:30 – Tradycyjna bankowość coraz bardziej otwarta na świat krypto.29:30 – Bezpieczeństwo giełdy Binance – jak wyglądają dane?33:30 – Możliwości niskiego ryzyka (low risk) w DeFi na Binance.40:00 – Czy rok 2025 przyniósł powrót mody na ICO?45:00 – Kogo najbardziej dotyka brak implementacji MiCA w Polsce?47:40 – Z czym rynek kryptowalut wejdzie w rok 2026?
W rozmowie w Radiu Wnet Michał Karnowski zwraca uwagę na jeden moment przełomowy: autonomizację Szymona Hołowni wobec Donalda Tuska. Jego zdaniem to nie jest już tylko retoryka ani medialna zagrywka.„Jeśli Hołownia ma kilkanaście szabel, to zaczyna się nowa jakość. To już nie targowanie się z Tuskiem, tylko realna próba szantażu politycznego.”Karnowski podkreśla, że w wywiadzie dla Polsatu Hołownia jasno dał do zrozumienia, że nie czuje się związany jednym obozem. Rozmawia z Tuskiem, ale nie wyklucza rozmów z PiS-em ani z prezydentem.„On mówi wprost: możemy być z Tuskiem, ale na własnych warunkach. Albo wcale.”Zdaniem publicysty to szczególnie groźne dla premiera, bo większość sejmowa opiera się dziś na bardzo kruchych fundamentach. Kilkunastu posłów może w kluczowych momentach decydować o losach ustaw, a nawet rządu.„Szesnastu posłów przy sprawnej grze może przełożyć się na potężne wpływy. Większość decyduje, czy rządzisz.”Karnowski zwraca też uwagę na motywację samego zaplecza Hołowni. Dla wielu posłów Polski 2050 obecna koalicja nie daje realnych korzyści ani perspektyw na przyszłość.„Oni wiedzą, że dziś są tylko masą upadłościową. Hołownia mówi im: nie bądźcie popiołem, zagrajmy twardo.”W tej logice oferta Hołowni może być dla nich atrakcyjna — nawet jeśli oznacza polityczne ryzyko.„Jeżeli wejdziemy w ich buty, ta propozycja naprawdę ma sens. Daje im podmiotowość.”Karnowski nie przesądza, czy dojdzie do rozpadu koalicji, ale podkreśla jedno: to pierwszy od dawna realny czynnik destabilizujący władzę Donalda Tuska, a nie tylko medialny szum./fa Najnowsze:Dobromir Sośnierz: Konfederacja przygotowuje szczegółowy program i twardą strategię migracyjną27 stycznia 2026, 11:17Policja dementuje oskarżenia prokuratury w sprawie przetrzymywania akt27 stycznia 2026, 10:34Bartosz Gondek: „To ostatni moment”. Instytut Jana Karskiego walczy o pamięć o sowieckiej okupacji27 stycznia 2026, 10:30Prosto z anteny:Olgierd Zbychorski o Trójmieście czyli Sztuka jest magią – 24.01.2026 r.27 stycznia 2026, 10:36Poranek Wnet: Paweł Kukiz, Artur Bartoszewicz – 27.01.202627 stycznia 2026, 06:41Paweł Opitek o noweli KPK: przekreślono znane od Oświecenia normy gwarancyjne26 stycznia 2026, 19:53
Zdaniem prof. Krzysztofa Szczuckiego kolejne działania rządu wobec instytucji państwowych – w tym interwencja policji w siedzibie Krajowej Rady Sądownictwa – wpisują się w szerszy mechanizm, który prowadzi do „oswajania bezprawia” i stopniowego osłabiania państwa. Poseł PiS przekonuje, że nie chodzi już wyłącznie o wizerunek na zewnątrz, ale o rzeczywiste obniżenie odporności Polski na presję i działania hybrydowe ze strony wrogich państw.W rozmowie Szczucki wraca do tezy, że w Polsce wprowadzany jest system „dwóch porządków”: formalnego prawa oraz „prawa” tworzonego doraźnie przez rządzących.To kolejna odsłona bezprawia w wydaniu tego rządu. Ludzie przyzwyczajają się do zła, stają się mniej wrażliwi. Najpierw przejęto nielegalnie media, później prokuraturę, wiele rzeczy złych się działo i dziś to, co stało się w KRS, już w pewnym sensie nie zaskakuje— mówi prof. Krzysztof Szczucki.
W czwartek ogłoszono nominacje do Oscarów, które natychmiast rozpaliły filmowe dyskusje. Najwięcej wskazań – rekord w historii – zdobyli Grzesznicy, a wśród faworytów znalazł się też nowy film Paula Thomasa Andersona Jedna bitwa po drugiej. Tegoroczna lista pokazuje, że Akademia postawiła na kino ambitne, mocno autorskie i wyraźnie zanurzone w sporach politycznych i społecznych.Rozmowa Łukasza Adamskiego z Konradem Mędrzeckim w „Odysei wyborczej” Radia Wnet szybko zeszła z prostego liczenia nominacji na szerszą refleksję o relacji kina i polityki. Adamski przypomniał, że – parafrazując Lenina – kino od zawsze było „najważniejszą ze sztuk”, bo najsilniej oddziałuje na masową wyobraźnię.W kontekście Oscarów warto jednak żenić te dwie namiętności ze sobą – kino i politykę– komentował gość Radia Wnet. Najwięcej emocji wzbudzają „Grzesznicy” Ryana Cooglera – quasihorror, który zebrał aż 16 nominacji, więcej niż kiedykolwiek wcześniej miały „Titanic” czy „La La Land”.To liczba zdumiewająca. Żaden horror w historii Hollywood nie dostał tylu nominacji– ocenił. Choć Adamski docenia wizualną stronę filmu i jego energię, podchodzi do tego rekordu z rezerwą.To dobre, rozrywkowe kino – mieszanka horroru, musicalu i filmu o problemach rasowych – ale nie do końca rozumiem, dlaczego aż 16 nominacji– mówi. Zdaniem krytyka prawdziwym artystycznym ciężarem tegorocznych Oscarów jest „Jedna bitwa po drugiej” Paula Thomasa Andersona z obsadą, w której znaleźli się Leonardo DiCaprio, Sean Penn i Benicio Del Toro.Uważam, że ten film bardziej zasługuje na Oscara dla najlepszego filmu niż Grzesznicy– ocenił. Adamski przewiduje też, że Anderson – twórca „Magnolii”, „Mistrza” czy „Boogie Nights” – wreszcie doczeka się statuetki za reżyserię.Najbliższy sercu Adamskiego jest jednak Wielki Marty Josha Safdiego – kino sportowe w stylu lat 50., w filmie tym główną rolę zagrał Timothée Chalamet.W kategorii aktorskiej krytyk widzi też „czarnego konia”.Może nim być Ethan Hawke za Blue Moon – kameralny film Richarda Linklatera, który u nas prawie nie zaistniał– wskazał. Wśród aktorek Adamski wskazuje na niemal pewną zwyciężczynię. Jak mówi, to „Jesse Buckley za roe w filmie Hamnet. Duże wrażenie robi na nim także norweski dramat Wartość sentymentalna Joachima Triera, który zdobył dziewięć nominacji. W ocenie komentatora „Stellan Skarsgård ma ogromne szanse na statuetkę za rolę drugoplanową”.Choć w tym roku zabrakło nominacji dla polskiego filmu nieanglojęzycznego, Adamski odnotowuje obecność Polaków w innych kategoriach.Jest nominacja za kostiumy dla Małgorzaty Turzańskiej przy Hamnecie i polski współreżyser animacji krótkometrażowej– mówi. /fa
Parlament Europejski skierował umowę handlową UE z krajami Mercosur do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Zdaniem europosła Prawa i Sprawiedliwości Bogdana Rzońcy to poważna porażka Ursuli von der Leyen i sygnał sprzeciwu wobec działań Komisji Europejskiej.Parlament upomina się o swoje prawaChodzi o umowę handlową między Unią Europejską a krajami Ameryki Południowej: Brazylią, Argentyną, Paragwajem i Urugwajem. Dokument został podpisany przez przewodniczącą Komisji Europejskiej, ale – jak podkreślają krytycy – bez pełnej zgody Parlamentu Europejskiego.Komisja Europejska zachowuje się tak, jakby miała monopol na decyzje, tymczasem Parlament upomniał się o swoje prawa– mówi Bogdan RzońcaSkierowanie sprawy do Trybunału oznacza, że TSUE ma zbadać, czy Ursula von der Leyen w ogóle miała prawo podpisać umowę w takiej formule.Wczoraj Parlament pokazał pani von der Leyen czerwoną kartkę. Wygraliśmy to głosowanie i Trybunał zajmie się teraz tą umową– podkreśla europoseł.
Były minister obrony narodowej Jan Parys przekonuje, że niezależnie od moralnej oceny działań Rosji, Zachód nie ma dziś realnej alternatywy dla rozmów i negocjacji. Jego zdaniem świat wchodzi w nowy układ sił, w którym ignorowanie Moskwy jest polityczną iluzją.Rosja jako stały element światowego porządkuParys podkreśla, że obecność Rosji w międzynarodowych strukturach nie jest czymś nowym ani wyjątkowym. Moskwa od dekad uczestniczy w najważniejszych forach decyzyjnych, w tym w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, gdzie dysponuje prawem weta.Rosja jest uczestnikiem bardzo wielu organizacji międzynarodowych, nie tylko ONZ-u, ale kilkudziesięciu innych. My nie możemy udawać, że jej nie ma— mówi Jan Parys.Zdaniem byłego ministra problem polega na tym, że Zachód często oczekuje od Rosji zachowań zgodnych z własnymi standardami, nie dysponując jednocześnie żadnymi realnymi narzędziami przymusu.Brak realnej alternatywy dla dialoguParys zwraca uwagę, że Rosja jako państwo posiadające broń atomową nie może zostać zmuszona do zmiany polityki siłą. W tej sytuacji – jak mówi – wszelkie strategie oparte na izolacji czy moralnym potępieniu są skazane na nieskuteczność.Albo ktoś chce Rosji narzucić swoje rozwiązania siłą, co nie jest możliwe, albo trzeba z Rosją próbować się dogadywać i układać na pewnych warunkach— podkreśla.
O co chodzi w sprawie Piotra P.Sprawa Piotra P. dotyczy zabójstwa kobiety w Monachium sprzed ponad dwóch dekad. Polak został wówczas skazany przez niemiecki sąd na dożywotnie pozbawienie wolności i dziś odbywa karę w zakładzie karnym w Rzeszowie. Problem w tym, że kilka lat po wyroku zatrzymano mężczyznę, który do zbrodni się przyznał, odsiedział karę i jest dziś wolnym człowiekiem.Jak tłumaczy na antenie Radia Wnet prokurator Piotr Kosmaty, aby zrozumieć tę sprawę, trzeba jasno oddzielić plan przestępstwa od tego, co faktycznie się wydarzyło.Pan Piotr P. rzeczywiście został skazany wiele lat temu przez sąd w Monachium i został skazany dokładnie za zabójstwo. Został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności– mówi.Według ustaleń polskiej prokuratury dwaj mężczyźni planowali kradzież cennych przedmiotów z mieszkania kobiety. Do lokalu miał wejść tylko jeden z nich.Plan był taki, że miał wejść ten właśnie rzeczywisty sprawca, a nie pan Piotr P.Piotr P. – jak podkreśla prokurator – nie wszedł do mieszkania, nie brał udziału w zabójstwie i nie wiedział, że do niego doszło.Piotr P. nigdy w tym mieszkaniu nie był. Nigdy do niego nie wszedł. Tylko stał na tak zwanych czatach– dodaje.O tym, że kobieta została zamordowana, dowiedział się – jak relacjonuje Kosmaty – dopiero z mediów, już po fakcie.Kluczowy moment nastąpił po latach, gdy w Polsce zatrzymano rzeczywistego zabójcę. Od samego początku brał on odpowiedzialność wyłącznie na siebie.On konsekwentnie, jednoznacznie twierdził: to ja ją zamordowałem, Piotr P. nie wiedział o tym, co zrobiłem– opisuje.Co więcej, według prokuratora to właśnie współpraca Piotra P. z policją doprowadziła do zatrzymania sprawcy.Paradoks polega na tym, że sprawca – jako młodociany – odsiedział znacznie krótszą karę, a Piotr P. nadal pozostaje w więzieniu.Niemcy zostali poinformowani. „Zostało to zignorowane”Już w 2013 roku polska prokuratura poinformowała stronę niemiecką, że istnieją poważne wątpliwości co do winy Piotra P. i zasugerowała wznowienie postępowania. Odpowiedź – jak mówi Kosmaty – była co najmniej niepokojąca.Nawet jeżeli Piotr P. nie zamordował, to był złym człowiekiem i kara dożywotniego więzienia mu się należy– opisuje reakcję.Prokurator nie ukrywa swojej oceny postawy niemieckiego wymiaru sprawiedliwości. Jak ocenia, „albo jest to ignorancja, albo zła wola, albo chęć ukrycia własnych błędów”.Zdaniem prokuratora sytuacja Piotra P. jest dramatem nie tylko prawnym, ale też ludzkim. Ocenia, że najlepsze lata życia zostały mu nieodwracalnie skradzione.Choć formalnie istnieją drogi prawne – od działań w Niemczech, przez instytucje międzynarodowe, po akt łaski – sprawa pozostaje uwięziona między dwoma systemami prawnymi.De facto mamy w obrocie prawnym dwa wyroki sprzeczne– komentuje prokurator./fa
Profesor Hieronim Grala, wybitny historyk, badacz dziejów Rusi, były polski dyplomata w Moskwie oraz Petersburgu przekonuje, że śmierć Putina wcale nie musiałaby automatycznie skutkować końcem wojny na Ukrainie. To nie jest bowiem wojna jednego człowieka. Zdaniem profesora Grali każdy dorosły Rosjanin ma swój udział w tym konflikcie – jeśli nie wprost, to poprzez grzech zaniechania. Nasz gość nie pokłada również dużych nadziei w toczących się negocjacjach pokojowych. Putinowi bowiem zawieszenie broni zdecydowanie nie jest na rękę. Powrót z frontu do domów setek tysięcy rosyjskich żołnierzy wiązałby się dla reżimu rządzącego w Moskwie z ogromnym ryzykiem. Po pierwsze to skokowy wzrost i tak już rozpasanej przestępczości. Po drugie społeczeństwo zaczęłoby wreszcie otwarcie zadawać pytanie: „Gdzie jest to obiecane zwycięstwo?”. Jeśli zatem nie negocjacje pokojowe, to gdzie upatrywać szans na zakończenie tego konfliktu? Profesor Grala wskazuje, że władza na Kremlu może się zawalić pod ciężarem problemów ekonomicznych i społecznych, co nie raz było udziałem Rosji carskiej, a także doprowadziło do upadku Związku Radzieckiego. Ewentualna klęska Putina może stworzyć okoliczności do zakończenia wojny na, ale nie będzie równoznaczna z upadkiem Rosji. Dlatego los Ukrainy jest wysoce niepewny.
Gościem Popołudnia Wnet był Wojciech Reszczyński, który w rozmowie nawiązał zarówno do bieżącej polityki, jak i do myśli Feliksa Konecznego. Reszczyński odrzuca prosty podział geopolityczny, który – jego zdaniem – od lat narzucany jest Polakom.Polska oczywiście leży między Wschodem a Zachodem – takie jest nasze położenie geopolityczne. Ale my, Polacy, nie możemy być ani Wschodem, ani Zachodem. Musimy dbać przede wszystkim o własne interesy – podkreślał.Publicysta bardzo krytycznie ocenił kierunek, w jakim zmierza Unia Europejska, wskazując na postępującą centralizację i deficyt demokracji.Unia Europejska jest dziś organizacją niedemokratyczną, autokratyczną, narzucającą swoje rozwiązania. Celem jest opanowanie państw Europy Środkowej i stworzenie jednego centralistycznego państwa– mówił Reszczyński.W jego ocenie ideowym patronem tych zmian nie są już klasyczni myśliciele marksistowscy, lecz Spinelli, którego koncepcje – jak zaznaczył – realizowane są dziś w praktyce: jeden rząd, jedna armia i jedna polityka zagraniczna.Rozmowa dotknęła także dylematów polskiej prawicy: reformować Unię czy ją opuścić. Reszczyński uznał ten spór za źle postawiony.Stworzono fałszywą alternatywę: albo Wschód, albo Zachód. Polska zawsze była w Europie – w jej centrum. Chodzi o to, żebyśmy w tej Europie zachowali niepodległość– podkreślał.Zdaniem publicysty największym wyzwaniem na dziś jest obrona suwerenności – zwłaszcza w sytuacji, gdy suwerenność gospodarcza została już w dużej mierze utracona.Musimy walczyć o zachowanie niepodległości. Nie możemy liczyć ani na pomoc ze Wschodu, ani na współczucie z Zachodu– podsumował./fa
Decyzja Parlamentu Europejskiego o skierowaniu umowy handlowej UE–Mercosur do Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zaskoczyła wielu obserwatorów brukselskiej sceny politycznej. Jak podkreśla w rozmowie z Radiem Wnet politolog prof. Tomasz Grosse, choć układ sił w Parlamencie był od miesięcy bardzo wyrównany, zwolennicy porozumienia do końca liczyli na jego przepchnięcie.Do ostatniej chwili, szczególnie zwolennicy tego projektu, liczyli na to, że parlament nie będzie – mówiąc krótko – sypał piachem w szprychy. A okazało się, że jednak ugiął się pod protestami rolniczymi, które przetoczyły się przez Brukselę i całą Unię Europejską– tłumaczy prof. Grosse.Skierowanie umowy do TSUE w praktyce oznacza zawieszenie procesu ratyfikacyjnego w Parlamencie Europejskim. Zdaniem politologa to najbardziej prawdopodobny scenariusz na najbliższe miesiące, choć – jak zaznacza – sprawa wciąż pozostaje otwarta.Mieliśmy deklarację, że jeżeli uda się sformułować wniosek do Trybunału, parlament wstrzyma ratyfikację do czasu wyroku. Ale napięcie jest ogromne, a presja polityczna bardzo silna– mówi gość Popołudnia Wnet.Presja ta płynie przede wszystkim z Berlina i z Komisji Europejskiej. Niemcy, jak wskazuje Grosse, są szczególnie zainteresowane jak najszybszym wejściem umowy w życie, bo traktują ją jako kluczowy instrument otwierania nowych rynków zbytu dla swojego eksportu.Symbolicznym potwierdzeniem tej presji była publiczna reakcja kanclerza Friedrich Merz, który skrytykował decyzję Europarlamentu i wezwał do tymczasowego wdrożenia umowy, mimo trwających sporów prawnych.To jest wynik brutalnego przetargu politycznego. Niemcy dążą do tego, żeby ta umowa w praktyce zaczęła obowiązywać jak najszybciej– ocenia prof. Grosse.Jak dodaje, w teorii możliwe byłoby wdrożenie umowy bez zgody Parlamentu Europejskiego, ale taki scenariusz byłby sprzeczny z prawem unijnym i oznaczałby poważny kryzys instytucjonalny.Zdaniem politologa reakcja eurodeputowanych nie jest przypadkowa. Parlament Europejski staje się coraz bardziej eurosceptyczny, przynajmniej w sprawach handlowych i rolnych.Środowiska powiązane z rolnikami i produkcją żywności od wielu miesięcy głośno protestują. Część europosłów, która nie ma odwagi głosować wprost przeciwko umowie, uznała, że zapytanie Trybunału to wygodna gra na czas– tłumaczy.Jak przypomina, niedawne masowe protesty rolników przed siedzibą Parlamentu w Strasburgu wywarły realną presję polityczną. Większość, która przesądziła o skierowaniu sprawy do TSUE, była bardzo niewielka – i równie krucha może się okazać przy ewentualnym głosowaniu nad ratyfikacją.W ocenie prof. Grosse'a spór o Mercosur odsłania głębszy problem Unii Europejskiej: konflikt między interesami wielkich eksporterów a bezpieczeństwem żywnościowym kontynentu.Po jednej stronie mamy interesy ekonomiczne – otwieranie rynków zbytu dla Niemiec. Po drugiej bezpieczeństwo żywnościowe, czyli pytanie, czy Europa będzie w stanie wyżywić Europejczyków– podkreśla.Jak dodaje, połączenie konkurencji spoza UE z restrykcyjną polityką klimatyczną może w dłuższej perspektywie doprowadzić do osłabienia europejskiej produkcji rolnej.Jeżeli doszłoby do eskalacji konfliktu w Europie, moglibyśmy mieć ogromne trudności z samowystarczalnością w tym kluczowym obszarze– ostrzega politolog./fa
21 stycznia w Brukseli rusza proces Pfizer kontra Polska dotyczący odmowy odbioru i zapłaty za szczepionki przeciw COVID-19. Zdaniem publicysty i filmowca Macieja Pawlickiego to nie tylko spór finansowy, ale test relacji państwa z UE, koncernami farmaceutycznymi i własnymi obywatelami.Tajna umowa i rola Unii EuropejskiejSprawa dotyczy kontraktu negocjowanego przez Komisję Europejską, bez pełnej transparentności. Polska – według krytyków – została pozbawiona realnego wpływu na jego warunki, w tym zapisy o płatnościach za nieodebrane dawki.Jeśli Polska poprowadzi ten proces mądrze i odważnie, z gotowością ujawnienia prawdy, może go wygrać. Wydano dziesiątki miliardów euro w nietransparentny sposób, a państwa członkowskie miały tylko wykonać umowęprzekonuje Maciej Pawlicki w rozmowie z Magdaleną Uchaniuk.
Silne mrozy w Polsce, śnieg i temperatury sięgające kilkunastu stopni poniżej zera stały się jednym z najbardziej zaskakujących zjawisk tej zimy. Jak wyjaśnia Piotr Głowacki, profesor Instytut Geofizyki Polskiej Akademii Nauk, to nie zaprzeczenie globalnego ocieplenia, lecz jego pośredni skutek.„Przyzwyczailiśmy się do ciepłych zim i informacji o ociepleniu klimatycznym, dlatego tej zimy się nie spodziewaliśmy. Natomiast ci, którzy pracują na północy, już wcześniej prognozowali, że taka zima może się zdarzyć”.Kluczową rolę odgrywa tu wir polarny – ogromny układ niskiego ciśnienia, który zimą tworzy się nad Arktyką i zwykle chroni Europę przed napływem ekstremalnie zimnego powietrza.„Nad biegunem, gdzie panuje noc polarna i temperatury sięgają minus 50 stopni, powietrze krąży i wiruje. Gdy wir polarny jest silny i równomierny, skutecznie osłania Europę przed spływem arktycznego zimna”.Grenlandia, Arktyka i pęknięty „krążek”Tegoroczna sytuacja okazała się jednak wyjątkowa. Wir polarny osłabł i rozdzielił się na dwa centra – jedno nad Syberią, drugie między Kanadą a Grenlandią.„Ten krążek, który nas chronił, zniekształcił się. Ciepłe powietrze popłynęło w stronę zachodniej i wschodniej Grenlandii, a my znaleźliśmy się na drodze spływu zimnych mas powietrza z bieguna”.Bezpośrednią przyczyną było nierównomierne zamarzanie Oceanu Arktycznego. Choć lodu było mało, jego rozkład okazał się kluczowy.„Do dziś Spitsbergen można opłynąć łódką dookoła, bo nie ma lodu. Tymczasem lód zaczął narastać w kierunku Kanady i Syberii. To wystarczyło, by wir polarny się osłabił”.Paradoks: ciepło na północy, mróz w PolsceEfekty tej anomalii są szczególnie widoczne na północy Europy.„W naszej stacji polarnej na Spitsbergenie ostatnio było na plusie. Jest cieplej trzy tysiące kilometrów na północ od Polski niż u nas”.Jak podkreśla profesor, to właśnie takie odwrócenia – ciepła Arktyka i zimna Europa – są jednym z charakterystycznych objawów obecnych zmian klimatycznych.Czy to obala globalne ocieplenie?Zdaniem naukowca – wręcz przeciwnie.„Ocieplenie globalne jest faktem. Co dekadę Arktyka traci pokrywę lodową o powierzchni wielkości Polski. Gdy lodu jest mniej i zanika on nierównomiernie, rośnie liczba anomalii pogodowych”.Takie zimy nie będą normą, ale będą się zdarzać – jako incydenty wynikające z coraz bardziej rozchwianego systemu klimatycznego.Lądolód Grenlandii bez katastroficznych wizjiW rozmowie pojawił się także temat lądolodu Grenlandii i obaw przed gwałtownym wzrostem poziomu mórz.„Grenlandia jest obszarem górzystym. Lądolód traci masę głównie przez cielenie lodowców, a nie przez szybkie topnienie całej pokrywy”.Profesor uspokaja, że wizje nagłego, kilkumetrowego wzrostu poziomu oceanów są przesadzone.„To są zmiany liczone w milimetrach na dziesięciolecie, a nie w metrach. My ani nasze dzieci nie dożyją zniknięcia lądolodu Grenlandii”.Co dalej z zimą?Prognozy wskazują na dalsze wahania temperatur.„Do końca lutego spodziewajmy się fal ocieplenia i ponownych spływów zimna. Ale słońce jest coraz wyżej, więc kolejne epizody mrozu będą mniej uciążliwe”.Jak pokazuje ta zima, Arktyka, Grenlandia i wir polarny pozostają kluczowymi elementami układanki, od której zależy pogoda w Polsce – nawet jeśli dzieje się to kilka tysięcy kilometrów od naszych granic.
Spór wokół Grenlandii oraz gwałtownie rosnące znaczenie cen energii coraz wyraźniej splatają się w jedną opowieść o nowym etapie globalnej rywalizacji. W rozmowie na antenie Radia Wnet Andrzej Krajewski, dziennikarz, publicysta i historyk, przekonywał, że działania Donalda Trumpa mają charakter brutalnej presji, a europejska odpowiedź jedynie zachęca do dalszego nacisku.Zdaniem Krajewskiego amerykański prezydent doszedł do momentu, w którym próbuje wymusić ustępstwa metodą szantażu, ale jego pole manewru jest ograniczone przez sytuację wewnętrzną w USA.Trump gra bardzo ostro. On chce po prostu szantażem wymusić Grenlandię. Ale zajęcie jej siłą cieszy się olbrzymią niepopularnością w Stanach Zjednoczonych – nawet wśród republikanów– podkreśla. I dodaje, że „nie ma przyzwolenia ani opinii publicznej, ani dużej części Kongresu. A jesienią są wybory i Republikanie mogą stracić większość”.Krajewski zwraca uwagę, że Grenlandia może stać się jednym z tematów, które obrócą się przeciwko Trumpowi w kampanii śródokresowej, jeśli presja na Danię i Unię Europejską będzie eskalowana.Trump straszy, naciska, sięga po cła, żeby wymusić dobrowolne oddanie wyspy. Ale czy to nastąpi? To nie jest takie oczywiste– ocenia.Jednocześnie rozmówca Radia Wnet bardzo krytycznie ocenia europejską demonstrację „siły” w odpowiedzi na amerykańskie naciski.Jeżeli wysyła się trzydziestu kilku żołnierzy i oficerów na poziomie bardzo słabej kompanii, to sygnał jest jeden: bronimy się, ale niezbyt dzielnie i jesteśmy otwarci na rozmowę– mówi. I wskazuje, że „to jest sygnał, który mówi: warto docisnąć, bo wtedy pękną”. Przekonuje, że taki komunikat odbierają nie tylko Stany Zjednoczone, ale też Pekin i Moskwa.Drugim kluczowym wątkiem rozmowy była polityka energetyczna, która – zdaniem Krajewskiego – może przesądzić o wyniku wyborów w USA. Choć ceny paliw nie są dziś głównym problemem, to gwałtownie drożejąca energia elektryczna zaczyna uderzać w amerykańskie gospodarstwa domowe.Od czterech lat prąd w Stanach Zjednoczonych drożeje. Zdrożał już o ponad trzydzieści kilka procent i to jest dla Amerykanów szok, bo przez dwadzieścia lat płacili mniej więcej te same rachunki– wyjaśnia. Podkreśla, że „to jest koszt, na który nie byli przygotowani, a Amerykanie głosują portfelem”. Źródłem problemu jest rosnące zapotrzebowanie na energię związane z reindustrializacją oraz rozwojem centrów danych i sztucznej inteligencji – zjawisko, którego Europa od lat już nie doświadcza.Wraz ze wzrostem PKB w Stanach rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną. W Europie tego nie ma od kilkunastu lat. W Niemczech zapotrzebowanie spadło o ponad 20 procent– wskazuje Krajewski.W tym kontekście publicysta ostro krytykuje unijną transformację energetyczną, opartą – jego zdaniem – na wskaźnikach emisji, a nie na efektywności systemu.W Europie głównym wyznacznikiem był wskaźnik emisji CO₂. On jest dobry dla biurokracji, ale nie oznacza ani efektywności, ani taniości systemu energetycznego– mówi.Trump, jak zauważa Krajewski, obrał kierunek dokładnie odwrotny niż Unia Europejska.On uciął subsydia do OZE, prowadzi otwartą wojnę z wiatrakami i chce przekierować fundusze na paliwa kopalne i energetykę jądrową. Efekty tej polityki będą widoczne za kilka lat, ale czasu do wyborów jest bardzo mało– dodaje.Zdaniem rozmówcy Radia Wnet, Europa znalazła się dziś w strategicznym rozkroku.Jeżeli przez kolejne pięć lat energia będzie dużo tańsza w USA i w Chinach, a Europa będzie tracić konkurencyjność, to tego się nie da przetrwać. Granica zostanie osiągnięta albo poprzez kontrolowaną modyfikację, albo poprzez niekontrolowany kryzys. A lepsza jest modyfikacja niż kryzys– podsumowuje.– podsumowuje./fa
W amerykańskich mediach narasta dyskusja wokół Grenlandii, która – jak wskazują komentatorzy – stała się jednym z kluczowych punktów globalnej strategii Stanów Zjednoczonych. Tomasz Grzywaczewski, korespondent Radia Wnet w USA, podkreśla, że odbiór działań Donalda Trumpa jest w Stanach Zjednoczonych skrajnie spolaryzowany.To oczywiście zależy od tego, jakie media będziemy czytać lub oglądać. Duża część mediów nieprzychylnych obecnemu prezydentowi wskazuje, że te działania Donalda Trumpa dotyczące Grenlandii w katastrofalny sposób niszczą pozycję Stanów Zjednoczonych globalną, niszczą wizerunek USA w oczach sojuszników i prowadzą do osłabiania Paktu Północnoatlantyckiego– mówi Grzywaczewski.https://wnet.fm/2026/01/16/doomsday-nad-arktyka-ekspert-osw-grenlandia-wchodzi-do-gry-o-globalne-bezpieczenstwo/Z drugiej strony, media przychylne administracji Trumpa argumentują, że Grenlandia ma znaczenie fundamentalne dla bezpieczeństwa i interesów strategicznych USA. Chodzi zarówno o szlaki morskie, jak i nową architekturę obronną, którą Waszyngton chce budować w Arktyce.Grenlandia jest absolutnie kluczowa do zabezpieczenia interesów strategicznych Stanów Zjednoczonych. Mówimy o drogach morskich, o wybudowaniu elementów tak zwanej Złotej Kopuły – nowego systemu antydostępowego i przeciwrakietowego– wyjaśnia dziennikarz. Jak dodaje, „Donald Trump wskazywał, że duża część ewentualnych pocisków wystrzelonych z Rosji w stronę USA przelatywałaby właśnie nad Grenlandią”.Wśród argumentów pojawiają się także kwestie gospodarcze i technologiczne: złoża metali ziem rzadkich, centra danych dla rozwoju sztucznej inteligencji oraz rola Grenlandii w rywalizacji z Chinami. Krytycy Trumpa podnoszą jednak, że wszystkie te interesy można zabezpieczyć poprzez umowy z Danią, bez zmiany statusu terytorium.Wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z typową dla Donalda Trumpa techniką maksymalnej presji negocjacyjnej – licytowania aż po absolutny próg bólu, a czasem nawet powyżej tego progu– ocenia Grzywaczewski.Jednym z kluczowych elementów tej gry jest reakcja Europy. Zdaniem korespondenta Radia Wnet, działania państw europejskich w oczach Amerykanów wypadają co najmniej niepoważnie.Mieliśmy szumne zapowiedzi wysyłania kontyngentów wojskowych na Grenlandię. Niemcy wysłały kilkunastu żołnierzy, którzy spędzili tam niecałe 48 godzin i wrócili do Niemiec rejsowym samolotem. To wygląda dosyć komicznie– mówi. I dodaje, że „to nie pokazuje siły Europy, tylko raczej zagranie kabaretowe”.W tle pojawia się także pytanie o realne scenariusze polityczne. Formalne przyjęcie Grenlandii jako stanu USA byłoby – jak podkreśla Grzywaczewski – niezwykle skomplikowane od strony prawnej i politycznej.Sama procedura przyjęcia nowego stanu do Unii jest niezwykle trudna. Wymagałaby zgody Kongresu i szeregu działań legislacyjnych. Być może wariantem pośrednim byłby model portorykański – terytorium stowarzyszone, ale nie formalnie będące częścią Stanów Zjednoczonych– wyjaśnia.Tymczasem zarówno Kopenhaga, jak i władze Grenlandii podkreślają, że nie zgadzają się na zmianę prawnomiędzynarodowego statusu wyspy. Jednocześnie powołano grupę negocjacyjną po wizycie ministrów spraw zagranicznych w Białym Domu. Komunikaty Waszyngtonu sugerują jednak, że rozmowy traktowane są jak negocjacje warunków „nabycia” Grenlandii.Tak jakby decyzja już zapadła, a teraz tylko dogrywamy szczegóły – czy to będzie 700 miliardów dolarów, czy bilion– zauważa Grzywaczewski. Cała strategia Trumpa – zdaniem dziennikarza – wpisuje się w historyczne wzorce amerykańskiej polityki siły./fa
Gwyneth Paltrow już nosi najmodniejsze jeansy 2026 roku. I nie są to wcale kontrowersyjne skinny jeans, ani wiralowe barrel pants. Zdaniem aktorki nadchodzące sezony będą należały do romantycznych balloon jeans.Autorka: Julia WłaszczukArtykuł przeczytasz pod linkiem: https://www.vogue.pl/a/gwyneth-paltrow-balloon-jeans-kurtka-bomberka-damska-2026
Niemiecka debata o Rosji, energetyce i relacjach z USA coraz wyraźniej przypomina – jak mówi Jan Bogatko – politykę strachu i doraźnych gestów, podporządkowaną kalendarzowi wyborczemu. Korespondent Radia Wnet zwraca uwagę, że w wypowiedziach niemieckich polityków wciąż powraca myślenie zakorzenione jeszcze w epoce pruskiej.Dla Prus Rosja była sąsiadem, więc nie dziwi to spojrzenie. Jest to nie tylko spojrzenie pruskie, ale także spojrzenie pełne strachu– podkreśla Bogatko.Zdaniem gospodarza Studia za Nysą rządzące dziś w Niemczech CDU i SPD doskonale wiedzą, że w nadchodzących wyborach mogą przegrać z AfD. Stąd próby przejęcia części jej elektoratu poprzez deklaracje o konieczności utrzymywania „dobrych relacji” z Rosją.Muszą odebrać AfD trochę głosów, więc mówią z bardzo poważną miną, jak to bardzo ważne jest, aby Niemcy utrzymywały doskonałe stosunki z Rosją. Bo przecież my chcemy handlować, handlować, handlować– ironizuje.Sprzeczności szczególnie mocno widać w niemieckiej polityce energetycznej. Kanclerz, mówiąc o konieczności budowy elektrowni gazowych, jednocześnie przyznaje, że transformacja energetyczna stała się najdroższą w Europie. Bogatko komentuje to bez ogródek:On jest za, a nawet przeciw. To jest doktryna doktora Wałęsy i on tą doktryną posługuje się na co dzień– komentował. Efekty tych decyzji odczuwalne są bezpośrednio przez obywateli. Przerwy w dostawach prądu, problemy z ogrzewaniem i realny strach przed zimą przestają być abstrakcją.Tydzień temu w Berlinie wysiadło centralne ogrzewanie, ludzie kłapali szczękami z zimna. U nas w Zgorzelcu też mieliśmy wyłączone ogrzewanie przy minus siedmiu stopniach– relacjonuje korespondent Radia Wnet.Na tym tle niemieckie reakcje na politykę Donald Trump mają – zdaniem Bogatki – charakter niemal obsesyjny. Pozytywne opinie o byłym prezydencie USA należą do rzadkości.Znalazłem pozytywny artykuł o Trumpie, w którym przedstawia się go jako osobę niespełna rozumu. To była jedyna pozytywna rzecz– mówi z przekąsem.Niepokój budzą także planowane regulacje dotyczące reklamy politycznej w internecie. Bogatko ostrzega, że pod hasłem ochrony demokracji i walki z dezinformacją może dojść do realnego ograniczania wolności słowa.Żyjemy w lewicowym państwie, w którym wolność słowa jest pisana z małej litery. Chodzi o to, żeby ograniczyć tych, którzy myślą inaczej– ocenia.Projekt nowych przepisów przeszedł już przez niemiecki rząd i trafi teraz do Bundestagu, a jego skutki – jak zaznacza Bogatko – mogą znacząco wpłynąć na kształt debaty publicznej w Niemczech./fa
Nowa piramida żywieniowa w USAAdministracja Stanów Zjednoczonych ogłosiła nowe zalecenia żywieniowe na lata 2025–2030, których integralną częścią jest zmieniona piramida żywieniowa. Dokument wyraźnie odchodzi od modelu opartego na produktach wysoko przetworzonych i nadmiarze węglowodanów, stawiając w centrum „prawdziwe jedzenie”: warzywa, owoce, białko i zdrowe tłuszcze.W nowej piramidzie węglowodany tracą dominującą pozycję – mają pełnić rolę uzupełniającą i pochodzić głównie z produktów pełnoziarnistych bogatych w błonnik. Zmiany wywołały szeroką debatę w środowiskach medycznych i dietetycznych, bo wpływają nie tylko na indywidualne wybory żywieniowe, ale także na programy żywienia w szkołach, wojsku i instytucjach publicznych.O sens i konsekwencje tej zmiany Krzysztof Skowroński pytał w Poranku Radia Wnet Mariannę Raczyk, badaczkę z Instytutu Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności PAN. Zdaniem dr Raczyk sama próba zmiany dotychczasowego modelu jest potrzebna i długo oczekiwana.Bardzo się cieszę, że ktoś wreszcie zaczął coś robić z obecną piramidą żywienia, bo ona na pewno wymaga aktualizacji i uwzględnienia najnowszych badań. To jest krok odważny– oceniła. Jednocześnie podkreśla, że nowa piramida powinna być oceniana wielowątkowo i z dystansem.Będziemy musieli poczekać na oficjalne stanowiska takich instytucji jak WHO czy EFSA, które wyznaczają globalne trendy i rekomendacje żywieniowe– stwierdziła. https://wnet.fm/2026/01/09/nowa-piramida-zywienia-priorytetem-bialko-zdrowe-tluszcze-i-warzywa/„Prawdziwe jedzenie” zamiast przemysłu spożywczegoJednym z głównych haseł nowej piramidy jest powrót do żywności nisko przetworzonej.To, że powinniśmy jeść prawdziwe jedzenie – real food – to coś, z czym nikt rozsądny nie będzie dyskutował. Dużo warzyw, unikanie prostych cukrów, słodyczy i nadmiaru soli – to są bardzo dobre kierunki– powiedziała. Ekspertka zwraca uwagę, że piramida ma dziś inną funkcję niż dawniej.Nie mamy już precyzyjnych zaleceń typu: ile dokładnie czego jeść. To może być trudne dla odbiorców, bo wcześniej piramida bardzo jasno wskazywała proporcje. Teraz przekaz jest bardziej ogólny– dodała. Najwięcej emocji wzbudza powrót tłuszczów zwierzęcych i pełnotłustego nabiału.Jajecznica na maśle z bekonem? Tak, to może być przykład śniadania w tym modelu– mówi dr Raczyk.Jak podkreśla, strach przed tłuszczami nasyconymi przez lata był wzmacniany przez część środowisk medycznych, ale dziś obraz jest bardziej złożony.Nie ma jednoznacznych dowodów, że tłuszcze zwierzęce w umiarkowanych ilościach są tak szkodliwe, jak przez lata twierdzono. Co więcej, nadmiar niektórych tłuszczów roślinnych również może sprzyjać stanom zapalnym– powiedziała. Kluczowe znaczenie ma jakość i stopień przetworzenia produktów.Jeżeli skupimy się na żywności pochodzenia zwierzęcego, ale nisko przetworzonej i w rozsądnych ilościach, to znajdziemy tam wiele korzystnych związków dla zdrowia– wskazała. Powrót do jadłospisu przodków?Nowa piramida – zdaniem badaczki – przypomina w pewnym sensie dietę sprzed epoki przemysłowej.To trochę powrót do naszych praprzodków. Ludzie od początku żywili się głównie mięsem i warzywami. W tym sensie ta piramida idzie w bardzo pierwotnym kierunku– oceniła. Zastrzega jednak, że nie oznacza to bezrefleksyjnego zwiększania spożycia mięsa.Moim zdaniem w diecie nadal powinno być więcej ryb niż czerwonego mięsa. To nie jest zachęta do jedzenia steków bez ograniczeń– dodała. Dr Raczyk podkreśla, że nauka rzadko daje szybkie i jednoznaczne odpowiedzi.Część naukowców będzie tę piramidę popierać, a część będzie z nią polemizować. Tak działa nauka – postęp oznacza także korekty wcześniejszych założeń– mówiła. Na koniec zaznacza, że żadna piramida nie zastąpi indywidualnego podejścia.To są rekomendacje. Każdy powinien dopasować je do swojego stylu życia, aktywności fizycznej i stanu zdrowia. Zmiana nawyków żywieniowych jest bardzo trudna i musi być rozsądna– podsumowała. /fa
Zdaniem prof. Andrzeja Zybały Nowa Lewica jest "formacją nieporadną w swoich działaniach i bezradną w profilowaniu się na scenie politycznej". - Kojarzy się tylko ze sprawami światopoglądowymi. Ludzie widzą bezczelność z ich strony, na przykład obsadzanie stanowisk ludźmi niekompetentnymi, złymi moralnie, jak Dariusz Wieczorek, który jako minister zaczął uprawiać jakieś interesy rodzinne - powiedział politolog. Dodał również, że przywództwo Czarzastego nad formacją "jest beznadziejne".
Gościem najnowszej Melliny jest Bovska. Jej najnowszy album „Jestem Wierszem” to opowieść o transformacji, kryzysach i odwadze bycia sobą. Zdaniem artystki "przez kryzysy najlepiej przejść tańcząc”. Jej szósty album to intymna opowieść o kryzysach, które okazują się nieuniknioną częścią rozwoju, i o odwadze, by żyć w zgodzie z własnymi pragnieniami. Artystka opowiada o trudnej drodze, którą przeszła. Dwa razy nie dostała się na wymarzone studia, spotkała ją fala hejtu w związku ze strojem podczas jednego z koncertów. Przyznała, że dała radę przeczytać 15 komentarzy z 5 tysięcy. Ma 40 lat i nie ukrywa ani tym bardziej nie wstydzi się swojego wieku. W rozmowie z Marcinem Mellerem opowiada też o staraniach o dziecko, in vitro, i komentarzach jakie ją spotkały.
[AUTOPROMOCJA] Pełnej wersji podcastu posłuchasz w aplikacji Onet Audio. W najnowszym odcinku „Raportu Międzynarodowego" Zbigniew Parafianowicz i Witold Jurasz analizują kluczowe wydarzenia na świecie i ich konsekwencje dla Polski. Od doktryny Trumpa i powrotu do stref wpływów, przez spór o reparacje wojenne z Niemcami, po debatę o przyszłości Polski w Unii Europejskiej. Nie zabrakło też mocnych komentarzy o roli ambasadorów, lobbingu w USA i ukraińskim pułku Azow. O tym m.in. usłyszycie dziś w programie: Doktryna Trumpa – powrót do stref wpływów Donald Trump jasno określił, że „półkula zachodnia to nasza strefa interesów". Zdaniem prowadzących to sygnał niepokojący dla państw takich jak Polska , bo uznanie stref wpływów przez USA oznacza przyzwolenie na podobne działania Rosji i Chin. W rozmowie pojawia się pytanie: co to oznacza dla Ukrainy, państw bałtyckich i całej Europy Środkowej? Reparacje wojenne i niemiecki ambasador Dyskusja o żądaniu 6 bilionów złotych od Niemiec kontra realne rozmowy o Pałacu Saskim. Prowadzący wskazują na moralny problem – wciąż żyją byli więźniowie obozów, którzy nie dostali odszkodowań. W tle nietaktowna reakcja ambasadora Niemiec i pytanie, czy warto eskalować spór. Unia Europejska, Polexit i retoryka prezydenta Analiza wystąpienia prezydenta z 11 listopada: deklaracja poparcia dla UE, ale jednocześnie mocne akcenty antyzachodnie. Dlaczego w przemówieniu zabrakło słowa „Rosja"? Prowadzący podkreślają, że obecność Polski w Unii jest kluczowa daje nam siłę negocjacyjną i realne korzyści finansowe. Pułk Azow – wojskowa marka czy zalążek partii? The Economist pisze o Azowie jako o „korporacji" z własną infrastrukturą PR, opieką socjalną i ambicjami politycznymi. Prowadzący ostrzegają: to może być problem w kontekście marszu Ukrainy do UE.