POPULARITY
Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ta sama oferta na ekranie Twojego smartfona może kosztować więcej niż u osoby siedzącej obok? Zapraszam serdecznie na III odcinek! Wojciech Gorzeń z Movens Capital.Polecam serdecznie lekturę "Strategii pricingowych" od MT Books.https://mtbiznes.pl/sprzedaz/strategie-pricingowe#Ksiazka
Podczas sejmowej komisji omawiano planowane przez rząd zmiany dotyczące finansowania żywienia pacjentów w szpitalach. Jak podkreślał dyrektor powiatowego szpitala w Garwolinie Krzysztof Żochowski, oznaczają one realne ograniczenie środków przeznaczonych na posiłki dla chorych.„Tematem komisji była dyskusja na temat proponowanych przez stronę rządową zmian w żywieniu pacjentów w polskich szpitalach. […] Dotychczasowa stawka żywieniowa wynosiła 25,62 zł. W tej chwili ona została zjechana do 21 zł. To jest 20 procent – to jest bardzo dużo.”Jak wyjaśniał, wcześniej środki na żywienie funkcjonowały jako odrębny element finansowania, związany m.in. z programem „Dobry posiłek”.„Każdy szpital na każde osobodzień hospitalizacji dostawał dodatkowe środki, które pozwalały dużo lepiej odżywiać naszych chorych. W tej chwili te środki zostały zabrane, żywienie pacjentów zostało włączone do ogólnego kontraktu, co powoduje, że szpitale będą otrzymywały znacząco mniej środków.”Zdaniem dyrektora uderzy to szczególnie w placówki powiatowe, które już teraz mierzą się z trudną sytuacją finansową.„Już w tej chwili szpitale w Polsce odczuwają istotne pogorszenie warunków finansowych, zwłaszcza dotyczy to szpitali powiatowych. Zabranie kolejnych pieniędzy, tym razem na żywienie, to kolejny strzał między oczy, który będzie miał wpływ na pogorszenie tego, co możemy dla naszych chorych zrobić.”
Biznes przed ideologią. Technokraci górą. Słuchaj PB Out Of The Box.Davos 2026 dawno się skończyło.Ale skutki rozmów, które tam prowadzono, dopiero zaczynają być odczuwalne.W tym odcinku Magdalena Ziętek-Wielomska – filozofka i prawniczka – mówi wprost, że:– pragmatycy przejęli kontrolę nad Davos 2026,– imperium Klausa Schwaba wali się w posadach,– Polska słabo odnajduje się w nowym geopolitycznym rozdaniuPB Out Of The Box nie powstał po to, by prowadzić grzeczne rozmowy w granicach akceptowalnych poglądów.To format dla tych, którzy wychodzą poza schemat –i poza ortodoksję.Mniej tematów bezpiecznych. Więcej takich, które uwierają. Mniej konsensusu. Więcej napięcia. Bo jeśli rozmowa nikogo nie drażni, to znaczy, że wciąż tkwimy w pudełku.
Tytułowa amnezja odnosi się co prawda w głównej mierze do milenialsów (bo to w tej kategorii wiekowej było największe poparcie dla bojówkarskiego happeningu na granicy polsko-niemieckiej), ale w praktyce dotyczy ona tej części społeczeństwa, która powinna pamiętać lata 90 i początek XXI wieku. Powinna, ale najwyraźniej nie pamięta. Nie pamięta tego, że gdyby ktoś chciał określić jednym słowem „najntisy”, to tym słowem byłaby „przemoc”. Przemoc była wszędzie. W domach, w szkołach i na ulicach. W każdym, nawet niewielkim mieście były miejsca, które lepiej było omijać.Wszyscy wiedzieli o tym, że gdzieś jest „niebezpiecznie”. Wszyscy, łącznie z policją, która niewiele z tym fantem robiła, a piesze patrole się w takich punktach zapalnych pojawiały bardzo rzadko. Gdyby mowa była o jakimś zachodnim kraju i gdyby mieszkańcy danej dzielnicy nie byli biali, to pewnie użyto by do jej opisu określenia strefa no-go.Chichotem historii (współczesnej, niemniej jednak historii) jest to, że najwięcej do powiedzenia na temat „agresywnych migrantów, którzy nam tu przyjadą i będą robić przemoc” ma skrajna prawica. Ta sama skrajna prawica, która w „najntisach” siała przemoc w praktycznie całej Polsce. Pozornie dzisiejszą skrajną prawicę i niegdysiejszą skrajną prawicę różni bardzo wiele. Wtedy skrajna prawica latała po ulicach we flyersach (przyozdabianych swastykami i celtykami) i dokonywała morderstw motywowanych ideologicznie (czym chwaliła w skinowskich zinach), biła przypadkowych przechodniów, demolowała żydowskie cmentarze, podpalała drzwi/etc./etc. Dzisiaj skrajna prawica chodzi w garniturach i nawet potrafi się w miarę poprawnie wysłowić w swoim ojczystym języku, ale to są nadal te same środowiska. Co prawda dzisiaj już nie skaczą nam po głowach, ale tylko dlatego, że w pewnym momencie okazało się, że można mieć z tego tytułu problemy natury prawnej. Och, część tej prawicy nadal lubi chodzić w luźnej sportowej odzieży i od czasu do czasu spotkać się na ustawkach, ale jej twarzą są jednak ludzie powbijani w garniaki.Mniej więcej w tym czasie, w którym skinheadzi zaczęli przymierzać garnitury (aż dziw bierze, że nie zdecydowali się na Hugo Boss) zaczęli również używać nowych technologii i w ten sposób narodził się Redwatch Polska, czyli strona, na której doxowano nielubianych przez skrajną prawicę ludzi i wzywano do pobić i zabójstw.Co prawda dziś skrajna prawica jest, w porównaniu do lat 90 ubiegłego wieku, w miarę spokojna i grzeczna, to jednak są to tylko pozory. Co jakiś czas skrajne środowiska sprawdzają na ile sobie mogą pozwolić. To dlatego w trakcie pierwszego Marszu Równości w Białymstoku niemalże doszło do pogromu. To dlatego Krzysztof Bosak stwierdził, że” „Formacjom obywatelskim trzeba zacząć nadawać pewne uprawnienia”. Rzecz jasna chodziło o prawicowe bojówki, nielegalnie zatrzymujące auta na granicy polsko niemieckiej. Skrajna prawica siedzi w swoim garniturku, uśmiecha się do nas i opowiada o Wielkim Lewackim Zagrożeniu, o ANTIFIE i o wielu, wielu innych, niemalże cywilizacyjnych zagrożeniach. Robi to po to, żeby nikt nie mówił o jej własnych dokonaniach. Skrajna prawica tłumaczy nam, że może i czasem przemoc jest konieczna, ale cóż zrobić takie czasy. Skrajna prawica się przyczaiła i czeka. Czeka na moment, w którym nie będzie się musiała obawiać konsekwencji swoich działań. Biorąc pod rozwagę to, że Bosakowi według rankinguzaufania ufa ponad 37% Polaków, a jedna trzecia naszych rodaków popierała działania Bąkiewicza na granicy, skrajna prawica nie będzie musiała długo czekać na „swój moment”. Największym absurdem jest to, że nikt nam skrajnie prawicowej przemocy nie narzuci – sami sobie ją wybierzemy. Jak się pewnie domyślacie, w tym ponad dwugodzinnym odcinku jest bardzo mało optymistycznych akcentów, ale cóż zrobić, taki mamy klimat. Zachęcamy do wspierania nas na Patronite: https://patronite.pl/Podkast_Dezinformacyjny
Od 1 stycznia 2026 r. szpitale funkcjonują już bez dodatkowych środków, które przez dwa lata zasilały pilotaż „Dobry posiłek w szpitalach”. Program miał być cywilizacyjnym przełomem w żywieniu pacjentów, ale jego zakończenie zbiegło się z wprowadzeniem nowych formalnych standardów – przy jednoczesnym obniżeniu stawki.W czasie pilotażu dzienna kwota na żywienie pacjenta wynosiła 25,62 zł. Po jego zakończeniu ustalono ją na 21 zł, a w przypadku kobiet w ciąży – 23,50 zł. Dyrektorzy placówek podkreślają, że oznacza to realny spadek finansowania, a dodatkowo pieniądze na posiłki przestały być wydzielone osobnym strumieniem i mogą konkurować z innymi pilnymi wydatkami szpitali.„To był przełom. Teraz cofamy się o krok”Krzysztof Żochowski przypomina, że żywienie pacjentów przez lata było jednym z najbardziej krytykowanych elementów polskiego szpitalnictwa – często symbolizowanym przez zdjęcia i memy z „głodowymi” posiłkami.Przez wiele lat karmienie pacjentów było przedmiotem drwin i pożałowania. Program „Dobry Posiłek” był w tym sensie elementem przełomowym– mówi dyrektor Szpitala Powiatowego w Garwolinie.Jak podkreśla, kluczowe były nie tylko wyższe stawki, ale także to, że pieniądze były sztywno przypisane wyłącznie do żywienia i nie mogły być przeznaczone na inne cele.25 zł 62 grosze to był znaczący wzrost. Co równie istotne – były to środki dedykowane tylko żywieniu pacjentów, a nie pieniądze, które można było przesunąć na inne potrzeby– wskazał.Obniżenie stawki do 21 zł Żochowski nazywa decyzją, której skutki łatwo zrozumieć, jeśli przełożyć ją na realia domowego budżetu.To jest około 20 procent mniej. Każdy, kto prowadzi gospodarstwo domowe i kupuje produkty spożywcze, wie, jak ogromna jest to różnica– podkreśla.W jego ocenie dyrektorzy szpitali nie mają dziś żadnej realnej możliwości, by tę lukę uzupełnić z innych źródeł.Nie mamy pod biurkiem maszynki do drukowania pieniędzy. Przy obcinaniu finansów, braku zapłaty za nadwykonania i obniżaniu wycen procedur nie ma skąd wziąć środków, by wyrównać tę różnicę– zaznacza.Żochowski ostrzega, że w praktyce najbardziej ucierpią pacjenci najsłabsi – osoby starsze, samotne, pozbawione wsparcia rodziny.Część pacjentów ktoś dokarmi – przyniesie coś w siatce. Ale w realiach szpitali powiatowych są osoby zapomniane, do których nikt nie przychodzi. One będą skazane na to, co uda się przygotować z bardzo skromnych budżetów– mówi.Szerszy kryzys systemuDyrektor szpitala wpisuje problem żywienia w szerszy obraz kryzysu finansowania ochrony zdrowia. Jako przykład wskazuje zamykanie oddziałów położniczych i sytuacje, które jeszcze niedawno wydawały się nie do pomyślenia.W jego ocenie niedoszacowanie świadczeń – zarówno w żywieniu, jak i w innych obszarach – prowadzi do realnego obniżenia bezpieczeństwa pacjentów i pogłębia systemowe problemy.Jeżeli wszystkie porodówki są niedochodowe, to nie znaczy, że wszyscy dyrektorzy są niekompetentni. To znaczy, że system wyceny nie działa– podkreśla.Żochowski nie ma wątpliwości, że żywienie pacjentów nie jest dodatkiem, lecz elementem procesu leczenia.Nie rozumiem, co złego zrobili polscy pacjenci, że oszczędności zaczyna się właśnie na nich. To jest decyzja haniebna i bardzo niebezpieczna– mówi.W jego ocenie bez korekty finansowania istnieje realne ryzyko, że szpitale wrócą do praktyk sprzed pilotażu – a poprawa jakości posiłków okaże się tylko krótkim epizodem, a nie trwałą zmianą./fa
Wraz z nowym rokiem, podcast Rozmowy Na Fundamencie przeszedł pewną zmianę.Mniej będę się koncentrował na bieżących wydarzeniach.Bardziej natomiast na problemach jakimi dotknięte są budynki, oraz na sposobach radzenia sobie z owymi problemami.Pierwszy odcuinek z tego cyklu nosi tytuł "Anatomia Podciągania Kapilarnego". Czyli czy jest coś niezwykłego w zwykłej plamie wilgoci, która ukazała się pod sufitem.Zapraszam do wysłuchania! Jeśli chciałbyś się ze mną skontaktować, pisz na adres: pkielar.poczta@gmail.comJeśli chciałbyś wesprzeć mój kanał - cegiełkę z dopiskiem "darowizna" możesz wpłacić na poniższy numer konta: PKO BP: 53 1020 4900 0000 8902 3794 7437
Finanse Bardzo Osobiste: oszczędzanie | inwestowanie | pieniądze | dobre życie
Po II wojnie światowej w Bałtyku zatopiono ponad milion ton amunicji, w tym broni chemicznej. Czy wraz z postępującą korozją te ładunki stają coraz niebezpieczniejsze i czy Bałtyk uda się z nich oczyścić skoro do tej pory tego nie zrobiono?
Czy godzina poświęcona rodzinie waży mniej niż osiem godzin w pracy? Dlaczego dobrze jest zwiększać jakość swojej pracy i uważność. Nawet jeśli nikt nam tego nie ułatwia? Dziś rozmawiam z Piotrem Buckim.Piotr to psycholog biznesu, nauczyciel, specjalista od komunikacji, autor wielu książek – w tym najnowszej, o której rozmawiamy, czyli „Fokus. O nawyku skupienia, który da ci czas na to, co ważne”.Całą rozmowę znajdziesz na https://herohero.co/paulinagorska. Jeśli chcesz wesprzeć to, co robię – w tym produkcję kolejnych odcinków podcastu – zapraszam Cię serdecznie na HeroHero. Tu znajdziesz link do darmowego dostępu przez 7 dni!Poprzednie odcinki „Lepszego Klimatu” z Piotrem mają numery: #27 oraz #77.Z odcinka dowiesz się m.in.:czego nowego dowiedział się Piotr o pracy głębokiej od naszej ostatniej rozmowy;dlaczego lepiej „wybierać” niż „musieć”;czy na pewno musimy wiedzieć, o czym ludzie rozmawiają;jak produktywnie prokrastynujemy;planowanie i dyscyplina - co nam dają;czemu 100% zaangażowania to czasem tylko 20%.Podobają Ci się tematy, które poruszam w podcaście? Więcej znajdziesz tu:HeroHero: https://herohero.co/paulinagorskaInstagram: http://bit.ly/3Vene60YouTube: http://bit.ly/3iddUR7TikTok: http://bit.ly/3gDdaobRealizacja: Karolina Deling-Jóźwik - redakcjaStudio Podcastowe Syrena - produkcjaP & C Paulina Górska
Mniej warstw, więcej sensu. Olga Szemley pokazuje kompletny, a jednocześnie prosty system pielęgnacji: poranne oczyszczanie + tonizacja-esencja + skoncentrowane serum i krótki masaż (jeżyki), do tego nutrikosmetyki (kolagen, ceramidy) i sprawdzone składniki (HA 5%, retinoid HPR, PHA, niacynamid). Tłumaczy, czemu krem bywa „majonezem”, jak cukier psuje skórę poprzez glikację, oraz jak sen, oddech, mewing i trening siłowy realnie modelują twarz i skórę. Zero sekciarstwa, maksimum efektów — w rytmie codzienności.
Kim są Estończycy? Antoni Pusz o rewolucji śpiewającej i perspektywach kraju mniej ludnego niż Warszawa Estonia to kraj, którego populacja jest mniejsza niż liczba mieszkańców Warszawy. Jak w takiej skali funkcjonuje społeczeństwo? Jak Estończycy budują relacje i porozumiewają się na co dzień? Czym była rewolucja śpiewająca i dlaczego do dziś jest kluczem do zrozumienia estońskiej tożsamości? O co chodzi z miastem Narwa? O tym opowiada Antoni Pusz, dziennikarz podróżniczy, który odwiedził Estonię w ramach projektu Perspectives. Rozmowę prowadzi Kuba Sołtysik.
Każdy z nas chce, żeby ten rok był po prostu… lepszy.Mniej chaosu, więcej sensu, lepsze decyzje.Szukamy różnych sposobów – więc czemu nie zacząć od postu?Od zatrzymania się, wyciszenia i postawienia Boga na pierwszym miejscu.To nie jest odcinek o diecie.To rozmowa o tym, od czego zaczynasz swój rok i kto naprawdę prowadzi Twoje życie.Nie chodzi o to, czy wytrzymasz bez jedzenia.Chodzi o to, czy chcesz, żeby Bóg był numerem jeden.
Jedyny i niepowtarzalny - Sylwester w TOK FM. Szczęśliwego Nowego Roku 2026! Playlista 22:00 - 23:00 Lady Pank - "Mniej niż zero" Oberhofer - "In the Blink of an Eye (Time Passes By)" Stanislaw Soyka - "Dziwny Jest Ten Świat"
„Pijemy coraz mniej, ale coraz lepiej” – mówi prezes Grupy Ambra, Robert Ogór. Jego zdaniem spadająca konsumpcja alkoholu w Polsce to nie chwilowa korekta, lecz trwały trend. O tym, jak Ambra odnajduje się w tej nowej rzeczywistości, jak rozwija nowe kategorie produktowe – w tym ofertę win bezalkoholowych – oraz jak zmienia się gust polskich konsumentów, opowiada w najnowszym odcinku podcastu.
Temat ten wygrał instagramowy plebiscyt na rozprawkę z gatunku subiektywnych. Od dłuższego czasu chodzi mi po to głowie. Ale jak wiesz przeprowadzka na stałe, albo na choć pół roku w roku nie jest prosta. Mało tego, to brzmi wręcz jak nierealne marzenie. Dużo prostsze do spełnienia mając 28 lat, niż 39. Prawda? Jednak skąd w ogóle ten pomysł. No po pierwsze wszędzie lepiej gdzie nas nie ma. Prawda? Zawsze tak jest na wakacjach, zwłaszcza jak się jest gdzieś pierwszy raz. Jednak byłem tu nie wiem, z 10 razy od 2008 roku. Żeby było śmieszniej kiedyś jeździłem tutaj na motocyklach i mówiłem – o kurczę, ale góry, ale jestem zmęczony. I potem zawsze człowiek tęsknił. Zwłaszcza jesienią i zimą. Myśl o mieszkaniu w Hiszpanii zaszczepił mi też mój lekarz. No jaki. Przecież nie proktolog. Psychiatra. Od kilkunastu lat leczę się na depresję. Wiem, statystycznie połowa powie, że taka choroba nie istnieje, wmawiam sobie, do roboty powinienem się wziąć albo zrobić sobie pięcioro dzieci to mi przejdzie. Albo na keto powinienem przejść. Druga połowa wie, że to jest choroba jak każda inna. Jak bielactwo, grzybica, krzywa przegroda nosowa. Tyle, że mojej choroby nie widać. Co gorsza nie widać jej u innych którzy chorują i nie mają kompletnie żadnego oparcia. Nieważne. Dla mnie najtrudniejszym momentem każdego roku jest jesień i przedwiośnie. I to nie jest meteopatyzm, tylko głowa. W tym okresie nasilają się wszystkie objawy z którymi momentami ciężej żyć. Najgorszy jest lęk. Wtedy odpala mi się cała galeria zaburzeń na tym tle w formie uogólnionej. Ciężko jest to niekiedy wytłumaczyć. To takie stałe uczucie napięcia. To jakby codziennie podchodzić do egzaminu na prawo jazdy. Żadna tragedia, jednak na dłuższą metę czujesz się tym cholernie zmęczony. Z kolei gdy jesteś wyczerpany dołącza się do tego prawdziwe podłoże tych objawów czyli depresja. 4 terapie, leki, higieniczne życie, sen. Sport. To pomaga. Bardzo. Jednak moja choroba jest na tyle wielowątkowa, że mimo to dalej miewam te gorsze momenty. Nagrałem o tym 90 minutowe wideo. Przez 3-4 miesiące staję się zombie. To po postu mózg jest wypaczony. Jego chemia zaburzona. Co jeszcze obok terapii, farmakoterapii ukierunkowcananej właśnie na poprawę tej mózgowej chemii przynosi ulgę. Słońce. Dzień trwający do 18 a nie 15:30. Tak. To taka prosta odpowiedź. Ekspozycja na słońce. Dlatego każdy psychiatra powie, że ruch na świeżym powietrzu za dnia to niesamowita broń przeciwko temu co opisałem powyżej. A zmiana klimatu to jest już mega kop w tyłek. Po prostu czuję się lepiej. A nawet jeśli pojawiają się jakieś problemy to łatwiej się je przeżywa tutaj. One nie znikają, jak hejt, troski finansowe i zdrowotne. Hiszpania sama w sobie nie rozwiązuje problemów. Tłumi pewne objawy i przez to pozwala odzyskać nieco sił mentalnych i fizycznych. To jest właśnie to co nazywamy ładowaniem akumulatorów. Wybierając południową Hiszpanię mamy 300 słonecznych dni w roku. W Polsce 60. Naprawdę 60. A po zmianie czasu w pochmurny dzień naprawdę nie jest przyjemnie. Tutaj możesz bez problemu pracować sobie zdalnie do tej 16 i znaleźć jeszcze 2 godziny na rower. Zimą słońce zachodzi około 18:30, a do tego czasu przeciętnie jest 15 stopni. Jednego dnia 19, innego 13. Jednak jest to słońce, które gdy nie wieje z północy to naprawdę grzeje. Przez cały rok, bez wyjątku można złapać opaleniznę, a na postojach rozbierać na krótko. Oczywiście są takie dni, gdy leje. Przez tydzień. Jednak rzadko ciągiem. Zazwyczaj popada rano, albo wieczorem i w nocy. Patrząc w prognozy można znaleźć sobie okienko pogodowe. Do tej pory w życiu doświadczyłem tutaj może trzech dni, które ewidentnie nie nadawały się do jazdy. Albo gdy przez lodowaty wiatr nie było przyjemności z jazdy. To jest sporadyczne i ma miejsce w okresie od listopada do lutego gdzieś tak mniej więcej. Niesamowicie pociągające jest to, że nie trzeba szukać tras kolarskich. Gdziekolwiek się meldujesz jesteś na jakieś trasie. Wyjątkiem są oczywiście duże miasta jak Walencja, Alicante albo Malaga. Ale zauważyłem, że nawet mieszkając w centrum zawsze masz ścieżkę rowerową dostosowaną do kolarzy szosowych. Mimo to aglomeracje już mnie nie pociągają. Raz to ceny mieszkań i hoteli – dwa – odległość od natury. Trzeci powód jest już dużo mniej ważny, choć też kuszący. Hiszpania to inna grupa kulturowa. Tylko nie zrozum tego jako narzekanie na Polaków. Inaczej jest kiedy widzisz niemal wszędzie uśmiechnięte twarze. Inaczej kiedy kierowcy Cię pozdrawiają zamiast zajeżdżać drogę. Też wiele osób mówi, że przesadzam z tym jeżdżeniem na rowerze w okolicach Skawiny. Jednak uznajmy, że mam niesamowitego pecha do agresji drogowej. Są po prostu takie momenty gdy odechciewa mi się jeździć po mojej okolicy. Mimo faktu, że naprawdę zwracam uwagę na przepisy, staram się na asfalcie być empatyczny, bez względu na to czy jestem w aucie czy na rowerze. Dołują mnie też niesprowokowane niczym zachowania, które ładują mnie negatywnymi doświadczeniami. Wtedy właśnie myślę o południowej Hiszpanii, gdzie ten czas jakoś wolniej biegnie. Mniej osób się śpieszy, a więcej jest najzwyczajniej życzliwych. Inna strefa kulturowa. I bardzo podobnie jest chyba w Internecie. Czytałem ostatnio bardzo ciekawe badania na temat hejtu w Hiszpanii a we wschodnich regionach Europy. Niekiedy mam takie fale gdzie leci do mnie krytyka z każdej strony. Cokolwiek bym nie zrobił. Jednak od YouTube i Facebooka nie ucieknę. I pewnie każdy Polak, nawet na obczyźnie nie jest w stanie odciąć się od lokalnych treści. Dlatego potraktujmy to jako dygresję a nie powód do przeprowadzki. To co jeszcze może kusić to nieruchomości. W zakupie i w najmie. W cenie M2 w Krakowie lub Warszawie masz M2 ale nad Morzem Śródziemnym. No dobra, czasem trzeba troszkę dołożyć. Oczywiście dużo zależy siły złotówki, od standardu i lokalizacji. Czy to nowe czy stare budownictwo. Jednak jeśli komuś odpowiada domek na wsi 10 kilometrów od takiego Calpe do lekkiego tuningu, wówczas okazuje się, że cena niczym się nie różni od mieszkania na Ursynowie. Dla mnie to był szok. Z niedowierzaniem patrzyłem na ogłoszenia biur nieruchomości. Dlatego w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy nie lepiej wziąć kredyt hipoteczny w Hiszpanii na domek z drzewem pomarańczowym. Głośno myślę. Czy nie kupić czegoś na zimę, by to potem w lecie wynajmować turystom, spłacając z tego choć część kredytu na który na razie i tak mnie nie stać. Nie stać mnie, jednak mam jakiś cel zawodowy by zmienić tę sytuację. To impuls do rozwoju swojego sklepu. Myślę o tym także w kontekście tego ile wydaję na loty, mieszkania czy hotele. Średnio 3 razy do roku na tydzień lub dwa. Versus raty za wiejski domek, który wynajmujesz innym gdy w nim nie mieszkasz. Kolejna rzecz to koszty życia, które są niewiele wyższe od Polski. Trzeba doliczyć 15% do cen w sklepach. No plus przewalutowanie, chyba, że z wyprzedzeniem kupujesz więcej Euro przez jakąś aplikację śledząc kurs. Bo zakładam, że nie zarabiam w Euro i jeszcze długo nie będę. Techniczne byłbym w stanie przeprowadzić się tutaj na pół roku z dnia na dzień. Tyle, że boję się o firmę. Oczywistym u perfekcjonisty jest wyjście z założenia, że ja sam zrobię wszystko najlepiej. Musisz mieć dodatkowego pracownika na etacie, na cały rok a nie pół. Musi Cię być na niego stać. A co jak obroty spadną? Włącza mi się znowu ten lęk od którego zaczynamy. Miałem go także przed miesiącem gdy byłem ostatnio w Hiszpanii na 20 dni. ŚWIAT SIĘ ZATRZYMUJE LESZEK WYJEŻDŻA. Wtedy się pocieszam, że obiektywnie, naprawdę dziś mnie nie stać na zakup nieruchomości i mówi to Excel a nie mój chory mózg. Jest oczywiście też plan C, od mi się odpala gdy mam kumulację presji finansowej, życiowej oraz zdrowotnej. Zamknąć to wszystko w cholerę i zaaplikować do pracy w Hotelu Diamante Beach Calpe i tam smażyć kolarzom naleśniki na śniadanie od 5 do 10 za najniższą krajową. Do tego wynająć na miejscu mieszkanie i mieć wszystko gdzieś. Nie mam parcia na bycie YouTuberem, bo tak samo pociąga mnie życie w cieniu. W gruncie rzeczy jedno i drugie to praca, z tą różnicą, że kończąc robić śniadanie gościom, wychodzę z pracy i nie zabieram jej ze sobą. Dlatego mam jeszcze jedno marzenie w ramach planu D – bycie realizatorem dźwięku na żywo w hiszpańskiej rozgłośni radiowej. Koniec programu, koniec pracy. Tyle, że ten zawód już umiera na rzecz automatyzacji emisji. To Wszystko naprawdę czasem brzmi kusząco dla każdego prowadzącego firmę w Polsce. Tak bliżej 20 każdego miesiąca w branży sezonowej. Ddobra, to jest to WSZĘDZIE GDZIE NAS NIE MA. Ja lubię swoją pracę poza momentami kryzysu, które ma każdy gdy nałoży się na siebie nieco więcej przeciwności losu. Jednak one są i w Polsce i w Hiszpanii, która też nie jest bez wad. Jest super na jesień i zimę. Gorsza gdy chcesz kupić ibuprom lub znaleźć otwarty sklep po 20:30. Albo zostawić gdzieś samochód żeby Ci go mewy nie osrały. Ale to nic kiedy codzień rano wstajesz, świeci słońce i słyszysz cykanie tych wszystkim bębenków innych kolarzy. Masz mega impuls, żeby włączyć turbomode pracy zdalnej, by jak najszybciej wyjść na zewnątrz. Nie masz czasu na smutki, bo się śpieszysz na rower. Warunkiem jest TYLKO stabilna sytuacja zdrowotna, rodzinna i finansowa. I też nie chcę, aby ktoś zrozumiał mnie źle – kocham Polskę. Staram się być patriotą. Tu płacę i będę płacić podatki, bez kombinatoryki, lewizn, nawet jeśli uważam, że są za wysokie i niekiedy niesprawiedliwe. Bo tak postrzegam pariotyzm. Nawet jeśli czasem mam dość pogody, ciemności, deszczy i polskiego temperamentu i wewnętrznych podziałów. Nasz kraj mimo, że niekiedy smutny to wciąż jednak bezpieczny, dynamicznie się rozwijający i stabilny. Przy okazji patriotyzmu, namawiam też do tego skonsumenckiego. Prowadzę polski sklep polskiej marki z polską odzieża i akcesoriami na rower. Zapraszam, zwłaszcza poza sezonem. Bez względu na miesiąc w kalendarzu namawiam też do wizyty na moim instagramie czesc.l
Ujemne stopy procentowe mogą wrócić w Szwajcarii. I... miałoby to sens, choć nie z powodu potrzeby stymulowania gospodarki. Z kolei w USA obecne cięcia mają przeciwników w samym Fedzie. Jedni uważają, że są zbędne, inni, że za ostrożne. Co mówi słynny wykres kropkowy? Dolar w dół, bitcoin w dół, Oracle w dół, ropa raczej w dół. Z tym wszystkim w piątek rano 12 grudnia 2025 mierzy się Rafał Bogusławski. Zapraszamy!!
Tereny dzisiejszej Turcji w starożytności nazywano Anatolią. Jej środkowa część to Galacja. Jednym z najważniejszych miast była tam Ankara - dzisiejsza stolica Turcji, a w starożytności stolica Celtów, których Grecy nazywali Galatami. Skąd wzięli się tam Celtowie i jak ich opisuje Biblia?Celtowie od wieków zamieszkiwali północną Europę. W IV wieku p.n.e. pojawili się nawet w Grecji. Gdy król Bitynii - krainy leżącej w dzisiejszej północno-zachodniej Turcji - potrzebował pomocy w wojnie przeciw bratu, sprowadził ich jako najemników. Celtowie zostali tam na stałe i stworzyli własne królestwo, Galację. Składała się ona z trzech plemion: Tektosagów, Tolistoagów i Troków, które podzieliły między siebie cały region. Ankara była stolicą Tektosagów.Galatowie uchodzili za niezwykle odważnych, ale też porywczych wojowników. Napadali na otaczające ich królestwa greckie. Pokonał ich Antioch I Soter z dynastii Seleucydów, lecz większą rolę w historii walk z Galatami odegrało królestwo Pergamonu. To właśnie zwycięstwa króla Pergamonu, Attalosa I, zostały uwiecznione w słynnej sztuce pergamońskiej. Na jego zamówienie powstał „Umierający Galat” — rzeźba przedstawiająca celtyckiego wojownika z charakterystycznym torquesem na szyi. Przedstawia pokonanego przeciwnika, ale z ogromnym szacunkiem dla jego odwagi.Mimo porażek Galacja przetrwała jako samodzielne państwo aż do I wieku p.n.e. Jej ostatni król, Amyntas, zapisał swoje królestwo Rzymowi w testamencie. W ten sposób Galacja stała się rzymską prowincją. Co ciekawe, nie było to wcale pierwsze takie wydarzenie w regionie. Wcześniej bardzo podobnie postąpił ostatni król Pergamonu, Attalos III, który w 133 roku p.n.e. również zapisał swoje państwo Republice Rzymskiej, włączając Pergamon do imperium bez wojny. Mówiłem o tym w odcinku 66.Grecy nazywali Galatów „greckimi Galami” albo „galijskimi Grekami”. Choć żyli w otoczeniu kultury greckiej, przez wiele stuleci zachowali swój własny język. Hieronim ze Strydonu - autor łacińskiej Wulgaty - pisał w IV wieku n.e., że Galatowie nadal mówią językiem przypominającym mowę Celtów z rejonu Alp. Oznacza to, że ich język przetrwał co najmniej 800 lat, mimo silnej greckiej dominacji kulturowej.Apostoł Paweł kilkakrotnie przechodził przez Galację. W Dziejach 16:6 czytamy, że „przeszli przez frygijską i galacką krainę”. W 18:23 - podczas trzeciej podróży - „przemierzał kolejno krainę galacką i Frygię, utwierdzając wszystkich uczniów”. Skoro już wtedy ich odwiedzał, musieli przyjąć chrześcijaństwo wcześniej. Jak wyjaśnić pozorną sprzeczność, że według Dziejów 16:6 przechodzili przez Galację, ale duch święty zabronił im głosić, a potem w Dziejach 18:23 umacniał uczniów w tej krainie? Aby to zrozumieć zajmijmy się miastami Galacji.Ankara, stolica Galacji, nie występuje w Biblii. Jakie więc miasta odwiedził Paweł? W Dziejach Apostolskich wymienione są Antiochia Pizydyjska, Ikonium, Listra i Derbe. Formalnie Antiochia była miastem Pizydii, ale w czasach rzymskich prowincję Galacji poszerzono właśnie o Pizydię. Dlatego w okresie Pawła wszystkie te miasta znajdowały się w granicach Galacji. Gdy więc w Biblii mowa o Galacji, gdzie byli uczniowie chodzi zapewne o Galacje południową, w której było mało Galów. Gdy z kolei mowa o Galacji, gdzie Paweł nie głosił Słowa Bożego to prawdopodobnie chodzi o północną część tej prowincji, gdzie było więcej Galatów.Kim byli ich mieszkańcy? Biblia nie podaje szczegółów. Wiemy, że w Listrze mieszkał Tymoteusz - syn Greka i Żydówki. Historia potwierdza, że w Galacji żyli Celtowie, Grecy, Żydzi i inne narody. Jak już mówiłem wydaje się, że w północnej części, która zawsze była nazywana Galacją mieszkali głównie Celtowie, te trzy plemiona. W czasach rzymskich rozszerzono tą prowincję także o obszary południowe, gdzie chyba było więcej Greków, Żydów itd.To właśnie do nich apostoł Paweł napisał swój list - znany jako List do Galatów lub List do Galacjan. Nic nie wskazuje, aby Paweł używał tam innego języka niż grecki. Galatowie, choć przez wieki zachowali swój celtycki język, żyli w świecie greckojęzycznym i z pewnością znali grekę. Wydaje się, że Paweł koncentrował się na południowej Galacji. Mniej wiemy o tej północnej zamieszkanej głównie przez Galatów. Również temat listu do Galatów zdaje się na to wskazywać.Głównym tematem listu do Galatów jest kwestia tego czy chrześcijanie pochodzenia pogańskiego muszą przestrzegać Prawa Mojżeszowego. Najwyraźniej po tym jak Paweł odwiedził te miasta przybyli tam Żydzi, prawdopodobnie faryzeusze, którzy nauczali, że poganie muszą zostać obrzezani. Ta część listu była chyba skierowana do południowych Galatów. Jednak ten list zawiera także listę uczynków ciała oraz owoców ducha w rozdziale 5. Być może ten fragment był skierowany bardziej do etnicznych Galatów na północy tej prowincji. Ale to są tylko moje przypuszczenia.Galatowie byli najbardziej na wschód wysuniętym narodem celtyckim w dziejach. Żadna inna celtycka grupa plemienna, która utworzyła własne terytorium i państwo, nie dotarła dalej. To prawda, że pojedynczy Celtowie lub mniejsze oddziały najemników, znane z waleczności, pojawiały się jeszcze dalej na Bliskim Wschodzie. Historyczne źródła potwierdzają, że Celtowie byli na przykład zatrudniani jako strażnicy na dworze egipskiej królowej Kleopatry, a później służyli jako wojska najemne królowi Judei, Herodowi Wielkiemu. Jednak Galacja pozostała najdalej na wschód wysuniętym regionem z trwale osiedloną celtycką ludnością.I przeszli przez frygijską i galacką krainę, ponieważ Duch Święty przeszkodził w głoszeniu Słowa Bożego w Azji.https://biblia-online.pl/Biblia/Warszawska/Dzieje-Apostolskie/16/6Spędziwszy tam jakiś czas, udał się w drogę, przemierzając kolejno krainę galacką i Frygię, utwierdzając wszystkich uczniów.https://biblia-online.pl/Biblia/Warszawska/Dzieje-Apostolskie/18/23Albowiem Demas mnie opuścił, umiłowawszy świat doczesny, i odszedł do Tesaloniki, Krescent do Galacji, Tytus do Dalmacjihttps://biblia-online.pl/Biblia/Warszawska/2-List-do-Tymoteusza/4/10I wszyscy bracia, którzy są ze mną, do zborów Galacjihttps://biblia-online.pl/Biblia/Warszawska/List-do-Galacjan/1/2
Zmiana kodeksu wyborczego ograniczy społeczną kontrolę i odda realną władzę nad wynikami wyborów urzędnikom – ostrzega Marcin Dybowski z Ruchu Kontroli Wyborów.Koalicja rządząca po cichu szykuje zmiany w kodeksie wyborczym. Marcin Dybowski z Ruchu Kontroli Wyborów ostrzega, że mogą one cofnąć standardy głosowania „do czasów stalinowskich”.Nowa figura: sekretarz komisjiProjekt wprowadza nową, kluczową funkcję – sekretarza obwodowej komisji wyborczej. Nie będzie to społecznik zgłoszony przez komitety, ale urzędnik z nadania wójta i komisarza wyborczego.Wprowadza się nową postać, nową funkcję tak zwanego sekretarza, który ma możliwości takie decyzyjne na temat całego przebiegu wyborów… a nie będzie ta osoba pochodziła z wyboru komitetów wyborczych, tylko ma być narzucona przez komisarzy wyborczych.Sekretarzem ma być urzędnik samorządowy lub państwowy, z wyższym wykształceniem i odpowiednim wiekiem. Państwowa Komisja Wyborcza ma jedynie określić tryb ich powoływania.Mniej obywateli w komisjach, więcej urzędnikówZmiany uderzają w społeczną kontrolę wyborów na poziomie obwodowych komisji. Komitety wyborcze będą mogły zgłosić tylko jedną osobę do komisji – i to tylko tam, gdzie wystawiają kandydatów. Wakaty mają uzupełniać komisarze, a nie lokalni społecznicy.To będzie polegało na absolutnym ograniczeniu możliwości oddolnego kontrolowania… Przewodniczący praktycznie nie ma już nic do gadania, jest tylko i wyłącznie jakąś tam marionetką.Dybowski ostrzega, że w praktyce kontrolę nad przebiegiem i dokumentowaniem głosowania mogą przejąć „sekretarze” i samorządowi informatycy, zależni od wójta i komisarza.Brak konsultacji i milczenie opozycjiProjekt przeszedł już pierwsze czytanie w Sejmie. Jak podkreśla Dybowski, nie było realnych konsultacji społecznych – na liście widnieją tylko pojedyncze osoby, bez organizacji obywatelskich czy stowarzyszeń zajmujących się wyborami. Pod projektem podpisani są wyłącznie posłowie Koalicji Obywatelskiej.Jestem zdumiony, że w ogóle opozycja nic nie robi, przygląda się, jak demontuje się państwo, jak cofa się nas do czasów stalinowskich.„Nie wszystko na prezydenta”Dybowski przyznaje, że prezydenckie weto – jeśli do niego dojdzie – może zablokować najgorsze zmiany, ale nie wolno całości odpowiedzialności przerzucać na Pałac Prezydencki.Nie możemy wszystkiego zostawić tylko i wyłącznie panu prezydentowi… My jako obywatele musimy sami także wokół tego chodzić i się bronić przed systemem totalitarnym, który się nam tutaj narzuca.Jego zdaniem, bez nagłośnienia sprawy i presji społecznej nowy kodeks wyborczy może zostać przyjęty „po cichu”, a realna kontrola nad wyborami trafi w ręce urzędniczego aparatu władzy.
Krajowa Administracja Skarbowa traci skuteczność w walce z oszustwami podatkowymi – ostrzega Agata Jagodzińska, przewodnicząca Związkowej Alternatywy w KAS. Jej zdaniem luka VAT realnie rośnie, choć w oficjalnych przekazach władzy wygląda to inaczej.Z ogromnym niepokojem patrzę na to, co się dzieje. KAS zmniejszyła swoją efektywność. Ta luka VAT-owska w rzeczywistości chyba rośnie, a tylko sztucznie się ją „poprawia” przeksięgowaniami.Mniej presji na mafie VAT-owskieJagodzińska podkreśla, że kluczowa zmiana, którą widzi „od środka”, dotyczy priorytetów. W jej ocenie obecne kierownictwo państwa kładzie mniejszy nacisk na zwalczanie przestępczości podatkowej, w tym zorganizowanych mafii VAT-owskich.Kiedyś bardziej koncentrowano się na tym, żeby mafie VAT-owskie zwalczać w zarodku, bardziej współdziałano z prokuraturą. Teraz – jak mówią koledzy z prokuratury – nacisk na walkę z mafiami VAT-owskimi jest dużo mniejszy– mówi.https://wnet.fm/2025/12/09/koalicja-siega-po-wybory-marcin-dybowski-cofaja-nas-do-czasow-stalinowskich/Nie chodzi o to, że KAS przestała pracować. Urzędnicy wciąż rozliczają podatki, obsługują przedsiębiorców, prowadzą analizy. Ale – jak mówi – zmienił się ciężar zadań:Po prostu kierownictwo kładzie mniejszy nacisk na to, by zwalczać oszustwa podatkowe. Można się na coś „zamknąć oczy”, można pójść w jakąś sprawę, a można nie pójść… I tak to wygląda– wyjaśnia.Rozluźniona współpraca z prokuraturąJednym z kluczowych elementów skutecznej walki z mafiami VAT-owskimi była – według Jagodzińskiej – ściślejsza niż dziś współpraca między KAS a prokuraturą:Kiedyś ta współpraca między prokuraturą a KAS-em w zakresie zwalczania oszustw podatkowych była dużo częstsza, dużo ściślejsza. Dlatego to wszystko lepiej działałoDziś – jak relacjonuje, powołując się na rozmowy z prokuratorami – wyspecjalizowane piony gospodarcze praktycznie nie działają tak, jak powinny:Koledzy z prokuratury mówią wprost: działy do walki z mafiami VAT-owskimi praktycznie już nie działają. To pokazuje skalę problemu.https://wnet.fm/2025/12/09/jacek-saryusz-wolski-amerykanska-diagnoza-europy-jest-trafna-i-bolesna/Zmiana władzy, zmiana priorytetówPytana, kiedy nastąpiło przesilenie, Jagodzińska wskazuje wprost na moment zmiany władzy i wymiany kierownictwa.Zmiana władzy, zmiana kierownictwa. Są po prostu inne cele. Na inne rzeczy stawia się nacisk– mówi.Nie rozwija publicznie wszystkich technicznych szczegółów, ale jej przekaz jest jasny: mechanizmy, które działały w poprzednich latach, zostały poluzowane, a państwo zrezygnowało z części narzędzi i determinacji w ściganiu zorganizowanych oszustw podatkowych.Likwidacja filii szkoły w Przemyślu: „bo to stawiał PiS”Symbolem tej polityki „robienia na złość” ma być – zdaniem Jagodzińskiej – likwidacja filii Krajowej Szkoły Skarbowości w Przemyślu. Właśnie o to apelowała na X, pisząc o „likwidacji prestiżowego ośrodka z zemsty na PiS”.W październiku minister finansów podjął decyzję o likwidacji filii Krajowej Szkoły Skarbowości w Przemyślu. To jest apel, to jest krzyk – bo ta decyzja jest kompletnie niezrozumiała.To jedyna filia KSS na wschodzie kraju, położona tuż przy granicy z Ukrainą. Jak podkreśla, to był ośrodek z międzynarodową renomą:Rocznie szkoliło się tam nawet do 10 tysięcy funkcjonariuszy KAS, przyjeżdżali też funkcjonariusze z innych krajów UE i z Ukrainy. Część szkoleń odbywała się bezpośrednio na granicy – to była realna praktyka, a nie kolejny webinar.W Przemyślu ulokowano też centrum kompetencyjne BASER, wyspecjalizowane w przeszukiwaniu autobusów. Oficjalnym powodem likwidacji są „zbyt wysokie koszty najmu” budynku (ok. 50 tys. zł miesięcznie z mediami).Tymczasem – jak mówi – miasto i uczelnia wyszły z konkretną ofertą obniżenia kosztów, a mimo to decyzji nie zmieniono.Rektor zgodził się znacząco obniżyć czynsz, prezydent Przemyśla zaoferował nawet przekazanie innej nieruchomości Skarbowi Państwa. Mamy gotowe rozwiązania na stole. Pisałam do ministra Domańskiego – nie ma odpowiedzi, nie ma dialogu.Najmocniej wybrzmiewa relacja z rozmowy z jednym z podkarpackich posłów KO:Jeden z posłów Koalicji Obywatelskiej powiedział mi wprost: „bo to stawiał PiS”. Więc można się domyślić, jaki jest prawdziwy powód. Likwidujemy coś tylko dlatego, że zrobiła to poprzednia władza – nieważne, że to działa dobrze i ma renomę w UE.„Jestem państwowcem. To się źle skończy dla budżetu”Na koniec wraca do tego, od czego zaczęła: budżetu i luki VAT. W jej ocenie połączenie dwóch procesów – poluzowania walki z mafiami VAT i jednoczesnego osłabiania zaplecza szkoleniowego – to przepis na kłopoty.Jako osoba, której leży na sercu dobro budżetu państwa, jestem państwowcem. Patrzę na to z ogromnym niepokojem.Osłabiamy realną walkę z mafiami VAT-owskimi, rozluźniamy współpracę z prokuraturą, likwidujemy ważny ośrodek szkoleniowy w Przemyślu – to nie może się skończyć dobrze ani dla państwa, ani dla podatników.I dodaje apel, który wcześniej zamieściła też na X: nie róbmy polityki „na złość” kosztem instytucji, które służą państwu bez względu na to, kto akurat rządzi.Nie róbmy sobie na złość. Niech władza nie pomaga, jeśli nie chce – ale niech chociaż nie niszczy tego, co działa i służy Polsce– apeluje./ad
Zaglądamy do Krakowa, gdzie Małgorzata Kleszcz rozmawia z przewodnikiem Antonim Życzkowskim. Gość oprowadza nas po mniej oczywistych miejscach dawnej stolicy Polski, takich jak ulica Wenecja czy dawne rozlewiska Rudawy. Opowiada też o krakowskich Błoniach, Bazylice św. Floriana i legendach, które tworzą wyjątkową tkankę miasta. Następnie słuchamy rozmowy z Aliną Kowalską z Fundacji 22Q11 która wyjaśnia, czym jest delecja 22q11, z jakimi wyzwaniami mierzą się pacjenci oraz jak fundacja wspiera rodziny dotknięte tą rzadką wadą genetyczną. Na koniec kierujemy uwagę na Warszawę. Artystka Stefania Michałowska zaprasza na swój wernisaż „Drzewa. Milczące obecności”. To wystawa ceramicznych obrazów, która poprzez formę i materiał opowiada o relacji człowieka z naturą i ciszą.
Balansuje między dramatem a czarną komedią, w obsadzie między innymi David Duchovny, a mimo wszystko o tym serialu nadal jest nadzwyczaj cicho. Dlaczego? W najnowszym odcinku "O serialach" Bartosz Węglarczyk i Piotr Markiewicz rozmawiają między innymi o produkcji "Malice", czyli "Zły zamiar". Zapraszamy do słuchania! [Autopromocja] W ramach oferty Black Week zapłacisz od 39 zł za pierwsze pół roku dostępu do wszystkich podcastów w Onet Audio oraz innych materiałów dziennikarskich przygotowywanych przez Twoich ulubionych prowadzących. Subskrybuj na www.premium.onet.pl i wspieraj ulubionych autorów. Oferta ważna do 30 listopada 2025
#Wiadomości z rynku #bitcoina i innych kryptowalut. Sławek i Łukasz komentują między innymi takie kwestie jak:- Amerykański gigant zwolni 14 tys. osób. Chce wykorzystać sztuczną inteligencję- Czy w UE zaczyna się wyścig o Bitcoina? Francja celuje w 420 000 BTC, a Niemcy rozważają utworzenie rezerw.- Miliarder przewiduje wzrost Bitcoina o 40% do grudnia i 1 mln USD do 2030 r.
Sprzedaż chińskich aut w Polsce rośnie lawinowo, Turcja i Chiny ograniczają zakupy rosyjskiej ropy, a Niemcy planują tańszy prąd dla przemysłu. Tymczasem polski przemysł powoli wychodzi z dołka – PMI najwyższy od pół roku.0:00 - Skrót najważniejszych informacji0:52 - Chińskie auta zalewają Polskę2:38 - Chiny i Turcja ograniczają import rosyjskiej ropy3:43- Najważniejsze informacje z polskiej gospodarki4:14 - Najważniejsze informacje ze światowej gospodarki9:02 - PMI dla polskiego przemysłu10:15 - Dane z rynków i kalendariumKup subskrypcję „Rzeczpospolitej” pod adresem: czytaj.rp.pl
To historia niezwykle trudnej miłości do kolarstwa. Skrytych pragnień, marzeń. Co kilkaset kilometrów z rezygnacją przerywana i pisana od nowa. Pełna niepowodzeń, bólu, odrzucenia. Jest identyczna jak Twoja. Dziś Różni nas jedynie etap. Niektórzy są u początku tej trasy. Inni w połowie. Ktoś spotyka mnie będąc ze mną koło w koło lub to ja jestem za Tobą. To nieistotne. Najważniejsze, że jesteś na niej. Jesteśmy. Moja trasa rozpoczęła się w 2016 roku, 99 000 km temu. To pięć beznamiętnych cyfr. Liczby nie mają emocji, choć zawsze kusi, by przez ich pryzmat szafować oceny. Dla mnie były one wówczas kluczowe. Kluczową liczbą było 109. Tyle kilogramów. Z nimi miałem okazję już biegać testując pierwszy swój zegarek sportowy. Wtedy każdy rodzaj aktywności był dla mnie błogosławieństwem. Po 4 latach walki z codziennymi napadami paniki okazało się, że bieganie z nadwagą jest na tyle męczące, że ich nasilenie się zmniejszyło. Częstotliwość także uległa ograniczeniu. Jedynie dokuczał mi ból i frustracja, bowiem utrzymanie 6 minut na kilometr było trudne. Do tego kolana. Plecy. Dwie śruby w stawie skokowym ograniczające ruchomość proszące się o chirurgiczne usunięcie. Nawet to relacjonowałem na swoim zupełnie innym kanale, na ktorym działałem od 2008 roku Pozbycie się srubek pomogło. Pozwoliło biegać pewniej. Jednak nie szybciej. Lubiłem bo, jednak więcej jak 10 km było poza moim zasięgiem. Serce chce, stawy nie. Operowana noga tym bardziej. Z resztą do dziś muszę respektować ograniczenia biegowe wynikające z tej kontuzji. Nie powinienem biegać jednorazowo więcej niż 15 km. To oznacza, że do końca życia nie zrobię maratonu, nie będę mógł biegać po plaży, ani nie wystartuje w runmagedonie. To syndrom zerojedynkowy. Albo mogę wszystko albo to bez sensu. Był piękny lipcowy wieczór po upalnym dniu. W powietrzu. Wjechałem po całym dniu do garażu w którym wśród opon zimowych stał przyprószony kurzem rower. Stał tu kilka lat. Otrzymałem go w prezencie w zamian za pomoc w nakręceniu wideo promocyjnego. Wyciągnąłem z bagażnika kompresor. Napompowałem opony i po prostu wsiadłem. Przejechałem 700 metrów i udało mi się utrzymać na tym dystansie 20 km/h. Poczułem się jakbym miał 12 lat. Tyle, że przez te 18 lat nieco się zmieniło. Stałem się sfrustrowanym, zmęczonym życiem paczkiem czerpiącym radość jedynie z jedzenia oraz każdego poranka gdy nie mam objawów nerwicy somatycznej. Dotarłem do najbliższej stacji na której pochłonąłem litr wody. Następnego dnia zrobiłem to samo. Jednak denerwował mnie fakt ograniczeń moich opon. Co to znaczy 3 atmosfery. Zamówiłem nowe. Dostosowane do wyższego ciśnienia i łyse. One pomogły. Było lżej. Dojechałem na nich z Konstancina do wsi Gassy. To był kolejny z tych ciepłych i pogodnych wieczorów z przenikliwymi promieniami złotej godziny. Minął tydzień i zadzwoniłem do przyjaciela Karola prowadzącego sklep rowerowy w Bydgoszczy. Tak stałem się właścicielem roweru za 4000 zł. Aluminium. Tiagra 2×8. Ale za to opony które mogę napompować do 8 atmosfer. To była moja ówczesna fetysz. Ciśnienie i prędkość. Prędkość, która wzrosła. W jeden dzień. Trasa Piaseczno – Obory ze średnią 30 km/h. Byłem potwornie zmęczony. Moje czarne spodenki biegowe stały się białe. Kryształy soli były na czubku nosa, włosach. Trasa okupiona była dwudniową rekonwalescencja tyłka, ud, pleców, nadgarstków, szyi. Ale w głowie czułem niesamowitą ekscytację, która na wiele godzin zajęła moje myśli i przekierowała je z hipochondrii na rower. Na problemy, które mnie nawiedziły. Największym z nich było siodełko. Kupiłem spodenki kolarskie z wkładką bez szelek, bo uważałem, że szelki to abstrakcja w połączeniu z moją figurą. To nie pomogło. Każdego dnia jeździłem i nasłuchiwałem bólu. Czasem tak silnego, że chciałem wyć. Pojawił się także stan zapalny skóry. To był etap zapisany wersalikami TO BEZ SENSU Wziąłem oddech. Kupiłem siodełko. Poszedłem do jednego z dwóch ówczesnych warszawskich fitterow. To nie pomogło. Jednak każdego jednego dnia jeździłem. Próbowałem sobie udowodnić, że dam radę. Nie poddam się, bo udowodniłbym sobie słabość. Nie jestem dzielny ani uparty, bo jestem bohaterem. Robię to z niskiego poczucia własnej wartości. Musiałbym samemu sobie powiedzieć, że zakup szosy to był zły pomysł. Założyłem nowy kanał na YouTube, o rowerach. To był wrzesień 2016. Zaraz będzie 10 lat. Mijały miesiace, zmieniałem siodełka, byłem w trzech województwach różnych speców od pozycji. Nic to nie dawało. Mimo to jeździłem, choć więcej jak 20 km to było wyzwanie. Polubiłem nawet to cierpienie. Ten stan kompletnego wykończenia za każdym razem gdy chorobliwie próbowałem udowodnić sobie, że ból przejdzie a ja osiągnę 30 km/h średniej. Tak chylił się ku końcowi pierwszy sezon. Zbiegiem okoliczności trafiłem na nową grupę na fb – ZWIFT Polska. Zauważyłem tam dziwne urządzenia do treningu w domu. Wziąłem swoją przepoconą kartę kredytową i poszedłem do Decathlonu. Kupiłem trenażer. Zainstalowałem swifta. Uznałem, że jest beznadziejny i drogi. Przesiadłem się na aplikacje do jeżdżenia po trasach wideo. Po Nicei i Belgii. W belgi trafiłem na jedyny obecny tam podjazd 10%. Skonałem. Trenażer się zablokował i nie byłem w stanie pedałować. Okazało się, że trzeba wymienić oponę. Okazało się, że z garażu w którym leżał mój pierwszy rower jest też zapyziały wiatrak. Przynooslem go. Zorientowałem się, że w profilu aplikacji po uwagę brana jest także waga. Nie była uzupełniona. Zastąpiłem domyślne 75 kg na 103. Znów postanowiłem pojechać na te górę 10%. Znów trenażer się zepsuł. Musiałem rozejrzeć wiele for by się dowiedzieć jak rozwiązać ten problem. Okazało się, że na trenażerze należy zmieniać biegi. Następnego dnia zacząłem używać przerzutek. Mimo to nie udało się dojechać na szczyt ten trasy. Po kolejnym tygodniu dojrzałem na opakowaniu, że mój trenażer sulymuluje maksimum 6 procent. Tak wróciłem na ZWIFT. Na wiosnę znów zadzwoniłem do przyjaciela że sklepu rowerowego w Bydgoszczy. Kupiłem nowy rower. Lżejszy. Karbonowy. By był bardziej karbonowy. To nie pomogło. Ból, walka o każdy kilometr. Znalazłem jednak siodełko z dziurą w środku, które troszkę odciążyło kroczę. Musieliśmy jednak podnieść i odwrócić mostek. Drugi mój sezon na rowerze to także pierwsze ustawki. Pierwsze zdjęcia. O tutaj jestem w majtkach, które założyłem pod spodenki. A tutaj kryształy. Ja tutaj, w 2018 roku nic nie rozumiałem. Nie widziałem dysonansu pomiędzy moim rowerem a wagą. Wiem, to nie jest dramatu. Tutaj nie widać otyłości, bo nie mam klasycznego brzucha. Zawsze byłem równomiernie ulany. Jedni mają chude nogi i ręce i większość rezerw zlokalizowanych wokół pasa. Inni jak ja mają tłuszcz wszędzie. To gubi. Wyglądasz z daleka niby normalnie, a w rzeczywistości wieziesz na każdym kilometrze 10 butelek wody 1.5 litrowej. Najbardziej symboliczne jest to zdjęcie z lipca 2017. Aż trafiło do mojej książki. Zrobił mi je Michał. Za co dziękuję. Pozwoliło mi ono spojrzeć z innej perspektywy. Z perspektywy, która oddaje dysonans pomiędzy mną a rowerem, którego nie widać. Od tego spotkania i wspólnej jazdy do Nowego Dworu Mazowieckiego. To był moment kumulacji. Mijało pół roku od momentu założenia tego kanału. Zaczęło się pojawiać coraz więcej głosów na temat mojego wyglądu. Jednak ignorowałem to. Mówiłem sobie, że w mojej poprzedniej branży złych słów jest zdecydowanie więcej. Jednak podczas jednego z gorszych dni ta gruba skóra stała się cieńsza. Opanował mnie wstyd. Pierwszy raz poczułem go tak dobitnie. To była kumulacja złych emocji. Obraziłem się na YouTube i postanowiłem z dnia na dzień. Musiałem zrobić bolesny rachunek sumienia. Czemu piję po każdym rowerze piwo. Czemu codziennie wieczorem jem słodycze? Dlaczego przeliczam kilometry na kostki czekolady i paczki chipsów. 8 lipca 2017 wziąłem się w garść. Oto zdjęcie pierwszego talerza. Jadłem tylko warzywa, kasze, kefir i jabłka. Do tego wyłącznie woda. Każdego dnia szedłem normalnie na rower. Robiłem 30 kilometrów na czas przez 3 dni w tygodniu. W weekend długi tlen. Szaleństwo, oddające mój charakter. Wszystko albo nic. Przez pierwszy tydzień wyłem na myśl o tym, że po pracy i po treningu nie zjem nic słodkiego. Nie kupię piwa. W tym okresie robiłem najszybsze zakupy w swoim życiu. Wiedziałem, że nie mogę przejść przez alejkę że słodyczami. Wchodzę. Na start pakuję jabłka. Na na warzywach rukolę. Obok zamrażarki i z nich biorę wszystko. Wszystkie możliwe mrożone zupy, marchewkę z groszkiem. Buraki, szpinak, fasolkę. Obok kasza gryczana w woreczkach. Vis a vis są pestki. Słonecznik i Pini i dynia. Dochodzę do lodówek, ale tak, żeby nie patrzeć na sery i serki. Porywam 6 litrów kefiru i od razu do kasy. Tak wyglądał mój posiłek każdego dnia. Nie złamałem się ani razu. Głownie dzięki temu, że miałem dobrze dobrane antydepresanty, było wyjątkowo ciepłe lato i udało mi się przełamać najtrudniejsze 21 dni. Po tych tygodniach wpadłem w nowy rytm. Udało mi się zerwać z uzależnieniem od cukru i soli. Dopiero też w tym momencie zobaczyłem, że waga drgnęła. Zjechałem o 4 kilogramy. Po miesiącu z jeszcze większą satysfakcją w restauracji prosiłem tylko o dwie sałatki bez sosów oraz dwie zupy. Nie wiem ile miałem deficytu energetycznego, bo jeszcze nie było aplikacji na telefon, które tak dokładnie by to oceniały. Jednak z perspektywy oceniam, że nie dojadałem około 1000 kcal każdego dnia. To zdjęcie spodni po 2 miesiącach. Dalej jeździłem. Niesamowicie się wkręciłem. Zrobiłem kolejne korekty ustawienia mojego roweru. Tego dnia okazało się, że straciłem już 6 kilo. Moje ciało proporcjonalnie traciło na obwodach. Okazało się, że mogę mieć już nieco niżej kierownicę. We wrześniu już zacząłem powoli wymieniać swoją garderobę, bo okazało się, że choć ja tego nie widzę, to zaczynam wyglądać jak przyodziany w strój po starszym bracie. Nawet odzież motocyklowa poszła na wymianę. 11 września 2027 moja twarz zaczęła przypominać tę obecną. Niesamowicie schudłem na policzkach. W międzyczasie były też wyjazdy służbowe. Gdy byłem odcięty od roweru brałem buty i czepek. To Barcelona i kolega, który śmieje się z mojej kolacji. Musiałem tak robić. Zapychać się warzywami i owocami. To jest 30 września. Nowy trenażer, nowe FTP, wciąż na diecie. Wciąż unikając chodzenia po sklepie. 3 grudnia już warzyłem 81,7 kilogramy. Jeszcze 2 do celu. Nowa koszula, pierwszy McDonalds – wraz z warzywami bez kury z podwójnymi warzywami. Pierwsze badanie u byłego trenera z siłowni, który po pół roku mnie nie poznał. Po tym czasie badania krwi. Zniknął nadmiar cholesterolu. Leukocyty spadły, rozjechały się czerwone krwinki, bo całkowicie przez przypadek przez pół roku byłem wege. Zgodnie z zaleceniami lekarza, raz w mięsiącu mięso. Wątróbka. Smażonego nie miałem w ustach od czerwca. Od czerwca trzymam się także wewnętrznej rozpiski treningowej. Gdy zimno, leje i wieje odpalam Zwifta. Pierwszy kieliszek alkoholu wypiłem 2 stycznia. Ta szklanka mnie zmiotła z planszy tak bardzo, że uznałem, że chyba lepiej mi bez tego. Tak tkwiłem w fanklubie kefiru. To jest mój test FTP z 8 stycznia 2018 przy 80 kg. Mogłem wrócić do delikatnego zwiększenia limitu kalorycznego, choć okazało się, że teraz spoczynkowo potrzebuję ich dziennie 2200 zamiast wcześniejszych 3000. To znaczy, że mogę więcej jeść i nie tyć, jednak tylko trochę więcej, a nie tyle co wcześniej. 12 lutego 2018 wyjechałem na tydzień by obiecać sobie, że nawet w delegacji umiem się trzymać. 24 lutego były moje pierwsze wirutialne zawody na Zwift. Nigdy się tak nie spociłem. Na tym smutnym zdjęciu, po nieudanym spotkaniu służbowym mam 79 kilo. 10 marca wyszedłem pierwszy raz na zewnątrz po zimowej przerwie. Nie wierzyłem w to jak jestem szybki pod górkę i na segmentach. Pojechałem główną drogą z Konstancina do Kalwarii i z powrotem bez zatrzymywania się. Zrobiłem personal rekord tej trasy. Nie byłem w stanie długo uwierzyć w to jak ogromną różnicę daje te 25 kilo. Okazało się, że nie boli mnie tyłek, ani ręce. Jedynie co mi dokucza bez powłoki tłuszczowej to zimno. Jakbym nie miał jeszcze jednej warstwy odzieży. Bardzo wzrósł mi też vo2 max liczony przez Garmina. Czy to dokładne czy nie, było widać przełom. Umówiłem się na ostatni już w moim życiu Fitting. Usunęliśmy wszystkie podkładki pod mostkiem by być mniej zakompleksionym. Pierwszy raz ogoliłem nogi 2 kwietnia 2018. To był etap na którym oderwałem się na moment od ziemii. Zacząłem trochę w siebie wierzyć. Zachłysnąłem się samym sobą oraz słowami, które wówczas czytałem pod swoimi filmami. Było nieco niedowierzania, bo wizualnie naprawdę byłem ciężki do rozpoznania. Sporo też w sieci jak i w realu słyszałem pytań czy nie jestem chory. Czy wszystko że mną jest w porządku. Każdy YouTuber ma swoim życiu taki okres gdy odlatuje. Ja w tym momencie byłem odleciany. Uważałem, że wiem już wszystko oraz mam wyłączność na wiedzę. Być może uważałem się za lepszego. Do czasu. Do tych zawodów. Dojechałem sam, w dodatku zdyskwalifikowany. Niesamowicie wpłynęło to wówczas na moją pewność siebie. To był taki plask z liścia w twarz. Potrzebne by zejść znów na ziemię. Nabrania pokory. Do siebie, do ludzi. Wytłumaczenia sobie samemu, że liczby i waga to nie wszystko. To czego doświadczasz jest potrzebne. To kara za brak pokory. To był rok w którym zmieniłem narrację na swoim kanale z lepszego na równego. 27 maja pierwszy raz ktoś powiedział, że mnie kojarzy. To ten Pan. Ten okres był niesamowity w moim życiu. Zauważyłem, że czuję się nie tyko fizycznie mocniejszy, ale także psychicznie. Zwróciłem uwagę na to, że nawet gdy jest lepiej to nie mam prawa nawet wewnątrz samego siebie, po cichu wywyższać się względem kogokolwiek. Nie chcę zostać kiedyś bufonem, Panem z YouTube, którego jedynym sukcesem jest to, że oddycha i schudł. Nie bądź nauczycielem. Bądź przyjacielem. Bądź sobą, Człowiekiem. Bez maski. Na tym etapie już regularnie zacząłem brać udział w zawodach. Zapisywałem się na nie, by mieć stałe bodźce i małe cele. By wreszcie dojechać z peletonem, albo dobiec. Na bieganiu też poczułem ogromna różnicę. Inne tempo, inne tętno. Inne czasy. 5 km już nie męczy, a mogę zrobić nawet 10. Zacząłem jeździć w góry. Zaliczyłem pierwsze 100 km po świętokrzyskim. Dostałem pierwsze zaproszenie na event branżowy jako Pan z YouTube. Jednak nikt nie chciał że mną działać w sposób komercyjny. Dobiłem też do momentu w którym mogłem bez przeszkód robić rocznie od 10 do 15 000 kilometrów rocznie, choć nadal dla niektórych to niedużo. Dla mnie wówczas był to absolutny kosmos. Tak jest do dziś, gdy porównuję siebie do wersji Leszka z początku. To jest moja druga w życiu sesja zdjęciowa. A to pierwszy spot, który wyprodukowałem do swojego portfolio, choć nikt go nie zlecał i nikt nie płacił. W listopadzie 2018 znów odezwała się lewa noga. Kontuzja biedowa na skutek przeciążenia, przypominająca mi o moich ograniczeniach. Zakaz biegania na 4 miesiące. Ale ten czas poświęciłem dzięki temu na rozwój formy na trenażerze. Nadal trzymałem nowy model żywieniowy oraz 79 kilo wagi walcząc teraz o lepszą wydolność. Robiłem to jeżdżąc po wirtualnych górach na Zwift. Mieszkając wówczas w Warszawie, jedyną okazją do wspinaczki był trenażer. Pojawił się także pierwszy trener, który rozpisał każdy trening dzień po dniu, sprawiając, że te 7 lat temu byłem w stanie podjechać Alpe Du Zwift w 50 minut. Pobić ten czas udało mi się dopiero w 2023 roku. Tak, bo spektakularnym przyroście formy po redukcji masy i po pierwszych dwóch latach rozwoju przychodzi załamanie. Masz 85% formy, a poprawa o te kolejne 15 procent staje się wykładniczo trudne. Każdy jeden wat czy kilometr na godzinę jest trudniejszy do osiągnięcia. Byłem tym rozczarowany. Ogółem przełom 18 i 19 roku był trudny. Musiałem przyjmować wyższe dawki SSRI, po wcześniejszym zmniejszeniu. Połączyło się to z momentem zwątpienia w dietę. Zaczęły znów pojawiać się słodycze. Najpierw raz w tygodniu, potem trzy. Oczywiście wciąż trenowałem, jednak przeddzień pierwszego w moim życiu duathlonu zorientowałem się, że przekroczyłem moje wcześniej wywalczone 80 kg. Dwa ilo. Smutek i słodycze. Czy to przypadkiem nie koreluje że sobą? Start nowego sezonu był dla mnie momentem walki o powrót do rytmu z którym na moment zerwałem. Podwójna walka, bo z depresją, która siedzi Ci na karku i dociążą, mocno trzymając Cię na poziomie gruntu, próbując wbić w ziemię. Weryfikując Twoje przeświadczenie, że można żyć na linii wiecznie wznoszącej. Rumia płacz Przełomowym dla mnie momentem na YouTube był 5 lipca 2019. Po tym filmie zrozumiałem, że nie liczy się ilość filmów, tylko jakość. Od tego momentu publikuję raz w tygodniu, ale materiały lepsze. Lepiej zmontowane. Takie, którym poświęcam 10 roboczogodzin a nie dwie. Naprawdę, wcześniej poświęcałem temu dwie. Prowadząc jednocześnie trzy kanały. Doszedłem do wniosku, że mogę na raz zając się tylko jednym. Tym. Z tego też powodu przestałem zajmować się motocyklami, przekazując Jednoślad.pl w ręce Kogoś kto zrobi to lepiej ode mnie. To z ogromną korzyścią nie tylko dla moich Widzów, ale także dla siebie. Bo mogłem więcej jeździć. Więcej kręcić. Jednak większa liczba kilometrów nie sprawiła, że stałem się szybszy. Nie. Zatrzymałem się na tym samym poziomie. Na długie miesiące. Nie rozumiałem jeszcze, że jazda na rowerze to jak montaż wideo. Więcej nie równa się lepiej. Mniej równa się lepiej. Jeśli chcę się dalej rozwijać to musze zadbać o jakość jazdy. Dlatego też nie raz mówię na głos, że jeśli Twoim priorytetem jest rozwój kondycji to nie zawsze możesz jeździć dużo a lekko. Jednak na tym etapie potrzebowałem więcej odpoczynku, tym bardziej, że zacząłem startować w triathlonie i pokazywać to w formie wideo. To był najtrudniejszy start w życiu, który cudem ukończyłem gdy na Bałtyku sztorm. Tutaj poczułem jak ciężko jest łączyć tyle dyscyplin i, że każda z nich jest poświęceniem tej drugiej. Jednak te zawody poraz kolejny nauczyły mnie pokory do życia, zdrowia, natury, innych ludzi oraz nabrać dystansu do liczb, swoich możliwości. Dowiedziałem się, że najgorsze są autooczekiwania. Planowanie. Bóg się śmieje słysząc o Twoich planach? Tak to było? Nie sądziłem, że jedne zawody mogą tak odwrócić sposób patrzenia na świat. Jednak gdy jesteś naprawde blisko tragedii, wówczas wdrukowujesz sobie w głowie nowy sposób patrzenia na życie oraz ludzi, którzy są obok. Relacja z tych zawodów to był film, który pierwszy raz pozwolił mi spojrzeć inaczej na to co robię. Pokazać tyle emocji. Udowodnić sobie, że to one są dużo ważniejsze niż to co tak naprawdę widać na pierwszy rzut ka. Mówię o filmach, ale tak naprawdę to są znaczniki etapów w moim życiu. To był także moment peaku mojej przeciętnej formy. Wówczas też brałem udział w największej liczbie imprez. Udało mi się podratować takze wieloletnie zaburzenia snu. Trzymanie się przez ostatnie 2 lata stałego rytmu treningowego pomogło mi unormować zegar biologiczny, który wcześniej był strasznie rozregulowany. To pomogło tym bardziej pomogło ograniczyć epizody nerwicy, depresji, lęku uogólnionego. Też w dużej mierze wpłynęło na formę. Wówczas to było stałe 3.5 w/kg FTP. Dla osób stojących z boku to było mało. Dla innych dużo. Dla mnie zawsze średnio, ale musiałem się Tym zadowolić, bo cały czas z tyłu głowy miałem to co działo sie przed 2016 rokiem. Mimo to się nie zniechęcałem. Trzymałem się tych 6 dni treningowych. Jednej zakładki triathlonowej. 10 biegu, 220 na rowerze. Kilometr w wodzie. Bilans energetyczny na zero. Waga na zero. Vo2max 54. 29 października 2019 zrobiłem kolejną serie badań. Był niższy kortyzol, nieco niedoboru ferrytyny przez dietę roślinną. Jednak nieporównywalnie lepsze samopoczucie fizyczne że strony ukłądu pokarmowego. Nigdy nie czułem się tak lekko. Zapomniałem o wszelkich zaburzeniach mojego brzucha. Stale chodziłem też do pychiatry, który niedowierzał. Pozwolił mi na zredukowanie do zera trazodonu. Zostawiając mi jedynie niewielką dawkę inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny . Po prostu ta higiena życia, odżywiania, snu, światła słonecznego, ruchu pozwoliła mojemu mózgowi funkcjonować w zupełnie innych warunkach. Serotoniny mogło być mniej. Jednak do czasu. Do momentu, gdy zaczęła się sypać moja firma. Problemy finansowe zżerały mnie od środka. Wróciła nerwica, depresja. Jedynie wieczorny wysyłek fizyczny pozwalał mi po kilkunastu godzinach dziennego napięcia zrywać łańcuch z mojej głowy. To codzienne męczenie się na trenażerze pozwalało odlatywać gdzieś obok. Ja logując się do Watopii, wylogowywałem się z problemów. Mimo to, mój lekarz zalecił mi stosowanie okresowo wyższej dawki leków. Jednak o dziwo nie doszło do wznowy bezsenności. Te leki dodają także nieco motywacji do działania na codzień, maskując epizody depresji, która odbiera siły do działania. W pewnej mierze na pewno dzięki terapii miałem więcej sił nie tylko do tego, aby tkwić w rytmie szosowym, ale też miłość do szosy przekuć na ucieczkę z branży do Prawie.PRO uruchamiając swój sklep i swoją odzież. Chwilkę potem pojawiła się ogólnoświatowa choroba wirusowa na literę C. Był zakaz jazdy na zewnątrz. Mnóstwo osób odpuszczało treningi na rzecz izolacji. Ja nie zrobiłem tego, bo wiedziałem jak ciężkie bedzie to miało konsekwencje dla mojej głowy. Wykorzystywałem każdy słoneczny dzień, narażając się na krytykę. Wówczas obowiązywał zakaz wstępu do lasów czy jazdy na rowerze gdzie indziej niż do pracy. Na wypadek mandatu woziłem dowód osobisty i maseczkę. Ale to była równia pochyła. Poziom stresu był tak silny, że wysysał że mnie wszystkie waty. W przeciągu kilku tygodni miałem wrażenie, że cofam się o miesiące. Poznałem co to znaczy. Jak wariują wszystkie wskazania. Co to znaczy wówczas zacisnąć zęby i mimo to próbować jechać dalej i się nie zatrzymywać. 2020 rok był przełomowy także dla osób, które mierzyły się z podobnymi problemami jak ja. Wielu wspaniałych ludzi doświadczyło w tym czasie mnóstwo złych emocji. Wówczas samemu sobie przysiągłem, że rezygnując z pracy w mojej poprzedniej firmie i otwierając nową będę starać się na YouTube być jednym z nas. Być dla Widzów a nie odwrotnie. Pokazywać tę moją drogę, te zbiegi okoliczności i sposoby. Zakreślać na mapie wszystkie ślepe uliczki w które wjechałem. Odkryłem jak mnóstwo dobrych ludzi mnie otacza i jak podobni jesteśmy do siebie. To dało mi jeszcze więcej energii do działania. Do cieszenia się każdym dniem na rowerze i na montażu. Stało sie też coś takiego dziwnego… przestałem sie zamykać. Przestałem się wstydzić swojej przeszłosci, choroby, nadwagi. Tego, że kiedyś uważałem się na lepszego od innych. Za pana z radia. 5 lat temu też pierwszy raz doświadczyłem spotkań na żywo. Pierwszy raz ktoś w twarz opowiedział mi swoją anaogiczną historię i powiedział, że śledzi nie od początku. Kamil, nigdy tego nie zapomnę. Tak samo jak pierwszych wspólnych ustawek bez stresu i napinki. Niejako manifestując, że każdy z nas jest ważny bez względu na wagę i wygląd a nawet liczbę subskrybentów. Wtedy też przestałem o to prosić. Okazało sie nagle, że nie jest ważna forma, tylko to jaki jesteś. Że można być akceptowanym takim jakim byłeś wczoraj, dziś i jutro będziesz. Że kolarstwo to jedynie pretekst do zmian. Bo to może być każda inna, dowolna sportowa odskocznia. W 2022 roku nastąpił jedyny w moim życiu etap podczas którego w pracy siedziałem 4 godziny dziennie. Wychodziłem o 13 lub 14, szedłem na warszawski Pl. Vogla i tam pisałem książkę. To, że ona zaczęła się pisać, było wynikiem przypadku. Po pandemii było ogromne zainteresowanie tematyką sportową. Społeczeństwo nadal było pokaleczone, mnóstwo osób postanowiło zmienić priorytety w swoim życiu. Dwie godziny dziennie spędzałem na pisaniu w cieniu, potem zawsze wsiadałem na rower i jechałem do Góry Kalwarii. Kondycyjnie od siebie wówczas niczego nie oczekiwałem. Na tym etapie jesteś w stanie bez napinki, dla siebie sporadycznie brać udział w zawodach. Pojechać pętle w okół tatr na skutek zimowych treningów na trenażerze. To był mój cel i udało się spełnić wszystkie te marzenia. Postawić grubą kreskę i zamknąć ten etap książką pisaną dla Wydawnictwa Znak z Krakowa. Zaakceptowałem samego siebie jakim jestem, ale zajęło to 5 lat. Z czego pierwszy był najważniejszy. A pozostałe 4 to jedynie retrospekcyjna kontrola samego siebie poprzez niezmienną konsekwencję pomimo zawirowań. Z okazji 60 000 km kupiłem nowy rower i wróciłem na 3 dni tam, gdzie pierwszy raz zobaczyłem na żywo góry. Do Kielc. Każdego jednego poranka konsumując wszystkie wyrzeczenia podczas pierwszych tysięcy, które było bolesną inwestycją. Wraz z wydaniem przez Wydawnictwo mojej książki strzeliło 70 000 km jednak bez spektakulatnych sukcesów. Musiałem sobie przetłumaczyć, że constans, stałość to też sukces. Bo wiele momentów zmęczenia kusiło, by na jakiś czas odpuścić. Przestać kręcić kolejne kilometry. Po co znów walczyć na zawodach czy górach. Zwiftowych i realnych, skoro nie widać poprawy. To był ten moj osobisty sufit, którego przez wiele lat nie mogłem przekroczyć. Niby nie chciałem, ale może nie umiałem? Niekiedy było mi z tego powodu trochę smutno, widząc lepszych, szybszych, lepiej zbudowanych. Kolejny rok męczę te alpy i dalej nie mogę złamać 50 minut? Mt. Ventoux na Zwift w 81 minut? Co to jest? Włączają mi się do dziś takie fazy. Głeboko skryte kompleksy wychodzą na wierz. I są tym silniejsze, im masz więcej stresu i zmęczenia w głosie. Zbiegło się to w tym okresie wraz że spadniem mojej aktywności w Social Mediach. Stale, co tydzień publikowałem wciąż poradniki na YT, jednak z weną było ciężko. By temu przeciwdziałać, w okresie zimowym zacząłem latać do Hiszpanii. Naładować się słońcem. Odkryłem kompletnie nowe tereny. Dowiedziałem się, że także w styczniu 2023 można się spalić. Zarówno na skórze, jak i kondycyjnie. Przez to udało mi się odrobinę wyrwać że stagnacji formy. Jednak to było mimowolne. Ponieważ priorytetem wciaż było i jest zdrowie psychiczne. Ale zauważ – poraz kolejny okazuje się, że to jest bardzo sztywna korelacja. Dokładnie tak samo jest z wagą. Momentami ważyłem 77 kg, by potem wejść na 80. Wystarczy tylko kilka gorszych tygodni, by znów przekonać się, że stan umysłu odpowiada także za stan lodówki. Z kolei słońce, większy poziom aktywności paradoksalnie redukuje apetyt. Jesteś w stanie znowu odmawiać sobie słodyczy. Aktualnie też jestem po roku bez absolutnie ani jednego piwa. Zszedłem z 16 procent tłuszczu na 13. Okazało się, że zaczynam poprawiać wszystkie wcześniejsze personal recordy. Przehyba, Obidza, Rates. A to niby tylko 3% tłuszczu. I znów ten wyrzut serotoniny, bo wyszedłem z błotka i kolejnego rocznego epizodu depresji przebijając 99 000 km. Oczywiście dziś także bywają gorsze momenty, bo perfekcjonizmem jest oczekiwanie wyłącznie dobrych momentów. Wyłącznie wzrostu formy. To nie będzie tak, że zawsze będę lepszy na przestrzeni sezonu, roku, czy dziewięciu. Każdy kilometr jest po coś. Jeden z nich będzie szybszy. Drugi zaliczysz podczas drogi powrotnej że ślepej uliczki. Kolejny by zrozumieć czym jest pokora i jak wyglada zachłyśniecie się swoją zajebistością. Pośrodku tej kariery otrzymujesz z otwartej ręki w twarz czy wbić się w ziemię i zrozumieć, że najważniejsze jest to czego nie widać. By z bliska przekonać się, że te cyfry bez narracji nic nie znaczą. Nie mówią ile każda z nich kosztowała Ciebie wysiłku, łez czy przekleństw. Ile razy uznawałeś(aś), że to kompletnie bez sensu, zawłaszcza gdzy wszyscy wokół Cię krytykują za to co widać. A nie za to co jest skryte w cieniu. Kiedy wiesz, że się z Ciebie śmieją, lub gdy spotykasz kogoś, kto traktuje Cię jak gorszego. Gdy ryczysz w sklepie jak małe dziecko przechodząc obok półki ze słodyczami. Albo gdy poza sportem w Twoim życiu dzieje się wiele złego, co tak niesamowicie podcina skrzydła. Gdy uznajesz, że nie tylko ten rower nie ma sensu, ale całe Twoje istnienie. Albo kiedy poziom stresu jest tak silny, że degraduje Twoją formę do cna. Kiedy zaciskasz zęby z całych sił by móc na nowo ruszyć pod tę cholerną górka słysząc w tle tylko niemy śmiech. To jest ta niewidoczna walka każdego z nas na kazdym kilometrze. Każdy z nich rzuca światłocienie. Ja dziękuję moim Widzom za te niespełna 100 000 km razem. Być normalnym
Zaczęło się od bólu głowy i popularnego leku, a skończyło na zuchwałej intrydze znudzonej żony.Instagram @konradshymanskyhttps://www.instagram.com/konradshymansky/Autor podcastuKonrad SzymańskiOpracowanieRafał GałązkaŹródła: https://ntpd.eu/jWLnWkontakt/współpraca: codypresents@gmail.com
WYSOKOSPRAWCZOŚĆ 2.0: http://wysokosprawczosc.pl/OK, związki często nie wychodzą - czy jest jakiś sposób myślenia o tym, by w ogóle próbować ogarnąć, dlaczego?Przekonajmy się!_____Cześć! PRZEKONAJMY SIĘ to podcast dla osób wysokosprawczych, twórczych i odważnych! Służy do walki z ironią, cynizmem, apatią i wszystkim innym, co nam wjeżdża na banie. Full hopecore i sporo rozkminek
Hiszpania produkuje tak wiele prądu z energii słonecznej, że czasami nie ma z nim co zrobić. Dlaczego pojawiają się zarzuty, że ceną za tą zieloną transformację może być oliwa z oliwek, której kraj jest największym producentem na świecie? Odcinek o przestępstwach seksualnych we Francji ➞ https://youtu.be/e-CS1o--Yg0
Czy Polska naprawdę ma najdroższy prąd w Europie?
Rozdział o sile mówienia „nie”.W sprzedaży i marketingu oznacza to:Nie każdy klient jest dla Ciebie.Odrzucanie złych leadów = oszczędność czasu i energii.Mniej = więcej (skupienie się na właściwych działaniach).Przykład: ostatnio pomogliśmy po znajomości firmie, której właściciel szukał dofinansowania na działania marketingowe. Doradziliśmy, pokazaliśmy drogę, połączyliśmy z ludźmi, spędziliśmy mnóstwo czasu.Kilka tygodni później dzwonię, żeby zapytać jak tam - właściciel powiedział, że woli inną ofertę, chyba że mu zrobimy darmowy warsztat (my i tamta firma) i wtedy on zdecyduje kto mu bardziej podpasuje. Podziękowałem od razu - pomijając fakt tupetu, jaki miał ten gość, to przede wszystkim taką zagrywką nadużył mojego zaufania, a bez zaufania nie ma biznesu.Inspiracja: Mark Manson: Subtelnie Mówię Fuck
Nintendo patentuje przyzywanie, Silksong zaskakuje ceną, a Xbox próbuje zostać Steam Deckiem. Perfect Dark tonie, PlayStation triumfuje… na konsolach Microsoftu, a Roblox i Fairgames wpadają w kłopoty. Do tego ożywczy wpływ YouTubera i trochę świeżego powietrza do fragowania – taki raport to trzeba usłyszeć. Uwaga: materiał zawiera mały kryzys egzystencjalny prowadzących.(00:00:00) - START!(00:00:08) - Rozgrzewka
Finanse Bardzo Osobiste: oszczędzanie | inwestowanie | pieniądze | dobre życie
Mniej reklam, ale nie “treści sugerowanych”. Jak chronić swoje dane na Facebooku? Jak możemy ochronić nasze dane? 1. Kliknij zdjęcie profilowe w prawym górnym rogu Facebooka. 2. Wybierz Ustawienia i prywatność, a następnie kliknij Ustawienia. 3. Wybierz kolejno Centrum kont i Preferencje reklamowe. 4.Wybierz D"odaj Preferencje" 5. Wybierz "dodaj ustawiania" 7. Teraz możesz wybrać czy chcesz spersonalizowane, czy niespersonalizowane reklamy 8. Wybierz "potwierdź"
Na pozór jest całkiem nieźle: PKB wygląda względnie dobrze, budżet też, pensje poszły w górę, bezrobocie w dół. Ale za tym ogólnym obrazkiem kryją się ponure, choć fascynujące, zjawiska ekonomiczne. Gospodarka współczesnej Rosji to z pewnością przypadek, który jeszcze przez wiele lat będzie omawiany w podręcznikach makroekonomicznych.
Co roku wraz z nadejściem lata wielu z nas oddycha z ulgą: przed nami perspektywa dłuższego snu, mniej nerwów w pracy, możliwość ucięcia sobie drzemki w ciągu dnia. To mrzonki. Stale jesteśmy zmęczeni, nasze umysły nie pracują na pełnych obrotach i nie udaje nam się zachować koncentracji, pomimo że letnie dni zdają się zapewniać więcej czasu na odpoczynek. Paradoks ten ma jednak swoje wytłumaczenie i jest ono całkiem proste: nie chodzi o to, jak długo śpimy, ale jak latem oddychamy podczas snu. Bo właśnie to przekłada się negatywnie na jego jakość. Jak się wyspać w upał? Autorka: Marta Sahelices Artykuł przeczytasz pod linkiem: https://www.vogue.pl/a/wiecej-spisz-ale-masz-mniej-energii-oto-jak-sie-wyspac-w-upal-digitalsyndication
Finanse Bardzo Osobiste: oszczędzanie | inwestowanie | pieniądze | dobre życie
Czy rzeczywiście nie ma podatku od złota? O co chodzi z umowami o unikaniu podwójnego opodatkowania? Ile da się zaoszczędzić (i czy warto) dzięki ETFom amerykańskim czy syntetycznym? To tylko zajawka 18 pytań rozpykanych w tej sesji Q&A, zwieńczającej Kompendium Podatkowe FBO. Na pytania odpowiada wiodący ekspert od podatków z inwestycji – Robert Morawski. Artykuł na blogu: https://marciniwuc.com/podatki-od-inwestycji-jak-legalnie-placic-mniej/
Odcinek w święta, więc świąteczny, ale bez świątecznych tematów. Mniej gramy, więcej komentujemy ostatnie doniesienia związane z remasterami gier, oraz nadchodzącymi premierami. Będzie kącik pilota i sporo dygresji do kina, w kontekście gier Rockstara. Będzie króciutko o filmie Minecraft. (00:00:00) Wprowadzenie (00:01:43) Film Minecraft (00:11:24) Przecieki o Oblivion Remaster (00:22:19) Fizyczność nośnika (00:25:56) Obniżka ceny napędu do PS5 i podwyżka [...]
Czy wiesz, że regularna medytacja może zmniejszyć poziom stresu nawet o 30%, poprawić koncentrację i spowolnić starzenie się komórek?Coraz częściej medytuję i dostrzegam istotne zmiany, które są ściśle z tym powiązane. Częściej i łatwiej wracam do stanu skupienia, jestem zdecydowanie spokojniejszy i świadomy swoich reakcji na to co mnie spotyka. Znajduję przyjemność w tych kilkuminutowych sesjach relaksu. Lubie bardzo słuchać medytacji wyciszających przed snem, a nawet opowiadań, które wprowadzają w stan błogiego relaksu i pomagają zasnąć i dobrze spać. Medytacje do tego stopnia mnie zauroczyły, że zacząłem nagrywać własne, a próbką dzielę się z Tobą poniżej - zapraszam do posłuchania i choćby krótkiej informacji zwrotnej.W tym odcinku odkryjesz:
Wielu soloprzedsiębiorców, ekspertów i specjalistów inwestuje mnóstwo czasu i energii w budowanie swojej marki osobistej i promocję w mediach społecznościowych, publikując posty w nadziei na przyciągnięcie nowych klientów i zwiększenie sprzedaży.Niestety, duża część tych działań okazuje się kompletną stratą czasu, prowadząc do frustracji z powodu braku oczekiwanych efektów.Wszystko przez jeden kluczowy błąd popełniany przez soloprzedsiębiorców w social mediach. Prawda jest taka, że skupianie się na popularności postów często nie przekłada się na realne pozyskiwanie klientów. Dlaczego?- Bo za bardzo reagujemy na losowe nagrody w postaci lajków i komentarzy w mediach społecznościowych, co sprawia, że obsesyjnie sprawdzamy reakcje na nasze posty.- Bo zbyt mocno przywiązujemy się do statystyk zaangażowania w social mediach.- Bo cele mediów społecznościowych, takie jak utrzymanie użytkowników na danej platformie, często są sprzeczne z celami soloprzedsiębiorców, którzy chcą przekierować ruch na swoje strony i generować sprzedaż.- Bo większy zasięg w mediach społecznościowych nie zawsze oznacza więcej klientów.- Bo kluczem do skutecznej promocji jest dotarcie do właściwych ludzi z właściwymi treściami.- Bo zamiast skupiać się na lajkach i zasięgach, powinniśmy mierzyć wskaźniki realnie wpływające na biznes.Dowiedz się, jak uniknąć pułapki mechanizmów psychologicznych wykorzystywanych przez platformy społecznościowe i skoncentrować się na strategiach, które faktycznie budują twój biznes i generują sprzedaż.
[INSTRUKCJA UŻYCIA KODU NA TOK FM PREMIUM - NA DOLE OPISU] To absolutna plaga naszych czasów. Im jesteśmy bogatsi i im starsi, tym częściej trafiamy na celownik publikowanych na Facebooku, Instagramie i TikToku reklam prowadzących do oszustw. To już nie setki, lecz tysiące prób, które są wykrywane każdego roku w Polsce. W 2022 r. KNF zgłosił do swojego CSIRT 17 200 fałszywych platform inwestycyjnych, w 2023 już 30 140, a w 2024… ponad 50 tys.! A to wciąż tylko czubek góry lodowej! Dwie najważniejsze kategorie fałszywych reklam to finanse i zdrowie. Obie wyjątkowo szkodliwe. Mechanizm napędzają wizerunki znanych, lubianych, bogatych i szanowanych osób. CERT szacuje, że tylko w Polsce do wyłudzeń wykorzystano wizerunek 139 osób. I co najgorsze - na każdego z nas można znaleźć haczyk. Każdy ma jakąś bolączkę lub marzenie, które można wykorzystać w perfidnym, piętrowym oszustwie, którego wszystkie warstwy są precyzyjnie przemyślane. W ten sposób pani Barbara, bohaterka odcinka, straciła kilkaset tys. zł. A pewien 56-latek z okolic Bydgoszczy - ponad milion złotych! Dlatego w specjalnym, podwójnym odcinku podcastu "Techstorie" pokażemy, jak wielki zasięg mają fałszywe reklamy, ile pieniędzy tracą na nich Polacy, dlaczego tak trudno jest z nimi walczyć i jaka odpowiedzialność spoczywa na wielkich platformach internetowych. GOŚCIE ODCINKA: - Michał Ołowski z Ośrodka Badań nad Bezpieczeństwem Sztucznej Inteligencji w NASK - Mirosław Wróblewski, prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych - pani Barbara*, która padła ofiarą wyrafinowanego, ale bardzo rozpowszechnionego oszustwa (imię zmienione) NA SKRÓTY: 05:11 Inwestycja pani Barbary 18:10 Skala problemu 38:21 Wizerunki celebrytów 43:45 Oszustwo "na Elona" 50:06 Kto i jak trzyma rękę na pulsie 58:03 Mniej niż doba ŹRÓDŁA: Raport roczny CERT o oszustwach w Polsce https://cert.pl/uploads/docs/Raport_CP_2023.pdf O 56-latku, który stracił milion złotych https://policja.pl/pol/aktualnosci/237746,Uwaga-na-oszustwa-internetowe-56-latek-stracil-ponad-milion-zlotych.html O oszustwie w Hiszpanii https://cadenaser.com/aragon/2024/10/10/defraudan-en-zaragoza-mas-de-400000-euros-en-estafas-con-falsos-anuncios-de-famosos-radio-zaragoza/? O oszustwach w Kanadzie https://www.rcmp-grc.gc.ca/en/news/2024/saskatchewan-rcmp-report-34-million-cryptocurrency-fraud-loss-start-year O bolączkach reklam w serwisach społecznościowych https://cert.pl/posts/2024/11/Oszustwa-reklamowe-na-duzych-platformach/ MAMY DLA WAS PREZENT! Koniecznie wysłuchajcie do końca, bo w tym odcinku mamy dla Was kod do TOK FM Premium na aż trzy miesiące! Jak użyć kodu? 1.Zarejestruj konto na tokfm.pl tutaj: tokfm.pl/rejestracja lub zaloguj się jeśli posiadasz konto: tokfm.pl/zaloguj. 2.Aktywuj kod na stronie tokfm.pl/aktywuj 3.Pobierz aplikację mobilną TOK FM z Google Play, AppStore lub AppGallery (tokfm.pl/aplikacja) 4. Zaloguj się w aplikacji TOK FM za pomocą wybranego loginu i hasła.
W 345. lekcji Kwadransu na angielski wracamy do tematu hobby, ale przy okazji będziemy pytać od jak dawna ktoś para się już swoim hobby i w ten sposób omówimy główne użycie Present Perfect Continuous. Przy okazji usłyszycie także o kilku nietypowych zainteresowaniach i wysłuchacie trzech krótkich wywiadów.------Rozdziały--------(0:20) - Intro(0:50) - Popularne hobby(2:21) - Dialog #1(4:39) - Mniej popularne hobby(7:49) - Dialog #2(9:53) - Present Perfect Continuous(16:41) - Nietypowe hobby(19:24) - Dialog #3(21:02) - Outro----------------------Jeżeli doceniasz moją pracę nad podcastem, to zostań Patronem KNA dzięki stronie https://patronite.pl/kwadrans. Nie wiesz czym jest Patronite? Posłuchaj specjalnego odcinka: https://kwadransnaangielski.pl/wsparcieDołącz do naszej społeczności na stronie https://KwadransNaAngielski.plLekcji możesz słuchać na Spotify albo oglądać na YouTube.Wszystkie nowe wyrażenia z tej lekcji w formie pisemnej są dostępne na stronie https://kwadransnaangielski.pl/345#polskipodcast #kwadransnaangielski #angielski----------------------Mecenasi wśród Patronów:Jaro RiderJoanna KwiatkowskaJoannaJakub Wiśniewski - https://bezpiecznyvpn.pl
"To jest kandydat dużo mniej przygotowany do rządzenia państwem i dużo bardziej radykalny w stronę prawą niż dotychczasowy prezydent Andrzej Duda, którego i tak bardzo krytykuję" - taką ocenę wystawił ubiegającemu się o prezydenturę Karolowi Nawrockiemu gość Popołudniowej rozmowy w RMF FM Marcin Bosacki. "Kampania dopiero się rozpędza. Mamy tydzień normalnej kampanii, przedtem mieliśmy prekampanię dziwną" - zauważył poseł Koalicji Obywatelskiej.
Ministerstwo Edukacji Narodowej ogranicza od 1 września 2025 r. liczbę lekcji religii do jednej tygodniowo. O tej i innych zmianach w polskiej szkole Arkadiusz Gruszczyński rozmawia z Katarzyną Lubnauer, wiceministrą edukacji narodowej, posłanką Koalicji Obywatelskiej. Więcej podcastów na: https://wyborcza.pl/podcast. Piszcie do nas w każdej sprawie na: listy@wyborcza.pl.
↘️ Czy mniej naprawdę znaczy więcej? ↗️W tym odcinku przybliżam zalety minimalizmu. Mówię o tym, jak prostota może odmienić Twoje życie. Dowiesz się, jak uwolnić się od nadmiaru, skupić na tym, co naprawdę ważne i wprowadzić minimalizm na własnych zasadach. W minimalizmie nie chodzi przecież wyłącznie o to, żeby wszystkiego sobie odmawiać i żyć jak asceta, ale dokonywać przemyślanych wyborów. To nie tylko trend, ale sposób na odzyskanie czasu, przestrzeni i spokoju.Zacznij swoją minimalistyczną podróż już dziś – zapraszam do słuchania!
Piotr Żyła poza inauguracją Pucharu Świata w skokach narciarskich,. Rusza rywalizacja skoczków
Główny Inspektorat Sanitarny informuje o wykryciu zmutowanego wirusa polio w próbce warszawskiej sieci komunalnej. Jednocześnie obserwujemy spadek wyszczepialności wśród najmłodszych dzieci. Jakie są zagrożenia związane z chorobą Heinego-Medina? Pytamy prof. Agnieszki Szuster-Ciesielskiej z Katedry Wirusologii i Immunologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
Malcolm XD to najbardziej tajemniczy polski autor. Choć jego książki zdobyły rzesze czytelników, a serial nakręcony na podstawie „Emigracji” zachwycił zarówno widzów, jak i krytyków, on pozostaje ukryty za swoim literackim pseudonimem. Dlaczego nie chce ujawnić swojej tożsamości i pozostaje anonimowy zamiast czerpać profity z popularności? Ile w jego książkach jest prawdziwych zdarzeń i postaci? Jak ewoluowało jego pisanie od chwili, gdy zaczął wrzucać do sieci swoje pierwsze pasty? W tym odcinku „Półki z książkami” Anna Sobańda rozmawia z Malcolmem XD. Twórca zdradza także, czy bohaterowie „Emigracji” i „Edukacji” w najnowszej „Eskapadzie” dojrzeli oraz jaki problem autor chciał poruszyć w trzeciej części ich przygód. Zapraszamy do słuchania.